Kamery w lokalach, brak instytucji odwoławczej? - NGO-sy szykują się na nowy kodeks wyborczy

Anna Gmiterek-Zabłocka, TOK FM
10.10.2017 13:38
A A A
Nie czekaj na deszcz - to hasło, które ma symbolizować przygotowania do wyborów samorządowych. - Nie bądźmy bierni, nie czekajmy na to, aż deszcz spadnie, aż kandydaci zasypią nas swoimi obietnicami - mówi nam Róża Rzeplińska, prezeska Stowarzyszenia 61, które prowadzi portal MamPrawoWiedziec.pl.

Organizacje pozarządowe rozpoczęły przygotowania do wyborów samorządowych. Ich przedstawiciele regularnie się spotykają, by rozmawiać m.in. o jawności i przejrzystości wyborów.

TOK FM: W ramach przygotowań do przyszłorocznych wyborów samorządowych wychodzicie jako stowarzyszenie z hasłem "Nie czekaj na deszcz". Co ono oznacza?

Róża Rzeplińska, prezeska Stowarzyszenia 61, które prowadzi portal MamPrawoWiedziec.pl: W wyborach samorządowych kandyduje około 370 tysięcy osób. Zaleją nas potokiem obietnic. Pobudzą nasze marzenia o tym, jak mają wyglądać nasze miasta i wsie.

Przyjęliśmy na razie robocze hasło „Nie czekaj na deszcz”, czyli nie czekaj na to, aż kandydaci przyjdą i narzucą ci swoją opowieść, co i jak chcą zmieniać, tylko zacznij pytać, jeszcze przed wyborami. Spróbujmy spotykać się razem ze znajomymi, z grupami nieformalnymi, z lokalnymi stowarzyszeniami, by podyskutować co byśmy chcieli zmienić w naszym mieście i jakich chcielibyśmy mieć przedstawicieli.
Kim mają być radni, kim ma być burmistrz, wójt czy prezydent?

Spróbujmy wymyślić, jakie chcemy zadać im pytania, sprawdźmy, jak działali do tej pory, jak głosowali, a potem organizujmy spotkania z tymi kandydatami. Nie bądźmy bierni, nie czekajmy na to, aż deszcz spadnie, tylko trochę go uprzedźmy, przygotujmy się do niego.

Na poziomie lokalnym mieszkańcy zwykle wiedzą, czego chcą – oświetlenia chodnika, lepszego wyposażenia szkoły, nowego asfaltu na drodze do cmentarza, stałych cen za wywóz nieczystości, ładnie zaprojektowanej przestrzeni wspólnej. Rozmawiają o tym przy różnych okazjach. Nam zależy na tym, żeby te swoje chęci potrafili ogłosić w kampanii wyborczej i by mogli na ten temat rozmawiać z kandydatami.

Ktoś może powiedzieć - to takie życzeniowe podejście. Bo kandydaci mogą nam nie odpowiedzieć, mogą nas unikać, udawać, że ich nie ma. Co wtedy?

- Prezydent miasta, wójt, burmistrz, radni to są ludzie przez nas zatrudniani. To my im płacimy co miesiąc pensje za to, że oni pełnią swoje funkcje - jedni nas reprezentują, zadają w naszym imieniu pytania i zgłaszają inicjatywy, a drudzy – tym prezydent czy burmistrz – zarządzają, czyli zajmują się tym, by żyło nam się dobrze.

I to wcale nie jest życzeniowe - każdy pracodawca oczekuje od pracownika, że będzie się wywiązywał z umowy. A umowa między mną a prezydentem miasta jest taka, że jeśli mówi, że wybuduje nowy most - to niech poszuka na niego pieniędzy, a jeśli się to nie uda, niech powie, dlaczego się to nie udało.

Ja jako mieszkanka mam prawo wiedzieć, ile ten most będzie kosztować, czy będą mogli chodzić po nim piesi, kiedy ma być oddany do użytku. Ktoś, kto chce pełnić funkcję, musi być przygotowany na to, że mieszkańcy przyjdą i zadadzą pytania. Władza będzie lepsza, jeśli obywatele będą jej uczestnikami.

Jak się zorganizować, by zadawać kandydatom te niewygodne pytania?

- Każda władza jest zainteresowana tym, by obywatele byli uśpieni, by nie brali udziału w jej sprawowaniu. Cisi obywatele są łatwi do zarządzania, ale obywatele, którym o coś chodzi, którzy są gotowi na to, by zderzyć się z nieprzyjemnym potraktowaniem ze strony kandydata - to są obywatele zdeterminowani. Władza takich obywateli nie tyle zaczyna się obawiać, co zaczyna się z nimi liczyć. I oczywiście, możemy wszyscy stwierdzić, że wybory za rok i tak nie mają sensu, ale one mają sens.To jest jedno z naszych podstawowych, obywatelskich, konstytucyjnych praw. Ja mam wybór.

Jak się organizować? Już teraz warto spisać sobie trzy sprawy, które naszym zdaniem powinny się zmienić w naszej miejscowości. Pogadajmy o tym z trójką znajomych, dowiemy się, czy oni nie myślą o tym samym, albo, co myślą innego. W ten sposób zorganizujemy mini komitet wyborców. Na stronie rady miasta sprawdźmy, czy któryś z obecnych radnych na ten sam temat co my się nie wypowiadał, co na to burmistrz lub prezydent?

Wiosną zróbmy listę kandydatów, znajdźmy do nich kontakt, np. przez serwis społecznościowy. I zacznijmy pytać, co oni sądzą na temat naszych propozycji. Odpowiedzi prześlijmy lokalnym dziennikarzom. Jeśli nasza grupa znajomych jest chętna, to zorganizujmy debatę kandydatów i zaprośmy na nią lokalne media.

Czy jako przedstawicielka organizacji pozarządowej, która walczy o jawność, ma pani jakiekolwiek obawy, jeśli chodzi o wybory i ich przebieg?

- Obawiam się, że konflikt na poziomie centralnym przeniesie się na poziom lokalny, co oznacza, że zamiast rozmawiać o kwestiach np. jak ma się rozwijać Lublin czy Warszawa, będziemy słyszeć kandydatów, którym będzie się wydawało, że są w sejmie. A to oznacza, że komitety wyborcze nie będą zainteresowane siadaniem naprzeciwko siebie i prowadzeniem debaty. Jako wyborcy nie będziemy mieli szansy zobaczenia różnych wizji, zadania pytań.

Na spotkaniu z działaczami KODu w Lublinie, mówiąc o wyborach samorządowych i przygotowaniach do nich, była pani pełna optymizmu. Z czego on wynika?

- Ten mój optymizm jest zapewne niepoprawny. Kiedy słuchamy komentatorów często słyszymy, że obywatele są nieaktywni, beznadziejni. Po drugiej stronie słyszymy, że "ciemny lud wszystko kupi". A społeczeństwo obywatelskie zaczyna się choćby od tego, że jeśli mieszkam w kamienicy i jest tam wspólnota mieszkaniowa, to przychodzę na zebrania, zabieram głos, nie jest mi wszystko jedno. Wolałabym, żebyśmy nawzajem wzmacniali się w tej wartości uczestnictwa, we wspólnym podejmowaniu decyzji.

Ale jest jakiś kres pani optymizmu?

- Bardzo się boję, że system się w jakiś sposób domyka, że my jako obywatele nie będziemy mogli być trzecią siłą pomiędzy partiami politycznymi, które między sobą walczą - siłą, która się liczy dla polityków i która może mieć wpływ na to, co się wokół dzieje. Niepokoi mnie też to, że boimy się z otwarcie powiedzieć, co myślimy, zadać pytanie - nawet dyrektorce szkoły, do której chodzi nasze dziecko, bo w tyle głowy mamy "a może dostanie złą ocenę".

A zmiany w kodeksie wyborczym?

- To jest rzeczywiście największe zagrożenie, które przed nami stoi. Z dwóch powodów - po pierwsze z powodu chaosu, który nastąpi i tego, że nie będzie instancji, do której będzie się można odwołać. Jeżeli np. w każdej komisji wyborczej miałaby być zainstalowana kamera i miałyby to sfinansować gminy, może doprowadzić do tego, że gminy - nie mając na to pieniędzy - zlikwidują część punktów wyborczych, wiele osób będzie mieć dalej do lokalu wyborczego, a w efekcie mniej ludzi może pójść na głosowanie.

Poza tym, nie wiemy, gdzie te kamery będą wisiały - jeśli będą wisiały tak, że będzie można zobaczyć, kto w jaki sposób zagłosował, to prawo do niejawności głosu zostanie zaburzone. Kolejna rzecz, być może wprowadzona zostanie zasada, że za osobę starszą będzie można zagłosować w domu albo, że będzie obwoźna urna wyborcza. To są bardzo delikatne kwestie, które mogą doprowadzić do wahnięć w wynikach. I nawet jeśli ten proces wyborczy de facto będzie uczciwy, to my nie będziemy mieć zaufania do niego. I każdego dnia będziemy się zastanawiać, czy nasz radny albo burmistrz został wybrany uczciwie.

Pani Różo, jest pani córką prof. Andrzeja Rzeplińskiego, byłego prezesa Trybunału Konstytucyjnego. Czy nazwisko w pani działalności przeszkadza?

- Uwielbiam to pytanie z genetyki. Aleksandra Wesołowska prowadzi Fundację Bank Mleka Kobiecego, która w 2016 roku uzyskała duży grant. Na głównej stronie "Gazety Wyborczej" nie było napisane ani jak ona się nazywa, ani nie było jej zdjęcia, ani nie było informacji, czym się dokładnie zajmuje. Tylko: córka Antoniego Macierewicza otrzymała dotację z pieniędzy publicznych. A trzeba podkreślić, że ta dziewczyna zebrała cztery duże instytucje, które działają na rzecz tego, by reaktywowały się w Polsce banki mleka kobiecego.

Nikogo nie interesowało, ile ją to kosztowało, co to znaczy zatrudniać ludzi, co to znaczy doprowadzić do tego, by walczyć w pewnym sensie z koncernami spożywczymi, bo przecież banki mleka kobiecego nie idą w parze z tym, że możemy w sklepie kupić mleko sztuczne. Istotne było to, żeby napisać o jej działalności, coś co będzie ją szkalowało, a tak naprawdę ma uderzyć w jej ojca.
Mnie moje nazwisko nie przeszkadza. Jeśli ktoś chce wykorzystywać mnie jako figurę, służącą do tego, by walczyć z instytucją konstytucyjną, jaką jest Trybunał Konstytucyjny, albo z organizacjami społecznymi to trudno. Ale chciałabym powiedzieć każdemu dziennikarzowi, który chce napisać o tym, że czyjaś córka coś tam zrobiła, by wykonał trochę więcej pracy, bo być może na końcu się okaże, że szkaluje imię kogoś, kto na to nie zasłużył.

Zobacz także
Komentarze (26)
Zaloguj się
  • jezierskiadam

    Oceniono 6 razy 2

    10 października, a prezes nie miesiączkuje.
    Czyżby zrobił sobie aborcję?
    Szydłem???

  • krokus64

    Oceniono 10 razy 2

    działania te świadczą że boi się ich prawactwo by nie pisać bardziej dosadnie.

  • 2bxornot2b

    Oceniono 1 raz 1

    Widac roza wydala pieniadze na ksero brawo tym razem koryciara nie wszystko przezarla zainwestowala w przyszlosc, choc jak podkreslam w tej skali dotacji od znajomych taty i bulla raczej bym sie nie spodziewal.

  • lukasiklukasik

    Oceniono 2 razy 0

    Za Redaktorką Elizą Michalik z Superstacji: Skoro są tacy pewni, że suweren jest za Partią, dlaczego chcą majstrować przy ordynacji?
    Mają we krwi hipokryzję kościółka, który nie mogąc poradzić sobie z owieczkami, MUSI żadać zmiany prawa, aby pozorować osiągnięcia w "ewangelizacji".

  • Jan Staszic

    Oceniono 4 razy -2

    Gdzie sa informacje kto wplacil i ile w tym roku na NGO's rozy rzeplinskiej i jak ksztaltuja sie wydatki na pensje w tej organizacji?!
    Program ma ciekawy ale redaktor ktory opisywal artykul powinien przeswietlic do konca ten twor.

  • bart5554

    Oceniono 10 razy -6

    Córka Rzeplińskiego przyznaje, że bez pieniędzy Sorosa nie byłoby serwisu MamPrawoWiedzieć. Dlaczego nie wnika w intencje "filantropa"?

    wpolityce.pl/polityka/307061-a-jednak-corka-rzeplinskiego-przyznaje-ze-bez-pieniedzy-sorosa-nie-byloby-serwisu-mam-prawo-wiedziec-dlaczego-nie-wnika-w-intencje-filantropa

  • gazeta.sorosa

    Oceniono 22 razy -12

    "...mówi nam Róża Rzeplińska", córeczka ex szefa TK, która prowadziła wraz z Zośką Komorowską, córeczką ex prezydenta RP NGOs za pieniądze podatnika. Działalność polegała na wychwalaniu rządu PO-PSL oraz prezydenta Komorowskiego. Po przejęciu władzy PiS rządowe dotacje obcięło, więc Rózia wielokrotnie ubolewała nad tym, że teraz rząd nie chce płacić na organizację "pilnującą i krytykującą" rząd.

    Jaki Soros teraz płaci za radosną działalność Stowarzyszenia 61 musicie, drogie postlemingi, poczytać sami na ich stronie internetowej - smacznego!

    Https://pbs.twimg.com/media/CrcVDH1WcAAjBK3.jpg

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX