Czy feminizm zjada własny ogon? "Ruch protestu, który zamienia się w towar, traci swoją moc"

Agnieszka Graff w TOK FM o czwartej fali feminizmu, o tym, że feminizm nie jest antymęski, a antypatriarchalny, ale też zagrożeniu, jakim jest feminizm jako towar, oraz o poczuciu upokorzenia u mizoginów.

Gdyby trzeba było odpowiedzieć tak zwanemu Marsjaninowi, popularnej figurze retorycznej, na pytanie: czym jest dzisiaj feminizm, należałoby chyba zacząć od wyjaśnienia, czym jest cywilizacja ziemska. A jest to cywilizacja patriarchalna - definiowała dr hab. Agnieszka Graff z Ośrodka Studiów Amerykańskich UW: nauczycielka akademicka, pisarka, publicystka, feministka.

Czytaj też: "Mam taki radykalny pogląd, że kobiety są ludźmi" - mecenas w imieniu obywatelki skarży rząd PiS

I od około dwustu lat - myślę, że początek XIX wieku to jest ten moment, w którym naprawdę ta machina feministycznego oburzenia ruszyła - kobiety na kuli ziemskiej buntują się przeciwko temu stanowi rzeczy. Na różne sposoby. Zarówno, takie czysto polityczne, właśnie poprzez mobilizacje, marsze, a nawet fizyczne ataki na te męskie ciała zawiadujące władzą i pieniędzmi, poprzez sztukę, literaturę. I feminizm to jest ta dwustuletnia tradycja kobiecego buntu przeciwko patriarchatowi. I jeszcze trzeba by temu Marsjaninowi powiedzieć, że feministki się bardzo między sobą różnią

- mówiła Graff, dodając, że w czasie owych dwustu lat w feminizmie zaszły bardzo duże zmiany. W jej przekonaniu gdyby współczesna feministka porozmawiała sobie z taką z drugiej połowy XIX wieku, to bardzo by się zdziwiła, bo okazałoby się, że w 90% mają różne poglądy na konkretne sprawy.

Wg Agnieszki Graff, po tzw. drugiej fali feminizmu, która miała miejsce w latach 60. i 70. ubiegłego wieku i była wielką falą, teraz mamy również wielką falę, określaną mianem czwartej fali, i jest ona wielkim przełomem.

- Podziały historyczne są z grubsza takie, że pierwsza fala to są sufrażystki i walka o takie absolutnie podstawowe prawa kobiet: prawo do własności, prawo do edukacji. I prawo głosu, które, jak wiemy, w większości krajów zachodnich kobiety uzyskały w 1918-1920 roku. Ale na przykład w Szwajcarii dużo później, tam w latach 70. Druga fala, lata 60. i 70., to wielki ruch na rzecz praw reprodukcyjnych, tak jak je dzisiaj nazywamy. Prawa do aborcji, prawa do antykoncepcji, ale też prawa do niebycia molestowaną seksualnie, gwałconą.

No i wielka sprawa, nie rozwiązana do dziś, związana z równą płacą za równą pracę. To jest właściwie dość niezwykłe, że po tylu latach aktywizmu ta różnica w płacach w większości krajów zachodnich waha się nadal między 20 a 30%, i to się nie zmieniło. Mężczyźni nadal trzymają rękę na kasie. To, co się zdecydowanie zmieniło, to reprezentacja polityczna kobiet

- mówiła Graff, dodając, że druga fala przyniosła też rewolucję obyczajową w kwestii stosunku do cielesności. Jak opisywała dalej, trzecia fala to feminizm lat 90-tych, który w dużej mierze skupiony był na mediach, był w splocie z kulturą popularną, uważało się, że takie seriale jak „Seks w wielkim mieście” to jest feministyczne zjawisko. Dopiero potem zaczęło się mówić, że to raczej post-feminizm.

- I ostatnie dwa, trzy lata… Coś pękło, coś się wydarzyło, moim zdaniem w dużej mierze w odpowiedzi na ogromne wzmożenie po prawej stronie. Najbardziej chyba spektakularnym wydarzeniem tej czwartej fali feminizmu był marsz kobiet w Waszyngtonie. 21. stycznia 2017 na ulice wyszło tam około miliona kobiet, ale też setki tysięcy w innych miastach. No i w Polsce mamy ruch związany z "czarnymi protestami", czyli Strajk Kobiet, Dziewuchy Dziewuchom, te wszystkie mobilizacje internetowe, które także niedawno wyprowadziły na ulice dziesiątki tysięcy kobiet.

- No to jest ciekawe zjawisko, ten tak zwany backlash konserwatywny, polegający na tym że w Europie, Stanach Zjednoczonych, w wielu miejscach na świecie, mamy do czynienia ze zjawiskiem polityków u władzy, którzy odwołują się do retoryki jawnie patriarchalnej i mówią takim językiem… - mówił prowadzący rozmowę Tomasz Stawiszyński.

- Ja bym powiedziała gorzej: jawnie mizoginicznej - odpowiadała Graff. - Myślę, że te mainstreamowe analizy prawicowego populizmu, które są robione przez liberalnych politologów, w dużej mierze przeoczyły znaczenie tej takiej maczystowskiej męskości. Dla Trumpa, ale też dla Orbana, w ogóle dla prawicowych populistów. Akurat Kaczyński tu nie jest może najlepszym przykładem, ale myślę, że to co dzieje się w sieci, wokół PiS-u i wokół sporów światopoglądowych w Polsce, poziom męskiej agresji, nienawiści do kobiet, który temu towarzyszy to jest zjawisko polityczne, nie obyczajowe.

Oni się czują oszukani. Oni się czują upokorzeni. Oni mają poczucie, że ci lewacy, te feministki, tutaj pada mnóstwo epitetów, które ja też znajduję czasem w mailach, zadali im ból. To jest ból tego zranionego samca

- tłumaczyła Graff dodając, że gdyby chodziło o jednostki, mogłyby się one stać  przedmiotem refleksji jakiegoś konserwatywnego pisarza. Ale jest internet. I tak, jak dla współczesnego feminizmu, zwłaszcza media społecznościowe, są gigantycznym narzędziem mobilizacyjnym, tak też mizoginiczni mężczyźni "sieciują".

- Wracając jednak do feminizmu: ten współczesny w swojej wściekłości, sile, umiejętności wyprowadzania milionów kobiet na ulice jednocześnie, jest efektem dwóch zjawisk. Po pierwsze, pojawienia się wspomnianych mediów społecznościowych, a po drugie pojawienia się tej radykalnej prawicy. Z jednej strony to jest ta fundamentalistyczna, taka jak Ordo Iuris, a z drugiej strony jest taka libertariańska, jak na przykład Red Pill. Nie wiem czy w Polsce istnieje odpowiednik, ale to są tacy, no, zadufani w sobie lubieżnicy. Oni wcale nie są religijni - mówiła Graff podkreślając, że zarazem współczesny feminizm jest też podzielony.

Moim zdaniem najciekawszy konflikt dotyczy stosunku do neoliberalizmu i do kultury popularnej, tej celebryckiej: chodzi o celebrity feminism, czyli feminizm celebrytek. I to są takie postacie, jak np. Beyonce czy Adichie. Ich cieszące się ogromną popularnością teledyski popularyzują idee feministyczne, ale jednocześnie są krytykowane, jako pewien PR, który te celebrytki sobie robią kosztem praw kobiet

- mówił Agnieszka Graff dodając, że najbardziej czytaną w ostatnim roku książką feministyczną w Stanach jest książka Andi Zeisler właśnie o tym zjawisku. - To się nazywa „We were feminists once”. Jest to popularna, ale i świetnie napisana, też świetnie zresearchowana, z mnóstwem przypisów, książka, która myślę, że jest trochę odpowiednikiem „Backlashu” Susan Faludi z początku lat 90tych: pisała ona wówczas o tym, jak konserwatyzm "rozjeżdża", niszczy osiągnięcia drugiej fali feminizmu. Książka Zeisler jest z kolei o tym, jak feminizm zjada własny ogon. O tym jak feminizm z ruchu protestu przeciwko wyzyskowi, niesprawiedliwości, nadużyciom, stał się towarem. I sam się sprzedaje.

- To trochę naturalny moment w takich ruchach, nazwijmy to rewolucyjnych - zauważył Stawiszyński.
- Tak. To jest ten Che Guevara na koszulce...
- No właśnie.
- Ja zresztą sama miałam taki moment, moment „aha”, jak byłam rok temu w Nowym Yorku. Nagle patrzę: w jakiejś małej uliczce cała ściana budynku ma wielki feministyczny napis. Tam coś było z liberation, empowerment, coś tam coś tam. Myślę: jejku, wspaniale, laski mają kasę po prostu. Patrzę dalej, a to... reklama butów - irytowała się feministka.

Ruch protestu, który zamienia się w towar, traci swoją moc przekonywania do większego projektu, którym był. A to był, jest, projekt równościowy, dotyczący bardzo konkretnych i nie dających się sprzedać spraw. Takich jak wyzysk kobiet przez wielkie korporacje, takich jak molestowanie kobiet, nie tylko celebrytek i nie tylko aktorek przez ich szefów. Więc z jednej strony to jest fantastyczne, że Emma Watson wygłasza płomienne przemówienie, a potem zostaje w United Nations tą właśnie ambasadorką kobiet, czy tam Jennifer Aniston, ostatnio Taylor Swift też robi karierę jako pop-feministka. Ale jest w tym jednak też coś bulwersującego

- mówiła Graff przyznając, że są też bardziej wiarygodne celebrytki-feministki, jak Malala Yousafzai, dziewczynka walcząca o dostęp do edukacji właśnie dla dziewczynek czy Oprah Winfrey - co do której jest przekonana, że wystartuje w wyborach prezydenckich, i że może bardziej porwać tłumy niż biała, chłodna i związana z wyższymi sferami Hillary Clinton.

- Po drugiej stronie od tego celebryckiego, neoliberalnego kapitalistycznego feminizmu, jest feminizm lewicowy, który jeszcze dziesięć lat temu był marginesem. Współczesny feminizm jest dużo, dużo ostrzejszy niż ten trzeciej fali, i to jest masowe zjawisko. Jeżeli spojrzeć na przykład na Międzynarodowy Strajk Kobiet, to jest szczególnie może dla polskich feministek cenne zjawisko, bo myśmy je w dużej mierze zapoczątkowały. Gdy wejdzie się na stronę internetową International Women Strike to tam jest w pierwszym zdaniu powiedziane, ze czerpiemy nasza inspirację od Islandek z 1975 roku – tam był ten wielki strajk kobiet – i Polek 2016. Ikonografia jest też z Polski przynajmniej częściowo wzięta, i to jest bardzo lewicowe.

- W radzie głównej International Women Strike jest na przykład Nancy Fraser. To jest autorka słynnego już dziś tekstu o tym, jak feminizm drugiej fali szedł na manowce właśnie poprzez swój flirt, a może nawet romans, a może nawet małżeństwo z neoliberalizmem. Ona jest po prostu autorytetem dla tego ruchu. Jak również wiele mocno lewicowych feministek, z różnych krajów, często czarnych. To jest kolejna sprawa, może definiująca tę nową falę feminizmu. On jest bardzo kolorowy. On jest bardzo czujny wobec dominacji białych kobiet. To po prostu się nie dzieje. Jak zaczyna się dziać, to zostaje natychmiast ukrócone.

Graff zwracała uwagę także na to, że współczesny feminizm posługuje się kategorią intersekcjonalności. Chodzi o to, by uświadomić sobie, iż tożsamości każdej osoby są liczne, a tożsamości wielu osób krzyżują się ze sobą, powodując, że w pewnych kwestiach pewni ludzie mają wspólne interesy. Że to nie jest źle, jeśli w manifestacjach feministek uczestniczą lesbijki, bo zbiór wspólnych spraw jest znaczący. Że prawo do aborcji w Polsce to jest także kwestia klasowa, czyli poziomu dochodów: restrykcyjne przepisy antyaborcyjne bardziej godzą w osoby gorzej sytuowane.

Graff podkreślała też, że w jej opinii feminizm nie jest buntem kobiet przeciwko mężczyznom, bo np. najsilniejszą grupą sprzeciwiającą się prawu głosu dla kobiet w USA była Antysufrażystowska Liga Kobiet. W opinii Agnieszki Graff feminizm to bunt przeciwko pewnemu, patriarchalnemu systemowi władzy, który części kobiet może się przecież podobać.- Postacią, która która chce w Polsce wprowadzić pełny zakaz aborcji jest Kaja Godek, a nie jakiś facet w kapeluszu, prawda? - pytała retorycznie.

- Myślę, że jesteśmy świadkami wielkiego zderzenia cywilizacji. I to nie jest cywilizacja europejska zderzająca się z islamem, jak niektórym się wydaje, tylko to jest ten nurt naszej cywilizacji, który wierzy w postęp, w otwieranie kolejnych przestrzeni wolności w zderzeniu z nurtem konserwatywnym, ortodoksyjnym religijnie i nastawionym na hierarchię, w którym męska władza ma być oczywistością. I myślę, że bardzo wiele zależy od tego czy ta liberalna strona uświadomi sobie, jak wielkie znaczenie dla tego sporu ma kwestia płci - puentowała Agnieszka Graff.

Posłuchaj też:

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM

Serwis informacyjny

Komentarze (5)
Graff u Stawiszyńskiego: Współczesny feminizm? Wściekły, silny, masowy. Intersekcjonalny
Zaloguj się
  • 66kropek

    Oceniono 1 raz 1

    Problemem w popularyzacji idei feminizmu jest straszliwy bełkot jaki wylewa się np. z tego artykułu.

  • pytlarro

    0

    dzisiejszy feminizm jest karykatura swoja. To nie jest juz zadna walka o prawa, to jest najzwyczajniej w swiecie lustrzana kopia meskiego szowinizmu. Wiec nie, feminizmu nie nalezy promowac, dzis nalezy go zwalczac, jako radykalna ideologie

  • r1234_76

    0

    Ta Graff normalnego małżeństwa nie miała, to może i bredzić na temat, jak to mężczyźni trzymają ręce na kasie...

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX