"Wyklęci stali się banerem reklamowym". Wybitni historycy opowiedzieli nam, jak badali ich dzieje

Romuald Rajs 'Bury' na Hajnowskim Marszu Żołnierzy Wyklętych

Romuald Rajs 'Bury' na Hajnowskim Marszu Żołnierzy Wyklętych (JB)

- Z działaczy podziemia, którzy byli wtedy w dramatycznej sytuacji, podejmowali bardzo trudne wybory, zrobiono jednobarwne, płaskie postaci z komiksu - mówi prof. Rafał Wnuk.

Jest połowa lat 90-tych. Sławomir Poleszak, wtedy młody student KUL, jedzie do Gdańska na spotkanie z Franciszkiem Konopką, działaczem podziemia antykomunistycznego w powojennej Polsce. Dlaczego właśnie z nim? Bo jest na seminarium u prof. Tomasza Strzembosza (to nieżyjący już brat profesora Adama Strzembosza, sędziego zaangażowanego obecnie w walkę o wolne sądy).

Czytaj też: "Mit Żołnierzy Wyklętych? Powstanie '44 to nie jest już patriotyzm, na którym zależy władzy"

Część studentów KUL doskonale wie, że zajęcia u profesora są zupełnie inne niż u pozostałych wykładowców. Tu nie ma tematów tabu, nie ma pytań, których nie wolno zadać. - W tematy, które innym wydawały się niebezpieczne czy niewygodne, on wchodził natychmiast – opowiadają byli studenci.

Zaczęło się od listu

Na jedno z seminariów Tomasz Strzembosz przyniósł pewien list. To list właśnie od Franciszka Konopki. - Był niezwykle przejmujący i prawdziwy. Pan Franciszek pisał do profesora, że minęło już 5 lat od upadku komunizmu, a oni, czyli działacze powojennego podziemia, ciągle żyją z piętnem bandytów i złodziei. Z plakietkami, które przykleiła im władza komunistyczna - mówi dr Poleszak.

Profesor zapytał, czy któryś ze studentów nie chciałby się tym zająć. Poleszak nie zastanawiał się długo, podjął wyzwanie, pojechał do Gdańska. - Spotkałem człowieka, który był niesamowicie szczęśliwy, że ktoś zainteresował się jego historią.

Kiedy słuchałem, jakiemu potwornemu biciu był poddawany przez funkcjonariuszy UB, którzy chcieli wydobyć z niego informacje umożliwiające aresztowanie kolejnych osób, widziałem, że te straszne wspomnienia znów w nim odżyły.

Te ciosy, które wtedy dostawał od UB, jakby spadały na niego po raz kolejny. Pojawiły się łzy. Wtedy zrozumiałem, jak bezcenne są te relacje - mówi dr Poleszak.

Naukowiec przeprowadził około trzydziestu rozmów z działaczami podziemia. - Wiedziałem, że trzeba się bardzo spieszyć, aby do nich dotrzeć, bo były to osoby coraz starsze - mówi. Sporym ułatwieniem było wsparcie prof. Strzembosza. - Gwarantował, że jestem osobą godną zaufania, dawał mi listy polecające - dodaje historyk. Jeżdżąc do rozmówców, wszystko nagrywał na kasety magnetofonowe, żeby potem to spisać.

Czarno - biała perspektywa

Polskie powojenne podziemie antykomunistyczne i niepodległościowe, czyli Żołnierzy Wyklętych, dzisiejsza władza wynosi pod niebiosa. Wychwala i przedstawia wyłącznie w jasnych barwach, jako ludzi idealnych i bez skaz, choć - jak mówią źródła - bywało z tym różnie. Gdyby nie historycy, którzy ponad 20 lat temu lat temu zaczęli to badać, niewiele byśmy nich wiedzieli.

- Dziś tę tematykę zbanalizowano. Z działaczy podziemia, którzy byli w dramatycznej sytuacji, podejmowali bardzo trudne wybory, zrobiono jednobarwne, płaskie postaci z komiksu. A to nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. I w tym sensie to jest bardzo brzydka manipulacja - mówi prof. Rafał Wnuk, jeden z pierwszych historyków, który zajął się powojennym podziemiem.

Prof. Grzegorz Motyka, również wychowanek Tomasza Strzembosza, podkreśla, że u profesora podstawową zasadą była bezwzględna uczciwość wobec faktów. - Profesor podkreślał, że fakty są faktami, nie można ich naciągać, ani w jedną ani w drugą stronę – podkreśla.

Jak dodaje, dziś bywa z tym różnie. Część działań, które są podejmowane w związku z obecnym kultem Żołnierzy Wyklętych, stanowczo mu się nie podoba. Wymienia choćby organizowany przez środowiska narodowe Marsz Żołnierzy Wyklętych w Hajnówce, który upamiętnia kontrowersyjną postać kapitana Romualda Rajsa „Burego".

Przypomnijmy: Oddział "Burego" w 1946 roku spacyfikował kilka wsi z okolic Bielska Podlaskiego, gdzie mieszkała prawosławna ludność białoruska. Zginęło 79 osób, w tym dzieci. Zbrodnię uznano za ludobójstwo. - Marsz, w którym szły też osoby publiczne, to skrajny przykład, ale jest ich o wiele więcej - mówi prof. Grzegorz Motyka.

Przed laty coś działało

Lata 90-te. Rafał Wnuk też studiuje na KUL i też bardzo chce być na seminarium u Tomasza Strzembosza. Idzie do niego z gotowym pomysłem na pracę magisterską. Chce pisać o podziemiu. Wie o nim nieco ze swoich rodzinnych stron, z okolic Zamościa. - Mówiło się o tym półsłówkami, w sposób zawoalowany, ale wiedziałem, że były jakieś spotkania na weselach czy po kościele, że coś działało - mówi Wnuk.

Informacje o podziemiu ma też z czytanych w drugim obiegu pierwszych prac dotyczących Zygmunta Szendzielarza, ps. "Łupaszka" oraz Józefa Kurasia ps. "Ogień".  

Pierwszą osobą, do której trafia - dzięki pomocy swojego ojca i sąsiadów - jest mieszkaniec Sitańca. - To spotkanie było zaskakujące, bo to on bardziej przesłuchiwał mnie niż ja jego. W ogóle mi nie ufał. Jeśli odpowiadał, to bardzo zdawkowo - mówi Wnuk.

Takich spotkań było kilka. - W końcu poszedłem do profesora Strzembosza i powiedziałem, że nic z tego nie wyjdzie, bo nikt nie chce ze mną rozmawiać. A on: "W żadnym wypadku proszę się nie poddawać. Proszę dalej próbować" - opowiada Rafał Wnuk.

Okazało się, że Tomasz Strzembosz miał rację. Sytuacja powoli zaczęła się zmieniać.  - Jeśli ktoś jeden mi zaufał, to potem było już łatwiej, trafiałem do kolejnej osoby - mówi nasz rozmówca.

Udaje mu się dotrzeć m.in. do Stanisława Książka, wtedy najwyższego stopniem żyjącego oficera Armii Krajowej i członka Zrzeszenia "Wolność i Niezawisłość". - On również otworzył przede mną parę drzwi - dodaje profesor.

Niektórzy żołnierze podziemia chcieli mówić i mówili dużo. Inni milczeli.  Zdarzało się, że nie chcieli zbyt wiele opowiadać. - Mówili: "Nie wiadomo, jak jeszcze będzie. Mam dzieci, wnuki, nie chcę im zaszkodzić" - wspomina dr Sławomir Poleszak.

Inni mówili chętnie, a opowieści były niezwykle cenne. Historycy zdawali sobie jednak sprawę, że mogły być ubarwione albo wprost przeciwnie, niedokładne. - Naszą rolą było skonfrontowanie tych relacji z tym, co znalazło się w dokumentach. Trzeba jednak pamiętać, że to, o czym mówili nasi rozmówcy, miało wiele barw - takich, których w suchych dokumentach nigdy nie znajdziemy - mówi Poleszak. 

Klatka po klatce, szczegół po szczególe

Rafał Wnuk trafił m.in. do domu jednego z działaczy powojennego podziemia (dziś nie chce zdradzić jego nazwiska). Żołnierz, członek oddziału partyzanckiego z Zamojszczyzny był wtedy bardzo chory, miał raka. Młodego studenta potraktował niemal jak spowiednika. Opowiedział mu historię swojego przesłuchania.

Klatka po klatce, szczegół po szczególe opisywał, jak był bity i psychicznie maltretowany. Jak przesłuchujący podał mu papierosa, pozwolił się zaciągnąć, by potem z całej siły uderzyć go w twarz.

Dokładnie pamiętał, jakim łukiem papieros wyleciał mu z ręki, jak toczył się po podłodze i jak unosił się z niego dym. - Niby nic, ale zrozumiałem wtedy, że ta historia, tak dokładnie wdrukowana w pamięć i opowiedziana szczegółowo po ponad 40 latach, to przekazanie mi tej jego traumy – mówi Wnuk.

Student dowiedział się też o tym, że jego rozmówca musiał zabijać na rozkaz, bez żadnego sądowego wyroku. - Bardzo długo nie mogłem otrząsnąć się z tej opowieści - dodaje Rafał Wnuk.

By rozpocząć pracę, historycy musieli przekonać rozmówcę do siebie.

Rozmowy z żołnierzami podziemia odbywały się często według pewnego rytuału. - Była nieśmiertelna herbatka, serniczek. Czasami koniecznie trzeba było wypić kilka pięćdziesiątek, bo bez tego rozmowa nie mogła się w ogóle zacząć - mówi Wnuk.

Nie nagrywał, bo gdy tylko wyciągał starego, wysłużonego Grundiga (magnetofon kasetowy sprzed lat), rozmówcy się zamykali i jeszcze bardziej kontrolowali. 

Pamięta, że zdarzały się sytuacje, że niżsi rangą członkowie grup "przechwytywali" elementy życiorysów swoich przełożonych i próbowali przedstawiać je jako swoje.

- Ktoś był strzelcem w jakiejś akcji, a przedstawiał mi się jako dowódca. Ja to od razu weryfikowałem, bo znałem już dokumenty, miałem dużą wiedzę - dodaje Rafał Wnuk.

Zmiany 1989 roku sprawiły bowiem, że otworzyły się archiwa. - Otworzono m.in. archiwum sądowe, więc mogłem godzinami siedzieć w piwnicach sądu i czytać akta wojskowych sądów rejonowych. Poznawałem daty poszczególnych wydarzeń.

Czyli, gdy szedłem do kogoś na rozmowę, nie było to już na zasadzie "ktoś, gdzieś, coś, kiedyś", tylko znałem już konkretne miejsce i czas - mówi. I dodaje, że to ułatwiło też rozmowy z uczestnikami wydarzeń sprzed lat.

- Niejednokrotnie wiedziałem więcej niż moi rozmówcy. Zaskakując ich, mogłem zdobyć cenne informacje - opowiada. W sądowej piwnicy spędził około dwóch lat.

Sprawca czy ofiara?

Lata 90-te. Grzegorz Motyka, wtedy w trakcie pisania doktoratu, spotyka się m.in. z byłym oficerem Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego (była to specjalna, powojenna formacja wojskowa podporządkowana komunistycznemu ministrowi bezpieczeństwa publicznego). - Opowiadał ze szczegółami o przebiegu akcji zbrojnych, w których brał udział, zapewniając, że nigdy nie walczył z polskim podziemiem, a tylko z Ukraińską Powstańczą Armią. W trakcie jednej z akcji na Podkarpaciu ruszył w pościg za grupą UPA, która porwała autobus. W sposób wręcz podręcznikowy odnalazł poszukiwanych partyzantów i urządził na nich zasadzkę. Grupa została całkowicie zniszczona - mówi prof. Motyka.

- Wszystko przedstawiał składnie, logicznie, nie miałem podstaw, by mu nie wierzyć. Choć jakieś wątpliwości się pojawiały. Parę lat później odnalazłem w dokumentach przebieg tej akcji. Niemal wszystko w najdrobniejszych szczegółach się potwierdzało. Z jednym istotnym wyjątkiem: mój rozmówca zniszczył polską grupę podziemną. Fakt, że z ośmiu partyzantów wszyscy zginęli, a nikt nie został ranny, kazał przypuszczać, iż leśnych - wzorem wojsk NKWD - dobito na polu walki. Mój rozmówca patrząc mi w oczy mówił nieprawdę, kłamał.

Dopiero kilka lat później zrozumiałem, dlaczego w ogóle opowiedział mi tą historię. Okazało się, że niebawem wyleciał z trzaskiem z wojska za czyn kryminalny. Wybicie tej leśnej grupy i deszcz pochwał, który następnie na niego spłynął, to były najszczęśliwsze dni jego życia - tłumaczy prof. Motyka.

To zostanie między nami

Historycy nie kryją, że w trakcie zbierania relacji, musieli nauczyć się zadawać pytania, a jednocześnie słuchać. - Czasami aż korciło mnie, żeby przerwać, dopytać.  A jednak trzeba było milczeć i pozwolić rozmówcy mówić. Bo bywało tak, że ktoś wytrącony ze swojej opowieści, już do tego wątku nie wracał - opowiada Sławomir Poleszak.

Zwraca uwagę na coś jeszcze: w dokumentach UB były zeznania wymuszane w trakcie brutalnych przesłuchać.  - Natomiast opowieść wspominkowa, w spokojnych warunkach, jest czymś zupełnie innym - dodaje historyk. 

W trakcie rozmów zdarzało się, że student zadawał pytanie, które wywoływało konsternację. - Mój rozmówca brał wtedy głęboki oddech, potem była dłuższa chwila milczenia, a po niej z reguły odpowiadał na pytanie. Choć kilka razy zdarzył mi się przypadek, że ktoś mówił "Dobrze, ja to panu powiem, ale pan tego nie nagra. To zostaje tylko między nami" - zdradza. I rzeczywiście, nigdy tak zdobytej wiedzy nie wykorzystał. 

Rafał Wnuk podkreśla, że gdy wychodził z archiwum, nie przestawał myśleć o tym, co wyczytał. Cały czas to analizował, konstruował kolejne pytania. - Gdy spisywałem swoje ustalenia, ważne było krytyczne spojrzenie - mówi.

Bywało, że młodzi ludzie nie mieli pieniędzy, by jechać nagrywać relacje uczestników powojennego podziemia. Sławomira Poleszaka często wspierała w tym babcia, ale zdarzyło się też, że pieniądze na wyjazd na badania dał mu prof. Tomasz Strzembosz.

- Dał mi 50 dolarów ze swojego grantu naukowego. Powiedział, że to na kwerendę archiwalną. Dodał, że to się na pewno w przyszłości zwróci w postaci tego, co napiszę  - mówi Poleszak. Tłumaczy, że Tomasz Strzembosz bardzo wierzył w swoich studentów i bardzo im ufał. - Był w pełni przekonany, że podołamy postawionym przed nami zadaniom - dodają wychowankowie naukowca z KUL.

Czytanie akt bywało ogromnym przeżyciem

Dr Ryszard Śmietanka - Kruszelnicki, historyk z Kielc, też był uczniem prof. Strzembosza. Jednak trafił do niego dopiero na seminarium doktoranckie. Wcześniej był wychowankiem prof. Krystyny Kersten. Wspomina, że jego badania opierały się głównie na pracy w archiwum (relacje żołnierzy też zbierał, ale zdecydowanie rzadziej niż poprzednicy).

Jak wspomina, czytanie akt w archiwum bywało emocjonalne. - Pamiętam, gdy z akt z pewnej koperty wysypały się grypsy porucznika "Zagończyka". To był swoisty testament dowódcy w stosunku do podwładnych. Dużo emocji, pięknych słów. Pokazywał jednocześnie swoim podwładnym, jakie błędy popełnili i co powinni zrobić, by się ich wystrzegać. Nie zdawał sobie sprawy, że jego grypsy czyta UB. Dopiero w ostatnim grypsie, gdy już wiedział, że dostęp do tego mają funkcjonariusze, próbował ratować sytuację, ostrzegać. Czytanie tego było dla mnie ogromnym przeżyciem - mówi historyk.

"Zagończyk", czyli Franciszek Jerzy Jaskulski był jednym z liderów powojennego podziemia, organizował oddziały partyzantki antykomunistycznej.

Ryszard Śmietanka - Kruszelnicki, gdy trafił na seminarium doktoranckie, miał już pewne doświadczenie. W latach 80-tych działał m.in. w podziemnej Solidarności. - Mieliśmy już wtedy kontakty ze środowiskiem, które wywodziło się ze Związku Zbrojnej Konspiracji porucznika Franciszka Jaskulskiego ps. "Zagończyk".

Oczywiście, nie było tak, że to środowisko łatwo dopuszczało do siebie obcych. W moim przypadku dopiero po latach dowiedziałem się, że bardzo dokładnie mnie sprawdzili - opowiada Ryszard Śmietanka - Kruszelnicki.

Tylko nieliczni wiedzieli, że działacze powojennego podziemia w latach 80-tych pomagali ówczesnej opozycji. - Dziś można powiedzieć, że chronili nas, przestrzegali przed określonymi sytuacjami, uczyli pewnych rzeczy - dodaje. Te kontakty pomogły potem historykowi w przygotowywaniu doktoratu. - Chodzi o pomoc m.in. w interpretacji wielu dokumentów - mówi.

Zasługi i zbrodnie

Historycy podkreślają, że w trakcie badań nad podziemiem antykomunistycznym utwierdzali się w przekonaniu, że nic nie było i nie jest czarno - białe. Że "Wyklęci" mieli wiele zasług, ale bywały też z ich strony zachowania agresywne, bandyckie czy wręcz zbrodnicze.

- Z czasem drogi kolegów, z którymi na początku pracowaliśmy, zaczęły się rozchodzić, bo niektórzy byli zwolennikami patrzenia na podziemie wyłącznie przez różowe okulary. Uważali, że pewne rzeczy należy przemilczeć. A w moim przekonaniu, historyk nie może być ani adwokatem ani prokuratorem, tylko ma próbować zrozumieć i opisać określone wydarzenia. Nie może opisywać tylko dobrych rzeczy, pomijając te złe - dodaje Wnuk.

Bo "leśni", jak ich przed laty nazywano, wcale nie byli kryształowi. Na sumieniu mieli na przykład napad na szkołę w Dąbrowach, albo zabranie pieniędzy z ambulansu pocztowego.

Przygoda, odkrywanie nieznanych lądów, ale też coś jeszcze

- Na początku te nasze badania to była wielka przygoda, pole zupełnie zarośnięte, które uprawialiśmy od podstaw. Ustalaliśmy podstawowe fakty. I dzięki tej pracy i kontynuowaniu jej przez kolejne dwadzieścia kilka lat mamy teraz ogromną wiedzę o podziemiu - mówi Sławomir Poleszak.  - Miałem poczucie, że odkrywam nieznane lądy. Nikt inny tych dokumentów nigdy przede mną nie czytał. Ta praca była ogromną radością. Oczywiście nie mogłem przypuszczać, że po latach problematyka powojennego podziemia stanie się swego rodzaju kultem państwowym, jak to jest dzisiaj - dodaje Rafał Wnuk.

Zdarzało się, choć rzadko, że niektórzy namawiali historyków, by odpuścili. - Pamiętam rozmowę z jednym z dowódców kompanii Narodowego Zjednoczenia Wojskowego. W którymś momencie pojawiła się jego żona, przysłuchiwała się i powiedziała "Panie, po co to rozgrzebywać? Było, minęło. Kogo to obchodzi? Daj pan sobie z tym spokój". Ale zdecydowanie częściej słyszałem, że to świetnie, że się tym zajmuję i że wreszcie powstanie książka bez określeń "bandyta" czy "zdrajca" - dodaje Poleszak.

W latach 90-tych nikogo to nie obchodziło

- My pracowaliśmy w totalnej ciszy, dlatego wolność badawcza była olbrzymia. Pamiętam, że napisałem tekst o bandytyzmie w oddziałach podziemia. To był mój pierwszy tekst mówiący o demoralizacji, o mordach, o antysemityzmie, o stosunku do mniejszości. Wywołał spory oddźwięk, ale wyłącznie w bardzo wąskim kręgu historyków. Poza nimi, pies z kulawą nogą się tym nie zainteresował - dodaje Wnuk. 

Dr Sławomir Poleszak nie ma wątpliwości, że tematyka związana z Żołnierzami Wyklętymi dziś jest wykorzystywana politycznie. - A to, że ten temat został upolityczniony, nie musi mi się podobać - dodaje nasz rozmówca.

- W pracy badawczej trzeba poruszać wszystkie tematy, nawet te najtrudniejsze. Jeżeli ktoś o tych tematach nie mówi, to jego problem. Ale w nauce to i tak wyjdzie, bo każde podziemie ma różne problemy i różne doświadczenia. I trzeba to badać, zgodnie z warsztatem historyka - mówi Ryszard Śmietanka – Kruszelnicki.

Prof. Rafał Wnuk podkreśla, że termin „Żołnierze wyklęci” pojawił się wiele lat po pierwszych badaniach historyków i nie ma charakteru obiektywnego. - Jest terminem języka propagandy – mówi Wnuk. Dodaje, że w latach 90-tych mówiło się po prostu o "podziemiu antykomunistycznym" czy "niepodległościowym", o podziemiu WIN-owskim, AK-owskim, NSZ-owskim. - To było fajne i właściwe, bo na siłę nie tworzono jednego worka, do którego wrzuca się różne od siebie grupy i postawy - podkreśla nasz rozmówca.

Profesor jest jednym z krytyków pojęcia "Żołnierze Wyklęci". - Pojęcie to tworzy wspólnotę osób walczących zbrojnie z ludzi, których spora część wcale nie chciała walczyć z bronią w ręku; do tej zbrojnej walki była nastawiona negatywnie. Dlatego narzucony odgórnie model patriotyzmu wyłącznie militarnego stanowczo mi się nie podoba, bo zaciemnia obraz, niejako nas oszukuje, nie mówi o tym, jak było naprawdę - dodaje badacz, który jak mało kto zna historię podziemia.

Żołnierze Wyklęci jako baner reklamowy

Ostatnio profesor Wnuk od jednego z kolegów usłyszał, że wśród znajomych jest nazywany dr Frankenstein'em, który najpierw stworzył potwora, a teraz ma z tym potworem problem. - Moim zdaniem, jest to trochę przerysowane, ale rozumiem ten sposób myślenia - komentuje badacz. W jego ocenie, działacze podziemia, nazywani dziś „Żołnierzami Wyklętymi” zaczęli być wielkim banerem reklamowym, zasłaniającym  skomplikowaną historię Polski z lat 1944-1953. - To zamykanie możliwości sensownej dyskusji i krytycznego spojrzenia na historię. A  dojrzały naród nie może istnieć, jeśli nie jest autokrytyczny – dodaje nasz rozmówca.

Prof. Grzegorz Motyka podkreśla, że na seminarium u prof. Tomasza Strzembosza jego wychowankowie uczyli się autokrytycyzmu. Gdy jedna osoba przedstawiała wyniki swoich badań, pozostali mogli krytykować, zadawać pytania, mieć wątpliwości. - To było bardzo potrzebne i ważne. Krytyka konstruktywna, nauka spoglądania na różne fakty z różnej perspektywy. Coś czego dziś niestety brakuje - dodaje Motyka.

Część historyków, którzy już w latach 90-tych zajmowali się podziemiem, nie zgodziła się na rozmowę lub w ogóle nie odpowiedziała na propozycję spotkania.

                                                                ***

Prof. Rafał Wnuk, historyk, wykładowca na KUL. Autor m.in. takich książek jak: „Za pierwszego Sowieta”. Polska konspiracja na Kresach Wschodnich II Rzeczypospolitej (wrzesień 1939czerwiec 1941)"; "Czerwone Bagno. Konspiracja i partyzantka antysowiecka w Augustowskiem" (wraz z Tomaszem Strzemboszem) czy "Wojna po wojnie. Antysowieckie podziemie w Europie Środkowo-Wschodniej w latach 1944–1953 (wraz z Grzegorzem Motyką, Tomaszem Stryjkiem i Adamem F. Baranem); "Wojna po Wojnie. Podziemie antykomunistyczne na Litwie, Łotwie i w Estonii 1944-1956". Laureat nagrody „Przeglądu Wschodniego” (2007), nagrody im. Oskara Haleckiego (2008), nagrody Fundacji im. Jadwigi Chylińskiej (2013) oraz nagrody im Jerzego Giedroycia (2014).

Prof. Grzegorz Motyka, historyk, Instytut Studiów Politycznych PAN. Autor m.in. takich książek jak "Wołyń ’43. Ludobójcza czystka – fakty, analogie, polityka historyczna"; "Na białych Polaków obława. Wojska NKWD w walce z polskim podziemiem 1944-1953" czy "Od rzezi wołyńskiej do akcji „Wisła”. Konflikt polsko-ukraiński 1943-1947". Laureat nagród i wyróżnień, w tym dwie Nagrody Historyczne „Polityki” za książki: "Od rzezi wołyńskiej do akcji „Wisła”. Konflikt polsko-ukraiński 1943-1947" i "Tak było w Bieszczadach. Walki polsko-ukraińskie  w latach 1943-1948".

Dr Sławomir Poleszak, historyk, pracownik lubelskiego IPN. Badacz dziejów najnowszych, szczególnie powojennego podziemia niepodległościowego oraz komunistycznego aparatu represji w Polsce, autor takich książek jak m.in.  "Jeden z wyklętych. Major Jan Tabortowski „Bruzda” czy "Podziemie antykomunistyczne w Łomżyńskiem i Grajewskiem (1944–1957)"; zastępca redaktora naczelnego w publikacji "Atlas polskiego podziemia niepodległościowego 1944–1956". W latach 2009–2016 redaktor naczelny pisma naukowego IPN „Pamięć i Sprawiedliwość”. Odznaczony przez Prezydenta Andrzeja Dudę Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.

Dr Ryszard Śmietanka - Kruszelnicki, historyk, pracownik pracownik Biura Badań Historycznych IPN w Kielcach, specjalizujący się w historii oporu społecznego po 1945 r. Autor dwóch i współautor czterech książek naukowych m.in.: „Podziemie poakowskie na Kielecczyźnie w latach 1945-1948" czy „Atlas polskiego podziemia niepodległościowego w Polsce 1944-1956” - część opracowania dotycząca województwa kieleckiego.

Zobacz także
  • Jan Guz w Radio TOK FM Jan Guz, przewodniczący OPZZ w EKG: Pracownik nie może być ubogi. Jesteśmy w ogonie Europy
  • Zamek w Puszczy Noteckiej Zamek w Puszczy Noteckiej. "Informacja o tak gigantycznej inwestycji została ukryta"
  • Generał Stanisław Koziej w 2015 r. jako szef BBN (fot. Przemek Wierzchowski/AG) Gen. Stanisław Koziej: Na szczycie NATO Trump powiedział niewygodną rzecz dla Polski
Komentarze (63)
Historia Żołnierzy Wyklętych. Tak historycy odkrywali prawdę o nich
Zaloguj się
  • lukasz2711

    Oceniono 29 razy 21

    PiS-u wyparli się żywi powstańcy i jest mu to nie w smak. Na bohaterów wybrano "wyklętych" tylko dla tego że "martwi nie mówią". Bo gdyby mówili to byłaby inna bajka.

  • wujojano

    Oceniono 20 razy 14

    To nie tylko baner, lecz także pojemny worek, do którego wrzuca się co najmniej 3 kategorie ludzi: osoby praktycznie zmuszone do pozostania w podziemiu, ludzi zdezorientowanych, liczących na III wojnę światową, ale też ludzi niezdolnych do życia w warunkach pokoju, którzy przywiązali się do "leśnego" trybu życia i utrzymywania się z "kontrybucji", w tym jakaś ilość ludzi zdemoralizowanych, a czasem wręcz zwykłych bandziorów. Pierwsi i drudzy zasługują co najmniej na zrozumienie, któremu jednak zdecydowanie nie służy wrzucanie ich do jednego worka z tymi trzecimi.

  • kocurimysza

    Oceniono 8 razy 8

    JAK MOZNA GLORYFIKOWAC BADZIOROW , ZBRODNIARZY ? , NO COZ JAKI RZAD TAKICH MA BOHATEROW !.

  • buk-humor-dziczyzna

    Oceniono 16 razy 8

    W III / a może w IV / Rzeczpospolitej należy wszystkie ulice nazwać imionami tzw. świętych, wyburzyć szkoły, osiedla rodem z PRL-u , zniszczyć resztę przemysłu, zlikwidować PRL-owski Kodeks Pracy, zaorać drogi, cofnąć reformę rolną, nacjonalizację, na bieżąco IPeNizować historię, zabrać dyplomy i świadectwa do podstawówki włącznie - te wszystkie pozostałości PRL - wszystkich urodzonych przed 1989 wysłać na Antarktydę oraz przywrócić feudalne stosunki z II RP, było przecież tak pięknie , ludzie mieli pracę nawet po 12 godzin dziennie. 75 % ludności żyło w zgodzie z naturą razem z bydlątkami pod jednym dachem. Nikt sobie nie zawracał głowy takimi fanaberiami , jak nauka czy kultura. Należy w końcu uświadomić ciemnemu społeczeństwu, że to brygada świętokrzyska wypędziła hitlerowców i zdobyła Berlin, a nie jakaś Armia Czerwona. Trzeba bezsprzecznie wprowadzić codzienne modlitwy dziękczynne za zdrowie naszych dobroczyńców z Usslanii, za kościół katolicki, który nienawistnicy nazywają watykańskim zbrodniczym okupantem. Nie trzeba zawracać głowy jakąś służbą zdrowia, przecież wystarczą modły i ekologiczna woda święcona , a nie chemia i szczepionki. Należy bezwzględnie zakazać kontaktów z komunistycznymi Chinami. Wtedy to nastąpią czasy wielkiej szczęśliwości -pozdrawiam - George Orwell / kłamstwo powtarzane tysiąc razy staje się prawdą - dr J. Goebbels / .

  • mirarob

    Oceniono 20 razy 8

    bezkarnie obraża się żołnierzy AK, lekceważy i niszczy ich historię. W ich miejsce wyklęci, którzy nie mają czystych rąk i kryształowych życiorysów

  • wujekdolf

    Oceniono 18 razy 8

    a prawda jest taka : to (w większości) nie byli "bohaterowie" tylko kibolstwo i naziolstwo po tym jak "wreszcie" rządzą pisiory (mniej władza ich tępi) "podpina się" pod nich.

  • Gienek Pawłowski

    Oceniono 7 razy 7

    Mam nadzieję że doczekamy czasów ze znów będą zmieniane nazwy ulic na armii ludowej gwardii ludowej 1 armii wojska Polskiego. Czy 2 armii wojska Polskiego bo tam nie było żadnych kalkulacji politycznych jak u kaczorow oni bezinteresownie walczyli o wyzwolenie Polski z okupacji niemieckiej teraz kaczor sam wybiera bohaterów i zmienia historię jak to możliwe w cywilizowanym kraju

  • gandalph

    Oceniono 6 razy 6

    Ja podchodzę do sprawy na zimno i formalistycznie. Jedyną legalną władzą w Polsce był rząd znajdujący się na emigracji. Jedyną armią była ta, która podlegała rządowi londyńskiemu, a więc AK i BCh. Zresztą AK stanowiła integralną część Polskich Sił Zbrojnych. AK została rozwiązana rozkazem swojego Komendanta Głównego, gen. Okulickiego w dniu 19. stycznia 1945. Zatem po tej dacie nie ma żadnych żołnierzy, są zwykłe bandy, które nie podporządkowały się rozkazowi swojego dowódcy. Przypomnę również, że wojsko jest od walki, a nie od robienia polityki. Wojskowemu NIE WOLNO wybierać sobie przeciwnika. Już nie wspominam o tym, że z rozkazami się nie dyskutuje, rozkazy się wykonuje. Niewykonanie rozkazu w warunkach wojny oznacza sąd polowy i czapę.
    Z tego samego powodu, jak wyżej bandami były wszelkie formacje typu GL-AL-NSZ-PAL i co tam jeszcze.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

DOSTĘP PREMIUM

Serwis informacyjny

Polecamy