Despero powrócił do "Pitbulla". Dorociński: "Wymarudziłem ten scenariusz"

- Pomyślałem, że jeśli mam wrócić, to na własnych warunkach: z szacunku do siebie, do postaci, do widzów - mówi Patrycji Wanat Marcin Dorociński. Aktor wrócił po kilkunastu latach do roli policjanta Despero.

Patrycja Wanat: "Pitbull. Ostatni pies" to kontynuacja kultowej serii wyreżyserowanej przez Patryka Vegę. Teraz dostajemy film w reżyserii Władysława Pasikowskiego. Dlaczego zdecydowałeś się na powrót do roli Despero?

Marcin Dorociński: Jest kilka powodów, jednym z nich jest taki, że często byłem zaczepiany na ulicach i pytany, dlaczego nie ma Despero w kolejnych częściach "Pitbulla". Kolejny jest taki… Ale trzeba zacząć od tego, że to dla mnie bardzo ważna rola. Jestem z nią bardzo mocno emocjonalnie związany. Pracę zaczynaliśmy w 2004 r., premiera była w 2005 r., to jest kawał czasu. Poznałem wtedy wielu wspaniałym policjantów, którzy wykonywali swój zawód - poświęcając życie prywatne. Nie ma już Sławka Opali, który był pierwowzorem mojej postaci (policjant w 2014 roku popełnił samobójstwo - red.). Pomyślałem, że jeśli mam wrócić, to na własnych warunkach: z szacunku do siebie, do postaci, do widzów.

Jak tylko się spotkaliśmy na planie, spojrzeliśmy sobie w oczy, no to… to jest niesamowite. Tego się czasami nie da tego pisać, że spotykasz takie osoby, którym patrzysz w oczy i cały świat się otwiera

Długo kręciłem nosem. Mówiłem, że nie dostanę takiego scenariusza, który by mnie zachwycił. I jakież było moje zdziwienie kiedy... dostałem taki scenariusz. Zobaczyłem, że napisał go Władysław Pasikowski, z którym miałem przyjemność pracować przy filmie „Jack Strong” i już mi plecy zdrętwiały. Okazało się, że to bardzo ciekawa historia, bardzo piękna. Ale znowu próbowałem odsuwać tę myśl od siebie, że po tylu latach nie ma co wchodzić do tej samej rzeki. Ale pomyślałem, to może rzeczywiście jest czas, żeby się pięknie pożegnać - podziękować wszystkim, którzy byli inspiracją. Spotkać się znowu z Władkiem i jednocześnie połączyć to, co kiedyś z nowym. Skumulować tę energię i... przywalić z całej siły. Udało się zaprosić Krzyśka Stroińskiego, na czym mi bardzo zależało, Rafała Mohra, jest jeszcze kilka postaci, które były w starym "Pitbullu".

Super było to, że myśmy się po latach spotkali. Ta energia! Jak tylko się spotkaliśmy na planie, spojrzeliśmy sobie w oczy, no to… to jest niesamowite. Tego się czasami nie da tego pisać, że spotykasz takie osoby, którym patrzysz w oczy i cały świat się otwiera.

W scenariuszu jest wiele nawiązań do pierwszych filmów, fani gatunku będą mieli świetną zabawę. Wasza trójca: Krzysztof Stroiński, Rafał Mohr i ty - świetnie się was ogląda. Widać, że energia ciągle jest. A z drugiej strony jesteście zupełnie inni...

Kilkanaście lat minęło... Zmiany, popaprane życie osobiste, praca w tym zawodzie, gdzie zło jest obecne na co dzień. Tam jest taki cytat: romantyzmu służby dochodzeniowej. Coś w tym jest. Wszyscy ci faceci, prawdziwi policjanci, których poznałem, którzy wykonują rzetelnie swój zawód, to są po prostu niesamowici faceci. Choć nie zawsze są supermenami. Ale robią wszystko, najlepiej jak potrafią. To są często ludzie schorowani, znerwicowani, po przejściach alkoholowych, ale cały czas mózg-komputer pracuje - to jest niesamowite

Film wyreżyserował Władysław Pasikowski. Słusznie podkreślasz, że scenariusz też on napisał. Bardzo dobrze się tę historię ogląda, świetnie się słucha dialogów. One chyba też się dobrze "układają" w ustach aktorów?

Tak. Wymarudziłem ten scenariusz. Jestem Władkowi bardzo wdzięczy, że to cierpliwie znosił, słuchał. On wierzył, że ja te lata temu, coś ważnego przeżyłem i to jest dla mnie bardzo ważne emocjonalnie. I nie zgłaszam uwag, żeby się mądrzyć; tylko dlatego, że zależy mi na tym. Wiem, że Władysław jest zawsze przygotowany perfekcyjnie, że najwięcej wymaga od siebie. Natomiast byłem zaskoczony, jak pilnie odrobił lekcje: chyba obejrzał wszystkie filmy i serial cały, bawił się tym językiem, cytował fragmenty. W tym mój ulubiony „Kto ty jesteś? Dziadek do orzechów”.

My aktorzy często lubimy ucinać kwestie, a tutaj wszystko chciało się mówić. To było takie lekkie, nie tyle łatwe i przyjemne, ile mięsiste i strzelające często w sedno sprawy

Dlatego dialogi "leżą" w ustach, to się samo chce gadać. My aktorzy często lubimy ucinać kwestie, a tutaj wszystko chciało się mówić. To było takie lekkie, nie tyle łatwe i przyjemne, ile mięsiste i strzelające często w sedno sprawy. Oprócz dialogów podobała mi się historia, jaka jest nakreślona w scenariuszu. Że nie jest to jakaś tam legenda, ale prawdziwa historia o przyjaźni, ciężkiej pracy, miłości, o tym, żeby wiedzieć, gdzie barykada jest, że czasem można ją przekroczyć - ale zawsze się wraca.

To nawiązanie do tego, co było kiedyś, jak Benek mówił do Nielata, czyli Janusz Gajos do Rafała Mohra, „pamiętaj młody, wiedz gdzie barykada jest”. Udało się Władkowi połączyć nowoczesne z tym starodawnym.

To jest bardzo ważne, co mówisz o barykadzie. Bo przy tych ostatnich "Pitbullach" byliśmy przyzwyczajani do bardzo niebezpiecznego flirtu między policją a gangsterami. A tutaj, mimo że - jak powiedziałeś - bohaterowie są pokiereszowani. Nie jeden raz popełnili błędy - to jednak jest etos, moralność, kręgosłup. To chyba bardzo ważne.

Oczywiście, że tak. Bo oprócz tego, że film jest po to, żeby bawić, dawać rozrywkę, to wierzę w to głęboko, że czasami filmy bywają po to, by dać morał, przemyślenie, inspirację. To jest bardzo ważne.

Chciałam się zapytać, czy wracaliście do konsultacji ze służbami specjalnymi, policjantami?

Nie mogę o tym mówić (śmiech). I tak i nie. "Pitbull" sprawił, że zawód policjanta i szacunek do tej pracy nie jest dla mnie tylko kwestią filmową. Poznałem bliżej wielu niesamowitych ludzi, staram się to kultywować. Z niektórymi się widuję bardzo rzadko, ale z niektórymi dosyć często.

A zdarza się, że spotyka cię policjant i mówi: o Despero, pamiętam?

Oczywiście, że tak. W tym odbiorze i reakcji, bez mizdrzenia i podlizywania, jest też olbrzymi szacunek. Za to, co nam się udało pokazać w pierwszych filmach. Czyli strasznie ciężką, żmudną pracę, często bez szybkich samochodów, nawet bez długopisów w biurze - z poświęcaniem życia prywatnego. A jednocześnie, że to są supermeni. Mam wrażenie, że także w tym najnowszym filmie, udało się pokazać prostą opowieść o fajnych chłopakach.

Myślę, że ci faceci nie myślą o swojej pracy jak o poświęcaniu się. Oni czują powołanie i wykonują swój zawód, najlepiej potrafią. A to, że mają bezpośredni wpływ na ratowanie życia ludzkiego, to jest godne podziwu

Ale to też mogą być strażacy, lekarze czy ratownicy. Myślę, że ci faceci nie myślą o swojej pracy jak o poświęcaniu się. Oni czują powołanie i wykonują swój zawód, najlepiej potrafią. A to, że mają bezpośredni wpływ na ratowanie życia ludzkiego, to jest godne podziwu. Oni nie udają, że nie wiadomo, kim są, nie „fisiają” - wykonują swoją pracę. Ja tak samo myślę o swojej pracy: żeby ją wykonywać, najlepiej jak potrafię, żeby nie robić fikołków niepotrzebnych, a ewentualne zachwyty, zadowolenie, przeżycia zostawić widzom.

Rozmawiamy przy okazji premiery "Pitbulla". Jaki będzie następny film? Komedia, dramat obyczajowy czy sensacja?

Wszystkiego po trochu. Powoli będziemy wyglądać w przyszłość na „Siedem uczuć” Marka Koterskiego, koło lipca chyba będzie premiera. To też niesamowity scenariusz, niesamowita historia – niesamowite doświadczenie dla wszystkich aktorów. W przyszłości też "Hurricane". A w jeszcze dalszej przyszłości Kinga Dębska, czyli „Zabawa, zabawa” i Borys Lankosz „Ciemno, prawie noc". Jest jeszcze parę różnorodnych rzeczy. Jestem bardzo szczęśliwy człowiekiem, że mogę robić tak różnorodne rzeczy, dawać siebie samego w tych filmach i się w tym spełniać.

Więcej o:

Dostęp Premium TOK FM