"Przyniosłaś wstyd wsi. Odejdź!" - z tym spotykają się zakonnice, które zrzuciły habit

"Po spotkaniach z czytelnikami pochodziły do mnie kobiety: ateistki, feministki i głęboko wierzące katoliczki z małych miasteczek i mówiły: To jest o nas wszystkich". O swojej książce "Zakonnice odchodzą po cichu" opowiada Marta Abramowicz.

Mikołaj Lizut: Właśnie ukazało się wznowienie pani książki, do której oddano to wszystko, co zdarzyło się po publikacji. No właśnie, co to było?

Marta Abramowicz, autorka książki "Zakonnice odchodzą po cichu": To cała nowa historia, doszła aż jedna trzecia książki. Po publikacji wszystkie media od "Niedzieli" aż do Pudelka dyskutowały o zakonnicach. Ta dyskusja sprawiła, że społeczeństwo też zaczęło się na tym zastanawiać, a ja zaczęłam dostawać listy od zakonnic. Przygotowując książkę udało mi się do dotrzeć do dwudziestu zakonnic, a do tej pory napisało już do mnie dwieście takich kobiet.  Okazało się, że ta wspólnota doświadczeń jest bardzo duża.

Sytuacja mężczyzn, którzy opuszczają stan konsekrowany jest zupełnie inna.

- Oni inaczej funkcjonują już w zakonie, choćby to, że nie muszą chodzić w habicie, a zakonnice tak. To tylko kwestia zewnętrzna, ale wpływa na to, jak ktoś się później czuje w świecie świeckim. Szczególnie te moje bohaterki, które całe życie spędzały np. w kuchni za murami zakonu, miały duże problemy z odnalezieniem się w nowej rzeczywistości. Do tego kobieta odchodząca z zakonu nie ma zupełnie nic.

Nie ma się pieniędzy, ani mieszkania, traci się przyjaciół, bo w niektórych zakonach nie wolno podtrzymywać przyjaźni. Jeśli odchodzi młoda dziewczyna, to z pomocą rodziny może szybko stanąć na nogi. Ale kobietom po czterdziestce jest już dużo trudniej, bo często same muszą się opiekować rodzicami albo ich rodzice już nie żyją. Wszystkie moje bohaterki, które odeszły w późniejszym wieku, wyjechały za granicę i tam pracują.

Na końcu książki podaje pani swój adres oraz adres stowarzyszenia, które założyły zakonnice.

To jest realny efekt publikacji. Pisały do mnie byłe zakonnice i jedna z nich zwróciła uwagę, że nie ma dla nich żadnego stowarzyszenia i że chciałaby je założyć. Zaczęłam więc przekazywać kontakty i powstała taka grupa.

Z pani książki płynął taki morał, że kobiety odchodzące z zakonów objęte są infamią...

- To wynikało ze społecznego przeświadczenia, że odejście z zakonu to grzech. Dlaczego odeszła? Tyle jest dowcipów o tym, że zakonnica odchodzi z zakonu, bo się zakochała, etc. W tej atmosferze one zupełnie nie chciały odpowiadać o swoich doświadczeniach, bo co innego je skłaniało do odejścia i czuły się zupełnie niezrozumiane. Celem mojej książki było właśnie to - lepiej je zrozumieć.

Po spotkaniach z czytelnikami pochodziły do mnie kobiety - ateistki, feministki i głęboko wierzące katoliczki z małych miasteczek - i mówiły: To jest o nas wszystkich. Zauważyłam, że ta linia podziału społecznego w Polsce nie przebiega od prawa do lewa, ale na tych którzy traktują wartości instrumentalnie i tych, którzy podchodzą do nich poważnie.

Jednak spotykały się często z wykluczeniem...

Tak, były takie które usłyszały przyniosłaś wstyd całej wsi, odejdź! Ale były  też takie, które spotkały się z innym traktowaniem, ale wiedziały, że plotkuje się o za ich plecami. A pewnej byłej zakonnicy matka powiedziała: "W sklepie pracuje były ksiądz, ty też możesz wyjść z domu z podniesioną głową".

Wydaje się, że problem leży w samych zakonach. Pani bohaterki opisują je jako piekło, które kobiety same sobie tworzą

- Łatwo byłoby oskarżać przełożone zakonów i mówić, że to ich wina. Ale pamiętajmy, że zakonnice znajdują się na samym dole kościelnej hierarchii. Mają pewną autonomię, ale o wszystkim decyduje papież albo biskup. Kobiety nie są kapłankami, więc nie podejmują żadnych wiążących decyzji.

Tak jest tylko w Polsce?

- Amerykańskie zakonnice się zbuntowały, ale Watykan od razu nałożył na nie wizytacje kontrolne, które przez kilka lat się nimi zajmowały. Tak wygląda prawo kościelne - zakony są wykluczone ekonomicznie, same muszą na siebie zarobić. Ale jest to łatwiej zrobić zakonom męskim. Zakonnice muszą więc prowadzić na przykład prywatne przedszkola. 

Już przygotowując materiały do książki, próbowałam porozmawiać z przełożonymi zakonu, ale że tak powiem zgrzytała klasztorna bramy. Jednak przygotowując drugą część, już mi się udało. Głos byłych zakonnic był już w przestrzeni publicznej i trzeba się było z nim zmierzyć. Jedna z sióstr przełożonych zaprosiła mnie na taką dość chłodną rozmowę, ale przynajmniej chciała rozmawiać.

Najpierw na panią nakrzyczała...

- Tak, powiedziała mi, że się nie mam pojęcia o życiu zakonnym. I to akurat prawda, rzeczywiście tak nie żyłam. Ale dlatego próbowałam namówić ją, żeby mi poopowiadała, jak to jest.

Byłam tego bardzo ciekawa, bo dostawałam ciągle wiele maili od były zakonnic, ale też od kobiet żyjących w zakonach, niektóre pisały nawet, że miały myśli samobójcze. Trudno powiedzieć, na ile to reprezentatywna próba, ale mogę powiedzieć, że dostałam maile z pięćdziesięciu zgromadzeń w Polsce, co by pokazywało, że to szeroki problem.

Mam takie wrażenie, że praca dziennikarza z instytucjami kościelnym jest dość trudna, bo według Kościoła ktoś niewierzący nie powinien się zajmować jego sprawami. 

- Z tym argumentem zupełnie się nie zgadzam. Przecież Kościół zajmuje się tak wieloma sprawami. Ale to nie kwestia moich przekonań. Myślę, że ten podział nie leży na linii, kto wierzy, a kto nie wierzy, ale na poziomie wyznawanych wartości. Jedne z bohaterek mojej książki, od których się zresztą zaczęło, właściwie żyją trochę jak zakonnice, opiekując się wszelkim żywym stworzeniem czyniąc wiele dobra, choć już nie w strukturze kościelnej. A pozostałe bohaterki są nadal wierzące, ale układają sobie swoje relacje z Bogiem zupełnie indywidualnie.

Czytając pani historie ma się wrażenie, że w tym podejściu do wartości w zakonach jest ogromna hipokryzja. To są historie z znęcaniem się, upokarzaniem...

- To co jest dla mnie istotne to, że siostry podjęły po mojej książce jakąś refleksję. Pewne rzeczy zaczęły się zmieniać. 

Całej rozmowy posłuchaj tutaj:

Więcej o:

Dostęp Premium TOK FM

Serwis informacyjny

Komentarze (7)
"Przyniosłaś wstyd wsi. Odejdź!" - z tym spotykają się zakonnice, które zrzuciły habit
Zaloguj się
  • maura4

    Oceniono 7 razy 5

    W niezbyt dużym mieście żył przedsiębiorca z rodziną, bardzo wierzącą, mocno związaną z kościołem. Dzieci wyjeżdżały na oazy, śpiewały w chórze. Córka dużo czasu spędzała z zakonnicami. Niestety zdarzyło się nieszczęście i syn zabił się na motorze. Córka po tragedii jeszcze bardziej związała się z religią. Jakiś rok po śmierci brata oznajmiła rodzicom, że wstępuje do zakonu. Ojciec początkowo prosił księży i zakonnice, aby wybili jej to z głowy. Duchowni odmawiali. Argumenty, ze to jedyne dziecko i powinno zostać z rodzicami, w przyszłości dać wnuki i zająć się firmą, nie robiły na nich wrażenia. Potem to już poszło na noże.
    Czego jednak ten ojciec spodziewał się ? Całe życie wpychał ja w objęcia kleru, no to się doczekał.

  • miw.d

    Oceniono 4 razy 4

    Książkę na ten temat przeczytałam pod koniec lat 60-tych. To był zbiór kilku, kilkunastu historii
    dziewcząt, które wstąpiły do klasztoru i po latach z nich odeszły. Jedna z nich była emerytką,
    zamieszkała we Wrocławiu, w Rynku. Podczas pobytu w klasztorze szyła zakonnicom buty.
    Tego nauczyła się na Syberii. Kiedy już znalazła się w wieku emerytalnym i chorowała,
    przestała być potrzebna zakonowi i odeszła z niego. Inna historia dotyczyła młodej osoby,
    która odeszła z zakonu /powodów nie pamiętam/ i została adaptowana przez bezdzietne
    małżeństwo. Oni uczyli ją wszystkiego, tak jak się uczy i wychowuje małe dziecko. Pamiętam też takie stwierdzenie, że dla wielu tych młodziutkich dziewcząt oddawanych bez
    ich zgody do zakonów, najpiękniejszą chwilą ich życia była uroczystość ślubów zakonnych,
    ich oprawa i szaty, w które były na ten moment ubrane. Pamiętam dojmujący smutek
    płynący z tych opowieści.
    Jak widzisz Karlu Kopferkingu, Czerska od zawsze martwiła się o zakonnice:))

  • powsinoga.9

    0

    "...książki, do której oddano to wszystko,..."

    Do której oddano? Po jakiemu to? I co to znaczy?

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX