"To jest bunt". Mimo obcięcia dotacji przez PiS, coraz więcej uczniów korzysta z edukacji pozaszkolnej

Kilka lat temu podjęła decyzję, że jej dziecko nie będzie chodzić do szkoły. Zamiast tego zapewnia mu edukację domową. Jakie są zalety tego rozwiązania mówiła w Analizach TOK FM dziennikarka Hanna Zielińska.

Dane ze stycznia 2018: 14 tys. polskich uczniów korzysta z edukacji domowej, to dwukrotny wzrost w stosunku do roku 2016. Przytaczająca te liczby dziennikarka Gazety Wyborczej Justyna Suchecka łączy ten wzrost z wprowadzoną właśnie reformą edukacji, nazywaną przez niektórych deformą.

Uważano nas za dziwaków

- 14 tysięcy to ogrom w porównaniu do sytuacji sprzed 5 lat, kiedy zaczęliśmy się tym interesować - mówiła Hanna Zielińska, dziennikarka TOK FM, która od kilku lat zapewnia swoim dzieciom edukację domową. - Uchodziło to wówczas za dziwactwo. Zaczęło się od mojej audycji, w której wystąpił pastor, który używał argumentów religijnych - to nie do końca mnie przekonało.

Zaczęłam więc czytać amerykańskie źródła na ten temat. Ponieważ jestem z rodziny nauczycielskiej, moja siostra jest aktywną nauczycielką, wiem, jaki jest obecny stan polskiej szkoły. Zdecydowaliśmy się zatem, że zaczniemy edukację domową w pierwszej klasie. A potem były następne.

W porównaniu ze szkołą, edukacja domowa to absolutne eldorado. Niestety: nie eldorado finansowe: najczęściej prowadzi ją jedno z rodziców, które nie pracuje. Staje się to zatem stylem życia całej rodziny, a edukację domową prowadzą często rodziny wielodzietne. Określenie "eldorado" dotyczy sfery wolności: to praktyczna lekcja sceptycyzmu, niezależnego myślenia, samostanowienia, realizacji własnej woli, wyjęcie dziecka spod nieustannej kontroli, ocen, zamkniętego, hermetycznego środowiska szkoły

- mówiła Zielińska.

- Skąd jednak wiecie, że polska szkoła jest zła, skoro nie posyłacie do niej swoich dzieci? - pytała prowadząca rozmowę Agata Kowalska.

- Bo nie żyjemy na wyspie, mamy znajomych, którzy opowiadają nam, jak bardzo dzisiejsza szkoła się zmienia i czy na lepsze - z ich opowieści wynika, że nie bardzo - powiedziała Zielińska i dodała, że spróbowali, po kilku latach uprawiania edukacji domowej, posłać najmłodsze ze swoich dzieci do zerówki, do szkoły publicznej. - I już wiemy, że w szkole nie zostanie na długo. Bo system nadal jest opresyjny, nadal opiera się na ocenach, które zgodnie z wynikami badań psychologicznych, wiemy to na pewno, demotywują dzieci. System edukacji fińskiej, który zyskuje teraz najwyższe noty na świecie, zabrania oceniania dzieci do 12 czy 13 roku życia.

"Nie będę moim dzieckiem taranować zmian"

- A nie można porozmawiać ze szkołą i poprosić, by ocen nie stawiano? - dopytywała Kowalska.

- To pierwsza rzecz, którą zrobiłam, kiedy poszłam do szkoły: dostałam gwarancję, że żadnych ocen nie będzie - odpowiadała Zielińska. - A byłam jedyną, "dziwną" mamą, która wstała i zapytała na zebraniu o oceny, również te w ukrytej formie, czyli plusy, minusy, uśmieszki i tak dalej. Pozostali rodzice odwrócili się, by spojrzeć, któż to taki zabrał głos. Podobno rodzice oczekują, że oceny będą, bo dzięki nim szybko orientują się w postępach swoich pociech. Machina mojego systemu edukacji domowej toczy się dalej, ale ja nie będę swoim dzieckiem taranować tych zmian.

Prowadząca rozmowę odczytała mail od słuchacza, pana Łukasza:

"Na wstępie zaznaczę, że poniższa opinia nie odnosi się bezpośrednio do red. Zielińskiej, nie chcę oceniać osobistych wyborów ludzi, dokonywanych w ramach obecnego systemu. Natomiast otwarte od lat drzwi, pozwalające na "ucieczkę" klasy średniej z publicznej szkoły są prostą drogą do postępującej degeneracji szkoły.

Dużo ważniejszym, niż brak ocen, elementem fińskiego szkolnictwa, który wpływa na jego wysoką jakość, jest brak szkół prywatnych, społecznych, domowych. Wszystkie dzieci uczą się w szkołach publicznych, a bardziej zasobni rodzice dbają o to, by szkoły stały na wysokim poziomie. Bardziej zasobni nie tylko w sensie finansowym" - napisał pan Łukasz.

- O dziwo, ja się z panem Łukaszem w dużej mierze zgadzam - komentowała Zielińska. Gdybym ja miała do wyboru dobrą szkołę, szanującą podmiotowość mojego dziecka i jego potencjał, nie zastanawiałabym się ani chwili, czy poświęcać aż tak dużo czasu i energii na edukację domową.

Edukacja domowa wpływa też na szkołę

Zielińska jest zdania, że sam fakt istnienia edukacji domowej w debacie publicznej może poprawiać jakość systemu powszechnego, zwracając uwagę na istotę systemu edukacji. Jej zdaniem ten wpływ jest realny, bo np. na Ursynowie, w dzielnicy Warszawy, gdzie prowadzi edukację domową, jest pierwsza szkoła, państwowa podstawówka, która oficjalnie "zniosła" oceny.

Jedna ze szkół przejęła od edukatorów domowych listę prowadzących zajęcia dodatkowe, bo uznała ją za wartościową. Rodzice dzieci edukowanych poza szkołą mają bowiem stały kontakt z co najmniej jedną, "macierzystą" szkołą, do której dziecko formalnie musi być zapisane, i w której może w związku z tym korzystać z np. sali gimnastycznej.

Edukacja pozaszkolna

Dziennikarka podkreśla, że jej zdaniem lepszym, bliższym prawdy, terminem byłaby edukacja pozaszkolna a nie domowa, bo jej dzieci spędzają większość czasu poza domem. "Przez pierwszy rok na przykład zwiedziliśmy Polskę." - mówiła.

- "Edukacja pozaszkolna" - brzmi jak wezwanie do buntu... - komentowała Kowalska.

- I bardzo dobrze, że tak brzmi. Bo to jest bunt, wolność od systemu, niezależność myślenia, praktykowanie podważania, sceptycyzmu wobec tego, co wszyscy uważają za słuszne. Ja słucham tego, co mówią o swoich potrzebach moje dzieci, a nie tego, co narzucają mi inni - stwierdziła Zielińska.

Jak to działa

Dziennikarka opisywała, że zajęcia pozaszkolne z dziećmi prowadzą nie tylko sami rodzice: edukatorów poszukuje się także na zewnątrz, biorąc pod uwagę potrzeby konkretnego dziecka czy grupy dzieci. Można jednak też dogadać się wzajemnie z innymi rodzicami, i ustalić kto prowadzi jakie zajęcia dla grupy dzieci.

Zaznaczała, że łączenie dzieci w grupy ma też walor utrzymywania kontaktu rówieśniczego. Można też stworzyć mikroszkołę, czyli prowadzić edukację demokratyczną. Taka formuła jest coraz bardziej popularna w Polsce - formalnie ma status edukacji domowej,bo zdaniem Zielińskiej jest tak wywrotowa, że nie miałaby szans zyskać statusu szkoły w rozumieniu MEN.

Jest wiele form edukacji domowej: od nauczania, zgodnie z nazwą, w domu, po edukację w quasiszkole, lub przypadki rodzin nomadycznych, które podróżują po świecie latami a zawijają do portu tylko na egzamin. Bo wszystkie dzieci mające obowiązek szkolny muszą wykazać się określoną wiedzą, co jest akurat dobre, bo jest ochroną dziecka przed jakimiś sekciarskimi praktykami, czyli ryzykiem całkowitego odstawienia od edukacji

- mówiła Hanna Zielińska.

Jak wyjaśniła dziennikarka, cała edukacja domowa toczy się za pieniądze opiekunów, którzy się na nią zdecydowali. Z budżetu państwa rodzice nie dostają na edukację nic, gdyż subwencję przewidzianą na dziecko (przysługującą każdemu obywatelowi) i tak dostaje... szkoła.

Dokładniej: szkoła dostaje 0,6 dotacji, jaką przeznacza się na codziennie uczęszczające do klasy. Szkoła broni się, że za te pieniądze dziecko uczące się poza nią dostaje legitymację szkolną, ma zorganizowany egzamin czy może korzystać z sali gimnastycznej albo wycieczek.

Dlaczego pieniędzy publicznych jest jeszcze mniej?

- Obcięcie dotacji na edukację domową (do poziomu 0,6 - przyp. red.) wiąże się moim zdaniem z tym, że kiedyś PiS popierał edukację domową, jako taką wolnościową, rodzinną formę nauki. Dziś postrzega ją jako bunt przeciwko pisowskiemu systemowi edukacji - powiedziała Zielińska.

Być może PiS przyjrzał się badaniom, jakie przeprowadzono w USA. W Polsce takie badanie nie miałoby sensu, bo nie mamy jeszcze dorosłych 'absolwentów' edukacji domowej. Wyniki amerykańskich badań mówią, że osoby edukowane niezależnie od szkoły mają bardzo wysokie współczynniki tożsamości obywatelskiej i niezależności, wykazują bardzo duże zaangażowanie w społeczność lokalną - czyli charakteryzują się cechami, które nie są sprzyjające żadnej władzy

- podkreśliła dziennikarka.

Hanna Zielińska wyjaśniła, że rodzice w Polsce zmuszeni są sami utrzymywać edukację domową, a są to niemałe koszty. W takim domu jedno z rodziców nie pracuje, albo pracuje po nocach.

Wiele takich rodzin naprawdę liczy każdy grosz, każdą bułkę, żeby móc wytrwać i utrzymać się z jednej pensji, realizując zamysł domowej edukacji. Dosyć wyraźnie zmieniło się to po wprowadzeniu programu 500 plus, bo - zwłaszcza wielodzietne rodziny - dostały pokaźny zastrzyk pieniędzy

- powiedziała domowa edukatorka przyznając zarazem, że z prowadzeniem takiej edukacji wiąże się ryzyko wypalenia, ponieważ matka żyje w ciągłym kołowrotku, zwłaszcza jeśli godzi domową edukację dziecka z pracą zawodową.

- W Polsce jeszcze wciąż motywacją do edukacji domowej jest motywacja konserwatywna: zatrzymam dziecko w domu i ochronię je przed światem. Niektórzy dzieci nie posyłają do szkoły, bo obawiają się, że usłyszą one tam o np. gender.

Ale wzrasta liczba osób, które mają cel taki jak ja: by dzięki tej metodzie właśnie otworzyć dziecko na świat, wyprowadzając je z systemu edukacji, przyglądać się temu światu na własnych zasadach - podsumowała Zielińska.

Więcej o:

Dostęp Premium TOK FM

Komentarze (50)
"To jest bunt". Mimo obcięcia dotacji przez PiS, coraz więcej uczniów korzysta z edukacji pozaszkolnej
Zaloguj się
  • ml2403

    Oceniono 10 razy -4

    Nie będę się wypowiadał o dzieciach pani Zielińskiej ale słuchając jej audycji mogę powiedzieć że to wredna seksistowska baba

  • qqracza

    Oceniono 9 razy -3

    żal mi dziecka. Rodzice eksperymentują. Trzymam kciuki, aby im się udało. Jednak wiem, że konsekwencje eksperymentu poniesie dziecko. Oby były pozytywne.

  • siekieraaxe

    Oceniono 13 razy -3

    Chorzy rodzice dzikich dzieci

  • pn-ski

    Oceniono 1 raz -1

    Prezydent Duda daje dobry przykład i tez się uczy wszędzie: w windzie, w samolocie, w samochodzie..Tak powiedział..
    Zdaje się, ze chodzi o uczenie się na pamięć tego, co ma myśleć..

  • pipistrello_in_giro

    Oceniono 1 raz -1

    Jest sort rodziców, który ma jakąś fobię związaną z ocenami. Dzieci jej nie mają - o ile rodzice ich nie zaczną wpędzać w nerwicę "bo Marysia może na bdb, a u ciebie z zawsze z minusem!" (i w łeb), abo o ile nauczycielka nie jest pieprznięta (ale wtedy należy ją wycofać do zajęć biurowych, a nie likwidować oceny).

    I w moich czasach, i w klasie mojego dziecka dzieci od początku nie miały najmniejszego problemu z ocenami pod warunkiem, że system był przejrzysty i sprawiedliwy. Dzieci chciały być oceniane, chciały wiedzieć jak się lokują względem innych uczniów, tak jak z mierzeniem czasu w biegach czy pływaniu. Zwykłe współzawodnictwo, z wyścigiem szczurów niemające nic wspólnego, Wyścig szczurów to też zresztą nie problem szkoły czy dzieci, tylko przetrąconych rodziców.

