Katastrofa w Czarnobylu odmieniła ich życie. Polak pomaga mieszkańcom terenów, które zostały skażone

- Zawsze chciałem robić coś, czym nie interesowali się inni - mówi Krystian Machnik, człowiek, który zaczynał od organizacji komercyjnych wyjazdów do Czarnobyla, a dziś pomaga samosiołom.

Katastrofa w Czarnobylu uznawana jest za jedną z największych wypadków w historii elektrowni atomowych. 26 kwietnia 1986 roku w wyniku przegrzania reaktora jądrowego doszło do pożaru oraz wybuchu. Radioaktywna chmura nadciągnęła nie tylko nad republiki tworzące ZSRR, ale też nad Polskę, Czechosłowację, Austrię, Rumunię. Bułgarię, Finlandię i Szwecję. Nie wiadomo, ile osób ucierpiało i straciło życie. Oficjalne radzieckie dane mówią o 30 osobach, które zmarły w wyniku choroby popromiennej i poparzeń.

Kuba Krzywiecki: Elektrownia Jądrowa w Czarnobylu - miejsce owiane legendą. Niedostępny, niebezpieczny obszar, wokół którego roztacza się strefa zamknięta o promieniu 30 km. Jak zaczęła się twoja przygoda z tym miejscem?

Krystian Machnik: Pierwszy raz pojechałem do Czarnobyla w 2013 roku. Zainteresowanie tym miejscem narastało przez we mnie przez lata. Chciałem je w końcu zobaczyć. Zamknięta Strefa Wykluczenia wokół elektrowni jądrowej zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Opuszczone miasto pracownicze Prypeć, w którym mieszkało 50 tys. ludzi, kilkadziesiąt trudno dostępnych wiosek. To wszystko wiąże się z adrenaliną towarzyszącą odkrywaniu niezwykłych miejsc. O okolicach Czarnobyla mówi się, że to Mount Everest dla ludzi eksplorujących opuszczone tereny.

Nie bałeś się o zdrowie? Nie przeraziły cię informacje o śmiertelnych dawkach promieniowania?

- Zrobiłem porządny research. Obecnie podobną dawkę promieniowania, jak w Czarnobylu, otrzymamy, spacerując po Warszawie. Oczywiście są miejsca i obiekty, przy których przebywanie jest niebezpieczne. To np. chwytak dźwigu, którym zbierano konstrukcje zniszczonego po katastrofie bloku reaktora elektrowni albo ubrania strażaków, którzy przybyli jako pierwsi na miejsce katastrofy. Te stroje od 30 lat leżą w piwnicach szpitala w Prypeci.

Jak zacząłeś organizować wyjazdy komercyjne do Czarnobyla?

- Po pierwszym wyjeździe stwierdziłem, że chcę tam wrócić. Po 10 miesiącach był następny wyjazd. Pół roku później znowu byłem w strefie. Potem już coraz częściej. Piąty wyjazd organizowałem już przez swoją firmę. Założyłem też stronę Napromieniowani.pl, która jest nie tylko bazą dla klientów, ale pokazuje okolice Czarnobyla i to, co dzieje się w strefie.

Trudno jest zorganizować komercyjny wyjazd?

- Jeżeli chodzi o kwestie pozwoleń to praktycznie formalność. Za wjazd do strefy trzeba oczywiście zapłacić. Oprócz kwestii formalnych i finansowych dochodzi potrzebna wiedza. Do pierwszej komercyjnej wyprawy przygotowywałem się pół roku. Trzeba było zrobić porządny rekonesans. Noclegi, pozwolenia, ubezpieczenie, transport.

Nie ma z tego dużych pieniędzy. Jest duża sezonowość. Więcej można zarobić jesienią, kiedy nie jest zimno, a warunki do eksploracji są najlepsze, bo z drzew spadły liście i najwięcej widać. Przez 30 lat od katastrofy w Prypeci praktycznie wyrósł las. Rocznie organizuję blisko 20 wyjazdów. Na każdym jest około 15 osób.

Ludzi eksplorujących strefę nazywa się często stalkerami. Jaka jest twoja definicja takiej osoby?

- Stalkerzy to pasjonaci, którzy interesują się historią, są obeznani z tematem. Chcą jak najwięcej zobaczyć, poznać. Jest też nowa definicja stalkera jako kogoś, kto na terenie obszaru zamkniętego znajduje się nielegalnie. Tak robią złomiarze, którzy kradną resztki infrastruktury technicznej, kolejowej, pojazdów. Zbierany przez nich metal, często niebezpiecznie napromieniowany trafia potem do zwyczajnych skupów na Ukrainie. Podobnie jest z kradzieżą drewna. Stalkerzy strefę eksplorują we właściwy sposób, w ubiorze niezwracającym uwagi. Nic nie wynoszą. Dla mnie stalker to ktoś, kto chce jak najwięcej zobaczyć, poznać. Potrafi robić to po cichu, nie rzucając się w oczy strażnikom.

Skoro wejście do strefy jest legalne to dlaczego trzeba chować się przed strażnikami?

- Ludzie bardzo często chcą zobaczyć charakterystyczne obiekty strefy od środka, a wchodzenie do budynków jest teoretycznie zabronione. Tak samo eksplorowanie terenu po zmroku. Obowiązuje godzina policyjna.

Jak bardzo przepisy ograniczają poznawanie tego terenu?

W ostatnim czasie dużo patroli bardziej przygląda się turystom w strefie. Trzy lata temu, kiedy na Ukrainie milicję zamieniono na policję, pojawiło się wielu nowych funkcjonariuszy, którzy próbują się wykazać swoją gorliwością. Do zwiększenia restrykcji w strefie przyczyniają się też pojedyncze incydenty. Pod tym względem rok 2017 był szczególny. Np. Białorusin, który przebywał w na terenie strefy nielegalnie, bez zezwolenia, spadł, wspinając się na niedziałający radar pozahoryzontalny Duga, którego anteny są wysokie na 100 metrów. Zginął na miejscu. Wtedy administracja strefy, ukraińskie media i politycy zdali sobie sprawę, że ryzyko niebezpieczeństwa dla ludzi, o którym zawsze mówiono, jest realne.

Jest się w strefie czego bać?

Trzeba pamiętać, że strefa żyje własnym życiem, aktualnie to praktycznie dziki teren. Widziałem stado koni, łosie, wilki, rysie. Znalazłem też świeże ślady niedźwiedzia. Czasem obawiam się spotkać zwierzę, które będzie atakować w obronie własnej.

Organizujesz pomoc dla samosiołów - mieszkańców strefy, którzy mieszkali na terenie zamkniętym przed katastrofą i powrócili do swoich domów. Dlaczego postanowiłeś im pomóc?

Do tego skłoniły mnie dwie szczególne sytuacje. Odwiedziliśmy 80-letnią babuszkę, która przy 35-stopniowym upale zdradzała objawy udaru słonecznego. Kobieta mieszkała zupełnie sama w opuszczonej wiosce. Wezwaliśmy do niej pogotowie, które przybyło po dwóch godzinach. Nie wiadomo co by się stało, gdybyśmy nie udzielili jej pomocy. Innym razem spotkaliśmy w listopadzie starca, któremu spłonął dom i wszystkie zapasy na zimę. Przez dwa dni żywił się tym, co znalazł: orzechami, jabłkami. Jak mogliśmy mu nie pomóc? Takich ludzi jest tam znacznie więcej.

Pomagamy zadbać o otoczenie, przeprowadzamy drobne remonty i naprawy w domach samosiołów. Czasem jest to przeciekający dach, czasem nieszczelne ściany. Oni mieszkają wyłącznie w drewnianych domach. Gromadzimy zapasy na zimę, rąbiemy drewno, zakupujemy produkty żywnościowe. Organizujemy dwa duże, dedykowane wyjazdy w roku. Wtedy jeździmy w 3-4 osoby. Przed każdym prowadzimy zbiórkę pieniędzy. Niestety nie są to duże kwoty, do każdej akcji sami dokładamy kilka tysięcy złotych. Pomagamy też w trakcie komercyjnych wyjazdów. Zawsze ustalam z ludźmi w grupie, co chcą zobaczyć, ale zachęcam do odwiedzania samosiołów. Wtedy robimy im duże, bieżące zakupy.

Jak mieszkańcy strefy na was reagują?

Raczej pozytywnie. Oczywiście zdarzają się ludzie, którzy nie są gościnni, przyzwyczajeni do swojej samotności. Wtedy zostawiamy im zakupy i odjeżdżamy. Najczęściej jednak nie chcą nas wypuszczać. Choć sami mają niewiele, starają się dać jak najwięcej. Częstują jedzeniem, alkoholem. To ludzie, których cieszy już sama nasza obecność. Cieszą się, że mają z kim porozmawiać.

Skąd wiesz gdzie szukać samosiołów?

Wszystko jest w głowie. Spędziłem tam tyle czasu, że wiem, gdzie kto mieszka. Do tej pory strefę odwiedziłem 48 razy, spędziłem tam około 150 dni. Jest też lista mieszkańców prowadzona przez administrację strefy, ale jest bardzo nieaktualna. Co kilka miesięcy dowiaduje się, że któryś z samosiołów umarł.

Strona ukraińska nie poświęca im zbyt dużo uwagi. Może jest tak ze względu na nierozwiązany status prawny? Po katastrofie w 1986 roku mieszkańcom strefy nakazano opuścić domy, zaoferowano im mieszkania i pomoc finansową. Ci, którzy wrócili do strefy, zrobili to wbrew zakazowi, praktycznie nielegalnie. Byli też tacy, którzy ukryli się przed ewakuacją. Rzeczywiście ich sytuacja nie jest rozwiązana, dlatego ukraińskie służby nie mają prawnego obowiązku pomagać tym ludziom. Jest też problem biurokratyczny. Ukraina samosiołów dostałą tak jakby w spadku po Związku Radzieckim, więc jak to często bywa, zrobił się bałagan w papierach. Myślę jednak, że powinni im pomagać. Ci ludzie to bardzo ważna część historii Ukrainy. Szczególnie że jest ich coraz mniej. Obecnie zostało ich około 40, może 50. Według oficjalnych danych to 150 osób.

Podobno w strefie mieszkają przestępcy? Można się tam ukryć?

To są bardziej historie z lat 90. XX wieku, kiedy w strefie nie było tylu turystów. Teraz w atrakcyjne miesiące w każdy weekend do strefy przyjeżdża około 300 osób. Nic mi nie wiadomo o ukrywających się przestępcach. Natomiast gdybym został skazany, na pewno pomyślałbym o strefie. Zdecydowanie można się tam ukryć i żyć praktycznie nieniepokojonym. Część terenów jest bardzo trudno dostępna.

Czytaj też: O królisie "informowała" nawet TVP. Ten fejk rozpalił wyobraźnię Polaków zanim pojawił się internet>>>

Więcej o:

Dostęp Premium TOK FM

Serwis informacyjny

Komentarze (3)
Promieniowanie sensem życia. Historia Polaka, który pomaga mieszkańcom Czarnobyla
Zaloguj się
  • dar61

    0

    Jakubowi zwanemu Kubą podzięka za okazanie człowieka świadczącemu pomoc tym miejscowym tradycjonalistom przy okzaji komercyjnych eskapad.
    Tęsknię też za okazaniem nam zmian właśnie w dziczy miejscowej, roślin i zwierząt - od lat chodzą słuchy, dość sensacyjne, o mutacjach tam następujących. Warto by skonfrontować takie doniesienia z rzeczywistym stanem rzeczy i DNA/ RNA...

  • 2bxornot2b

    Oceniono 1 raz 1

    Tak jak Francja korzysta obecnie z promieniowania emanujacego z Jowisza czyli Przezydenta Macrona. ktory okreslil swoje rzady bliskie krolowi Bogow. Jak dlugo Francja wytrzyma w blaku Jowisza, w kazdym razie juz widac iz bez pomocy z zewnatrz szane sa niewielkie.

  • kixx

    Oceniono 1 raz 1

    Stalker nie jest synonimem pasjonata
    Stalkerzy w kulturze polskiej( a takze, jak sadze, kulturze wszystkich krajow postsocjalistycznych) to wlasnie osoby ,ktore z wynoszenia ze strefy zamknietej roznych przedmiotow , uczynily zrodlo utrzymania.
    Okreslenie to zdobylo popularnosc w ZSRR i w innych krajach gdzie znana byla tworczosc braci Strugackich .
    Katastrofa w Czernobylu byla na terenie ZSRR i wlasnie z tego powodu ,ludzie tam mieszkajacy, zapozyczyli okreslenie stalker na okreslenie osoby wchodzacej na teren Zony w celach zarobkowych( w ksiazce takze ideowych-ale to szczegol)
    ps.pasjonat to tez nie do konca czlowiek,ktory ma hobby( choc czuje ze niedlugo to okreslenie bedzie juz uwazane za poprawne)

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX