"Bandyci z AK". Przeczytaj fragmenty książki Wojciecha Lady o ciemnej stronie Armii Krajowej

Romuald Rajs Bury w 1943 roku

Romuald Rajs Bury w 1943 roku (Materiały prasowe do książki 'Bandyci z AK')

Najnowsza książka Lady "Bandyci z Armii Krajowej", której fragment publikujemy poniżej, to próba znalezienia odpowiedzi na pytanie, ile jest prawdy w oskarżeniach skierowanych w stronę członków tej formacji.

- Terror obu okupantów był straszliwy i nie podlega to żadnej dyskusji. Rzecz w tym, że obok niego w stopniu wręcz katastrofalnym rozplenił się w okupowanym kraju pospolity bandytyzm i Polacy bardzo często padali ofiarą samych Polaków - opowiada Wojciech Lada we wstępie do swojej książki "Bandyci z Armii Krajowej".

Oto fragment rozdziału "Czekając na rezuna":

Romuald Rajs „Bury” był surowym dowódcą. Jak zeznał po wojnie jeden z członków jego oddziału, kiedyś niemal zastrzelił pewnego żołnierza, ponieważ ten zasnął na warcie. Przesadzał czy nie, „Bury” po prostu musiał taki być, jeśli chciał, by jego oddział przypominał wojsko, a nie coraz bardziej zdegenerowaną zbieraninę ludzi, którym całkiem dosłownie deptały po piętach bezpieka i oddziały NKWD. W jego skład wchodzili zresztą żołnierze znający swego dowódcę od dawna. Razem z nim tworzyli wcześniej II szwadron 5 Wileńskiej Brygady AK majora „Łupaszki”, a po jej rozwiązaniu, zgodnie, wraz z „Burym”, wstąpili do kontynuującego walkę NZW. Wkrótce rzeczywiście przystąpili do działań zbrojnych. Pod koniec grudnia 1945 roku partyzanci opanowali miasteczko Sokoły niedaleko Wysokiego Mazowieckiego, rozbroiwszy czterdziestoosobowy oddział wojska; i nie była to jedyna ich podobna akcja. Były to dobrze przeprowadzone operacje wojskowe - pokonanych żołnierzy rozbrajano, nie robiąc im krzywdy. I w tym właśnie kontekście ciąg wydarzeń, jakie rozegrały się między 29 stycznia a 2 lutego 1946 roku, pozornie sprawia wrażenie niczym niewytłumaczalnego napadu szaleństwa. Była to jednak zaplanowana akcja.

29 stycznia rano oddział „Burego” przybył do wsi Zaleszany w okolicach Hajnówki, gdzie został zakwaterowany. Po rozlokowaniu się, posiłku i krótkim odpoczynku, wczesnym popołudniem, żołnierze na rozkaz dowódcy powiadomili mieszkańców, że mają stawić się na zebranie w domu Dymitra Sacharczuka. Kiedy uznano, że wszyscy są już na miejscu, wywołano na zewnątrz szesnastoletniego syna sołtysa Łukasza Demianiuka oraz niejakiego Aleksandra Zielinkę i bez specjalnych ceregieli rozstrzelano ich. W tym też mniej więcej momencie do wnętrza domu wkroczył „Bury”, uciszył tłum wystrzałem z pistoletu i nie siląc się na dłuższe przemowy, zakomunikował mieszkańcom, że za chwilę „przestaną istnieć, a wieś zostanie spalona”. Kiedy wyszedł, żołnierze zabili drzwi gwoździami i podpalili strzechę. Od tego momentu zaczęła się rzeź. Partyzanci rozbiegli się po wsi, podpalali kolejne zabudowania i strzelali seriami do wybiegających z płonących chałup ludzi. Nie wszyscy mieszkańcy przyszli bowiem na zebranie do Sacharczuka. W płomieniach lub od kul ginęły całe rodziny - na przykład spośród bliskich Nikity Niczyporuka zginęła jego żona z trójką dzieci. W domu Leończuków spłonęło siedmiodniowe dziecko, pozostawione przez matkę, która liczyła na szybki powrót z „zebrania”, płomieni uniknęli zaś Grzegorz Leończuk i dwójka jego dzieci - trzylatek i jego sześciomiesięczny brat - ale tylko po to, by po chwili paść od serii z karabinu. Po wyjeździe partyzantów „Burego” w Zaleszanach, które były już w zasadzie zgliszczami Zaleszan, pozostało szesnaście trupów.

Początkowo wydawało się, że pacyfikacja wsi została przeprowadzona według jakiegoś planu. Po podpaleniu strzechy domu, w którym odbywało się zebranie, zgromadzonym wewnątrz mieszkańcom pozwolono się z niego wydostać. Jedne zeznania mówią wręcz, że tylne drzwi otworzył jeden z żołnierzy, inne - że jednak ustąpiły one pod naporem mieszkańców. Pewności nie mamy, wiadomo jednak, że do uciekających wówczas nie strzelano. Dalszą część pacyfikacji, a także to, co nastąpiło później, można już określić mianem orgii ludobójstwa. Jeszcze tego samego dnia, podczas przemarszu przez sąsiednią wioskę, Wólkę Wygonowską, rozstrzelano Stefana Babulewicza i Jana Ziemkiewicza, po czym podpalono wszystkie domy.
Kilka dni później w lesie nieopodal wioski Puchały Stare partyzanci wykonali egzekucję trzydziestu furmanów, którzy towarzyszyli oddziałowi. Przeżył to zdarzenie niejaki Prokop Iwacik, który opowiadał później, że po odczytaniu wyroku „w imieniu Rzeczpospolitej” „żołnierze rzucili się na furmanów, ściągnęli z nich ubrania, razem z bielizną (...) zaczęli mordować furmanów, bijąc ich obuchami siekier i kłonic wziętych z furmanek po głowach”. Po wszystkim „Bury” miał dodatkowo nakazać zmasakrowanie twarzy pomordowanych tak, żeby ich „rodzone matki nie poznały”. 
Opis brzmi niezwykle brutalnie, furman mija się jednak z prawdą. Nie wiadomo, dlaczego Iwacik kłamał – może w rzeczywistości nie widział samej egzekucji, a może po prostu dorabiał partyzantom czarną legendę. Ale przecież nie musiał tego robić – fakty były równie mroczne: trzydziestu furmanów poniosło śmierć na skutek strzału w tył głowy z bliskiej odległości.

Kolejny dzień minął bez zabójstw, nazajutrz jednak partyzanci „Burego” przystąpili do kolejnych pacyfikacji. Dowódca podzielił oddział na trzy drużyny, które miały zająć się pacyfikacją wsi Zanie, Szpaki i Końcowizna. 2 lutego wieczorem poszczególne plutony wyruszyły w kierunku swoich celów. W dwóch pierwszych wsiach scenariusz był w zasadzie identyczny. Część żołnierzy obstawiała miejscowości, uniemożliwiając mieszkańcom ucieczkę, pozostali zaś chodzili od domu do domu, podpalali strzechy – uciekających zaś albo rozstrzeliwali, albo zapędzali z powrotem w płomienie. W Szpakach miał również miejsce gwałt na jednej kobiecie, która – jak zeznała – nie stawiała oporu, gdyż chwilę wcześniej broniącą się przed gwałtem osiemnastoletnią Marię Pietruczuk bezceremonialnie postrzelono (dziewczyna zmarła kilka dni później w wyniku odniesionych ran). W Końcowiźnie byłoby prawdopodobnie tak samo – tu jednak mieszkańcy, być może wcześniej ostrzeżeni, uciekli zawczasu w las. Partyzanci ograniczyli się więc do „zabicia” samej wioski, której nazwa po ich przejściu nabrała bardzo dosłownego znaczenia. Bilans dnia 2 lutego 1946 roku wyglądał więc następująco: trzy całkowicie unicestwione wsie, dwadzieścia cztery ofiary i ośmiu rannych w Zaniach, siedem ofiar, czterech rannych i jeden gwałt w Szpakach.
Pacyfikacje były brutalne, ale nie bezmyślne. Zabijano wyłącznie ludność białoruską, w niektórych wsiach selekcjonowano wręcz budynki, oszczędzając te należące do nielicznych mieszkających tam Polaków. (...)

Co na to sam „Bury”? Zeznania zmieniał wielokrotnie, raz sugerując, że wykonywał jedynie rozkaz majora Floriana Lewickiego „Lisa”, innym razem obciążając dowódców pododdziałów. Podczas przesłuchania przez bezpiekę w grudniu 1948 roku mówił na przykład: „W styczniu 1946 roku oddział o sile około 30 ludzi pod dowództwem »Rekina«, »Wiarusa« i »Bitnego« – każdy z nich otrzymał swoje zadanie – dokonało napadu na Szpaki–Zanie, gdzie spalonych zostało kilkanaście gospodarstw, czy byli zabici tamtejsi gospodarze, tego nie wiem”.

W lutym około sześćdziesięciu ludzi pod dowództwem „Rekina” dokonało zaś napadu na wieś Zalesie-Wólka, gdzie spalono kilkanaście gospodarstw oraz zabito ludzi. Według zeznań Rajsa powyższego napadu dokonał na własną rękę „Rekin”. „Bury” cytuje przy okazji meldunek, jaki złożył mu „Rekin”, a który wyjaśnia powody spalenia wioski: „(...) doszło do zbuntowania się wsi i cała wieś nie dała jeść członkom grupy (...)”, co sam już Rajs określa „przeszkadzaniem w pracy konspiracyjnej”.
Co zaś się tyczy rozkazu od majora „Lisa” – istotnie, rozkaz taki został wydany. Po pierwsze jednak, jego treść nie pokrywa się w czasie z akcjami w Zaleszanach, Szpakach, Końcowiźnie, Wólce i Puchałach Starych – „Lis” zarządził pacyfikację terenów „południowo-wschodnich powiatu »Burza« (Bielsk Podlaski)” 20–30 września 1945 roku. Nawet wtedy jednak do żadnej pacyfikacji nie doszło, a na zachowanym egzemplarzu rozkazu jest odręczna adnotacja „Burego”: „Akcja wstrzymana”. Po drugie zaś, pacyfikacja miała dotyczyć jednostek bezpieki i jej szpicli, a kilkudniowe dzieci trudno zaliczyć do którejkolwiek z tych kategorii. Ostateczny wynik IPN-owskiego śledztwa obciąża „Burego” jednoznacznie – jak zapisano: „R. Rajs nie działał z niczyjego rozkazu”, a skutki akcji określa się wprost, jako „noszące znamiona ludobójstwa”.

I faktycznie trudno inaczej określić siedemdziesiąt dziewięć morderstw na nieuzbrojonych chłopach obojga płci w wieku od kilku dni do późnej starości dokonanych przez oddział „żołnierzy wyklętych” w ciągu kilku zaledwie dni. Ale „Bury” bynajmniej nie był pod tym względem rekordzistą.

Czytaj też: "Bury" znowu dzieli. Białoruś protestuje przeciw marszowi polskich nacjonalistów>>>

Zobacz także
  • Józef Piłsudski w otoczeniu rodziny. Widoczne od lewej: córka Jadwiga, żona Aleksandra, córka Wanda Józef Piłsudski i jego żona? "To byli terroryści. Pieniądze na PPS brali z napadów"
  • Powstanie warszawskie, 2 sierpnia 1944 r., ul. Okopowa. Drugi od prawej to prawdopodobnie Wiwatowski. Może o tym świadczyć charakterystyczna czapka pojawiająca się w relacji lekarza oddziału, który 11 sierpnia rozpoznawał zmasakrowane ciało. Mieli bronić Polski, a bronili swoich interesów. Znany dziennikarz napisał książkę o bandytach w AK
  • Hajnówka, mieszkańcy upamiętniają ofiary Romualda Rajsa ps. 'Bury' Mieszkańcy Hajnówki i Obywatele RP oddali cześć ofiarom ludobójstwa. Nacjonaliści uczcili sprawców
Komentarze (36)
O bandytach z Armii Krajowej w książce Wojciecha Lady
Zaloguj się
  • 8gawiedz8

    Oceniono 17 razy 15

    Ale dlaczego „...z AK”? Przecież opisywana historia dotyczy czasów po rozwiązaniu Armii Krajowej.

  • polskirozlamacz

    Oceniono 18 razy 10

    Zbrodnie Burego są dobrze znane, ciekawszy byłby jakiś inny fragment. W dodatku to bardzo zły przykład - przecież te mordy zostały dokonane, gdy Bury nie był już członkiem AK, bo ta została rozwiązana. Dokonał ich jako tzw. "żołnierz wyklęty".
    Nie czytałem książki, więc nie wiem - ale jeśli pozostałe opisane przypadki to również zbrodnie wyklętych, to tytuł przypisujący je "bandytom z AK" jest mylący, wręcz prowokacyjny.
    Nie twierdzę przy tym, że AK nie popełniała zbrodni wojennych. Najbardziej znana jest zbrodnia w Dubinkach. Ale jednak były one absolutnym wyjątkiem dla żołnierzy AK. Co innego, gdy zabrakło scentralizowanego dowództwa po rozwiązaniu AK.

  • gandalph

    Oceniono 12 razy 8

    Zacząłem czytać z zainteresowaniem i zatrzymałem się na słowach "Pod koniec grudnia 1945 roku partyzanci ".
    W dniu 19. stycznia 1945 AK została rozwiązana rozkazem swojego komendanta. Po 19. stycznia 1945 żadnej AK już nie było, a dotąd stanowiła ona integralną część PSZ. Po 19. stycznia 1945 działały już tylko bandy. Dobranoc.

  • KM

    Oceniono 16 razy 8

    Mój ojciec przeżył wojnę jako dziecko. Ja, wychowana w PRL ciągle karmiona wojenno-wojskową propagandą bałam się powtórki. Gdy szukając pocieszenia pytałam o partyzantów usłyszałam: "dziecko, wszyscy ludzie w wioskach modlili się o to aby w pobliże nie zaplątał się żaden oddział". Tłumaczył to niebezpieczeństwem ze strony samych partyzantów - którzy w różny sposób pozyskiwali żywność i rozrywkę oraz zapewniających sobie "lojalność" ludności, jak i ze strony okupantów mszczących się za "pomoc" buntownikom....

  • dobrydziad

    Oceniono 7 razy 7

    Osobna historia to wzajemne odstrzeliwanie się powojennego podziemia, z pobudek ideologicznych, logistycznych, osobistych... ówczesne podziemie to nie było "kochajmy się patriotyczni rodacy".

  • Marek Staniszewski

    Oceniono 20 razy 6

    Niedobitki AK i tak zwani żołnierze wykleci to większość po wojnie byli zwykli bandyci i mordercy a obecna władza teraz ich holubi aspadkobiercom daje odszkodowania paranoja

  • maaac

    Oceniono 11 razy 5

    Zgadzam się z "przedpiścami" że stwierdzenie "z AK" jest nadużyciem. AK już w tym momencie jak dochodziło do mordów nie miało już nic wspólnego. Wręcz przeciwnie biorąc pod uwagę rozkaz dowództwa AK o rozwiązaniu byli to raczej zdrajcy AK.

    W samym AK różnie bywało ale raczej takich akcji skierowanych przeciwko cywilom NAWET "niemieckim" (czy włoski żołnierz jechał w tramwaju "tylko dla Niemców" czy dla Polaków?) nie popierano. To była niechciana patologia albo bardzo bolesne decyzje ale NIE standard.

    Co innego "polskie komunistyczne obozy koncentracyjne". "Polskie" jest w pełni uzasadnione. O ile zamykanie "kułaków" czy ludzi związanych z II RP mogło być oceniane jako typowe działanie komunistów to za bycie Ślązakiem trafiało się po tym jak się trafiało na nacjonalistę polskiego. Komuchy nie miały nic przeciwko Ślązakom poza właśnie możliwości podsycania polskiego nacjonalizmu.

  • muzoman

    Oceniono 4 razy 4

    Wtedy wszyscy zabijali i lepiej niech nie pieprzą o bohaterach czy prawych.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

DOSTĘP PREMIUM

Polecamy