Noblistka dla TOK FM: Kiedyś przeczytałam w gazecie, że zmarłam. Wtedy zrozumiałam, czym jest postprawda

Swietłana Aleksijewicz

Swietłana Aleksijewicz (Fot. Bartosz Bobkowski / Agencja Gazeta)

O postprawdzie, źle rozumianym patriotyzmie i roli człowieczeństwa odpowiada Swietłana Aleksiejewicz, pisarka i dziennikarka, laureatka nagrody Nobla w dziedzinie literatury.

Łukasz Wojtusik, TOK FM: W książce, którą od Pani otrzymałem z dedykacją, jest taka sentencja, abym wierzył w słowo. Ale jak można wierzyć w słowo w czasach post-prawdy?

Swietłana Aleksiejewicz, pisarka i dziennikarka, laureatka nagrody Nobla w dziedzinie literatury: Myślę, że niezależnie od czasów, w których żyjemy nie ma innej formy przechowywania rzeczywistości niż słowa. Tylko słowa pozostają po człowieku. Myślę, że w miarę upływu czasu nauczymy się bronić przed postprawdą i jej przeciwstawiać. Choć pewnie nowe technologie przyniosą nam pewnie jeszcze wiele niebezpieczeństw.

Trudno jest stwierdzić, czy przez to zjawisko istnieje jeszcze jakaś możliwość demaskowania zła.

Czy postprawda to nowe zjawisko czy dopiero teraz mamy na nie odpowiednie słowo?

- Może tak odpowiem, byłam w Korei i czytałam gazetę, gdzie znalazłam informację, że zmarłam. Pewien włoski dziennikarz wpadł na pomysł, żeby tak napisać. Dzwonili potem do mnie różni dziennikarze, aby się dowiedzieć, czy jeszcze żyję. To wtedy tak naprawdę zrozumiałam, czym jest postprawda. Można powiedzieć, że to narzędzie propagandowe, bardzo dobre do manipulacji. Świat, w którym żyjemy, jest bardzo skomplikowany i nawet ja łapałam się na tym, że mam problemy, aby zrozumieć, co się dzieje.

Pani książki powstają powoli. „Czarnobylska modlitwa” i „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety" po dziesięć lat, „Czasy secondhand” aż kilkanaście. Co dzieje się w tym czasie z pisarzem oprócz tego, że zbiera materiały?

- Można powiedzieć, że piszę symfonię. Wsłuchuję się w rytm naszych czasów, rytm każdego człowieka, jego własną muzykę.  A potem składam te różne melodie w jeden obraz. Oczywiście kiedy piszę książkę, to nigdy nie bazuję tylko na rozmowach z konkretnymi ludźmi. Przysłuchuję się wszystkiemu, co się dzieje dookoła mnie np. rozmowom w autobusach, pociągach. Pisanie książki to właśnie lata takiej złożonej pracy.

Czy żeby dobrze pisać trzeba się emocjonalnie zaangażować, czy wręcz przeciwnie należy zachować dystans?

– Jeśli będę jak maszyna, to kto będzie w ogóle ze mną rozmawiał? Słyszałabym tylko automatyczne odpowiedzi i na tym koniec, a ważne jest, żeby rozmówca widział, że ja też płaczę, boję się, dziwię. Ja nie chcę robić z człowiekiem wywiad o wojnie, ale rozmawiać z nim o życiu. Aby utkać te emocje w jakąś całość, musiałam wiele razy spotykać się z moim bohaterami i nie mogłabym wtedy udawać.

U Dostojewskiego widzimy np. jak każdy bohater wykrzykuje swoją prawdę i z każdej z nich sterczy sam Dostojewski, który prezentuje swoje przekonania z różnej strony. Ja nie mogę sobie na to pozwolić, według mnie człowiek powinien być wysłuchany.

W książce „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety” opisanych zostało trzysta osób, ale tak naprawdę wysłuchałam ich ponad tysiąc. Dzięki temu widzimy prawdę i nie wątpimy w to, co jest napisane. Kiedy zadawałam pytanie „co zabrałaś ze sobą na tę wojnę?” słyszałam odpowiedź: „Nie uwierzysz. Otrzymałam ostatnią pensję i kupiłam za nią cukierki czekoladowe, chyba z dziesięć kilo i wyjechałam na wojnę". To właśnie jest autentyczna i piękna historia.

Czy zdarzyło się, aby ktoś po przeczytaniu Pani książki przyszedł i powiedział: To nie tak było?

– Nie, nigdy. Natomiast czasem przychodzili ludzie i pytali: „Dlaczego wybrała Pani właśnie ten fragment? Taki malutki, tak niewiele znaczący? Trzeba było wybrać coś bardziej bohaterskiego”. Ludzie w tym totalitarnym systemie, w którym też i ja żyłam, byli nauczeni, że to nie oni są najważniejsi, ale najważniejsza jest idea.

Chciałem zapytać o politykę. Czy według Pani jest szansa, aby odwrócić ten trend źle rozumianego patriotyzmu i nacjonalizmu?

- To trudna sprawa. Spotkałam ostatnio wielu takich patriotów, zwłaszcza w Rosji. Oni są dość agresywną większością. Niosą ze sobą taką ciemność i brud, podnoszą kurz. Myślę, że jedyne, co może to zatrzymać to rozczarowanie, że wiele ludzi rozczaruje się tym, co zastanie.

Właśnie dlatego zawsze mówię, że elity, ludzie sztuki nie powinni milczeć, powinni zabierać głos. Wielu ludziom trzeba po prostu pomóc zrozumieć, co się dzieje, bo stali się obiektem manipulacji.

W Polsce też znamy takie rozczarowanie rzeczywistością i to z niego wyrosły właśnie takie postawy rozumiane jako niezdrowy patriotyzm.

- Podstawą jest dialog. Trzeba po prostu rozmawiać z tymi ludźmi, a do tej pory tego nie robiliśmy. Trzeba im objaśniać, co się wydarzyło, co się dzieje. Dlatego, że inaczej opinia publiczna będzie zwykle powierzchowna. Ludzie nie zastanawiają się nad sednem rzeczy, widzą to, co jest na powierzchni - urazę, złość, to co jest na zewnątrz.

Pamiętam jak przeszedł do mnie jeden z bohaterów „Cynkowych chłopców”, był to chłopak, który miał połowę cynkowej głowy oraz cynkową rękę. Domagał się odszkodowania, chciał ode mnie jakichś pieniędzy. Zapytałam, dlaczego prosi o to mnie, powinien zwrócić się z tym do własnego rządu.

Kiedy usiadłam z nim i porozmawialiśmy dłużej, zdałam sobie sprawę, że on jest bardzo pogubiony, nie wie dokładnie, co myśleć, że jest całkowicie zmanipulowany. Później wycofał swój pozew z sądu. Musiał chyba to wszystko przemyśleć. Bywają też takie momenty, kiedy całe narody przestają myśleć, przestają się zastanawiać. Można to o nas powiedzieć, że jesteśmy chorzy, ale żebyśmy to zrozumieli musi nam ktoś o tym powiedzieć.

Wisława Szymborska nazywała to „syndromem sztokholmskim”, czy czuje się Pani teraz autorytetem?

- Wcześniej kiedy coś mówiłam można było na to nie reagować, a teraz jest to już niemożliwe. Dlatego staram się wykorzystywać tę szansę, aby mówić to, czego nie mogą powiedzieć inni, bo mogliby naleźć się w więzieniu. Trzeba mówić, ale przy tym myśleć o tym, co się mówi, bo nie w tym sens, żeby się bać, tylko aby stymulować ludzi. 

Jak Pani postrzega samą siebie?

Nie myślę o sobie w symbolicznych kategoriach. Swietłana Aleksiejewicz jest człowiekiem tych czasów, tak jak wszyscy. I ona ma obawy, ale wie, że jej zadaniem jest myśleć o tych czasach.

Zobacz także
  • Spotkanie żołnierzy Wehrmachtu i Armii Czerwonej 20 września 1939 roku, na wschód od Brześcia Agresja ZSRR na Polskę 17 września 1939. Czy Polska była przygotowana na sowiecką inwazję?
  • Kora Jackowska w 1992 roku Kora spędziła w domu dziecka pięć lat. "Prowadziły go zakonnice, były dla nas w patologiczny sposób okrutne"
  • Air Show 2018 w Radomiu. Pokazy akrobacji i sprzętu [ZOBACZ ZDJĘCIA]
Komentarze (4)
Noblistka dla TOK FM: Kiedyś przeczytałam w gazecie, że zmarłam. Wtedy zrozumiałam, czym jest postprawda
Zaloguj się
  • jezierskiadam

    Oceniono 3 razy 3

    Pewnie nie wszyscy wiedzą czym jest postmodernizm.

    Najlepiej pokazać na przykładzie: Jeżeli po wykładzie na temat „Dwa razy dwa równa się cztery.” rzucane jest hasło: „To teraz poprosimy o dwa głosy z sali: Jeden za i jeden przeciw.” to właśnie mamy do czynienia z wysoce ambitnym przejawem postmodernizmu.

    Prawda, że spotkaliście się już z czymś takim?

    Postmodernizm jest to bardzo modny kierunek ni to literacki ni to filozoficzny, zgodnie z którym wszystko jest względne. Wszystko zależy od kontekstu. Prawdziwe może być nieprawdziwe równocześnie. Opinia jest ważniejsza od dokonań i inne tego rodzaju przekonania anty-autorytarne w rozumieniu zwolenników (a jakże są tacy) tej antyideologii.

    W postmodernistycznym dyskursie liczy się ilość przekonanych, ilość lubiętojących obserwatorów. Wygrywa ten, kto zdobędzie więcej punktów.

    Idiotyzm?

    Niewątpliwe ! Jednak „nie do końca” jak mawia ojciec dyr. Kandydat na boga.

    Spotkaliście się już pewnie z „konsultacjami społecznymi” robionymi metodą postmodernistyczną.

    Leci to tak mniej więcej: Jest dyskusja panelowa czyli oni sobie dyskutują, a konsultowany lud ogląda. Następnie prośba o głosy za i przeciw. Albo po jednym, czasem po dwa pytania od zwolenników i od przeciwników. Bywa też, że dyskutanci są podstawieni, a dla innych „brakuje czasu”.

    Klasycznymi przekładami postmodernistycznego bełkotu są dyskusje ignorantów na temat efektu cieplarnianego, GMO i przede wszystkim dyskusja, która przejdzie do historii filozofii: Dyskusja ignorantów na temat lotnictwa i katastrof lotniczych. To największe spektakularne przykłady postmodernistycznej „rzeczywistości”, która rzeczywistość ma w głębokim poważaniu.

    Bełkotu w innych drobniejszych sprawach także nie brakuje. Co by się nie wydarzyło, to mamy głosy za i przeciw.

    ABW zrobiło konferencję prasową? Proszę bardzo.

    Grzegorz B. chce rozstrzeliwać dziennikarzy? Nie ma sprawy.

    Postmoderniści stale znajdą powody do podjęcia sporu, relatywizowania i erystycznych wygłupów.

    Padają typowe postmodernistyczne pytania w rodzaju: Dlaczego o tym, że minister ma kochankę napisano w przeddzień świętego Marcina? Kto stoi za wybraniem właśnie tej daty? Czy to nie dlatego, żeby przykryć wiadomość o tym, że żyrafa w ZOO urodziła trojaczki?

    Mnóstwo tego jest w mediach i w internecie. Więcej niż czegokolwiek innego.

    Przesadzam? Trochę tak. Staram się pokazać absurdalność postmodernizmu jako takiego.

    Gdzieś w bardzo odległym tle tego bicia piany znajdują się prawdziwe fakty.

    Postmoderniści wykłócają się, czy widzą ciemność czy światełko w tunelu. Tymczasem oni stoją na torach, gdy PRAWDZIWA LOKOMOTYWA już NADJEŻDŻA !!!

    Adam Jezierski

    PS. Artykuł opublikowany 02.12.2012

  • efi ehad

    Oceniono 4 razy 2

    Niezwykła kobieta i wielka mądrość

  • 2bxornot2b

    Oceniono 2 razy -2

    Ciekawsza informacja jest wspomnienia o Wandzie Mirskiej, ktora zmarla wraz z mezem z glodu w 1991 w apogeum neoliberalizmu balcerowicza.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

DOSTĘP PREMIUM

Serwis informacyjny

Polecamy