    I niestety, jak ktoś uparcie pisze, że 2+2=5, albo "lóbię pieski," to trzeba mu wprost powiedzieć, że za to jest pała, bo się nie nauczył, a nie cackać się, bo a nuż się puszek-okruszek zestresuje. Niech się stresuje. To jest stres na jego miarę, do którego ma się przyzwyczaić, żeby stopniowo przysposabiać się do stresów w dorosłym życiu. Inaczej wychowujemy same lelije, które od 16 roku życia jadą na prochach, bo sobie z życiem nie radzą i są zdziwione, że jak się nie spełnia wymagań, to jest wylotka.

    Największym wrogiem dziecka jest nadopiekuńczość dorosłych.

  • xt-s

    Oceniono 1 raz -1

    Edukacji domowej obcięcie dotacji ani ziębi ani grzeje. Rodzice i tak jej nie dostawali. Dostawały ją szkoły-przykrywki, które cieszyły się, że za te same pieniądze (albo teraz 60%) co prowadzenie zajęć, opieka nad dzieckiem w szkole, etc. wystarczy, że wystawią legitymację szkolną i raz w roku przeprowadzą egzamin - nie bardziej kosztowny, niż klasówka i rada pedagogiczna, jakich dla innych dzieci urządzają dziesiątki w roku. Nawet 10% dotacji i tak pokryłoby te koszty z dużym zapasem.
    Co nie znaczy, że chwalę PiS za obcięcie subwencji - chwaliłbym, gdyby zabrał ją szkołom-przykrywkom, a dał rodzicom. W tej chwili płaca podatki na system szkolny, ale całość kosztów z edukacją swoich dzieci ponoszą i tak, do tego musząc użerać się z biurokracją.
    Jedyne, których należy żałować, to "szkoły demokratyczne", prowadzące zajęcia dla dzieci, ale pod szyldem "edukacji domowej", żeby pozwolić dzieciom uciec spod absurdów podstaw programowych, siatek godzin, etc. Zazwyczaj oferując niewiele więcej niż przyjemną świetlicę dla dzieci, ucząc je niewiele albo i nic - to i tak spada na rodziny. Te rzeczywiście tracą na obcięciu im subwencji.

    Pani Hannie Zielińskiej, a zwłaszcza jej dzieciom, życzę powodzenia!

  • essa

    Oceniono 13 razy -1

    A ja też uczę dziecko w domu :) i zapewniam że ja nie jestem chora a moje dziecko nie jest dzikie :) Czy taka edukacja ma wady ? Myślę, że nie bo żadna chwila spędzona z własnym dzieckiem nie powinna być stracona. Moje dziecko uczy się nie tylko wiedzy z książek ale i czerpie wiedzę z sytuacji codziennych. Jest bardziej otwarte i odpowiedzialne. A tym którzy ślepo patrzą w szkołę publiczną polecam zapoznać się z historią szkolnictwa, poczytać trochę dlaczego edukacja wygląda tak a nie inaczej. Mądry człowiek uczy się przez całe życie, głupi uważa, że już wszystko wie :)

  • matts06

    Oceniono 11 razy -1

    Taaa... promujmy szkoły prywatne, to za kilka lat będziemy mieć jeszcze gorsze szkoły publiczne. Niech ci co mają kasę uciekają do szkół prywatnych. Ciekawe kogo się wtedy wychowa w takich szkołach publicznych i jaki będzie tam poziom? To samo ze szpitalami, prywatyzujmy, prywatyzujmy, bo prywatne będzie super działać, bo poprowadzi nas niewidzialna ręka rynku.
    Ci co mają takie pomysł stąpają po bardzo cienkiej linie, bo w końcu wku... pewnych grup ludzi będzie tak wielkie że was zmiecie, jak przyjdą faszyści, którzy sprawią, że będziemy miło wspominać PiS, to wtedy pewnie się obudzicie, że jak ma się w d... część społeczeństwa, to tak to się kończy, że w pewnym momencie to społeczeństwo o sobie przypomni. Teraz mieliśmy dzwonek ostrzegawczy w postaci ostatnich wyborów i zwycięstwa PiS i dobrego wyniku Kukiza, ale mam wrażenie że i tak mało ludzi wyciągnęło jakieś wnioski. Być może za 2lata wygra PONowoczesna, ale bez jakiejkolwiek refleksji skończy się tak, że za 6lat będziemy mieć u władzy prawdziwych faszystów, a nie taki PiS.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX