Stawiszyński: Emocje i populizm

W książce o złowrogo brzmiącym tytule "Against Empathy" ("Przeciw empatii"), jeden z najciekawszych współczesnych psychologów, Paul Bloom, stawia tezy na pierwszy rzut oka obrazoburcze.

Zresztą kontrowersje to poniekąd jego specjalność. Dobrych kilka lat temu udowadniał na przykład, że już niemowlęta mają wrodzone intuicje moralne – że zatem moralność to sprawa biologii, a nie wychowania albo przykazań religijnych, pochodzących od jakiejś boskiej istoty. Oczywiście, w toku rozwoju kultur i cywilizacji, dopracowaliśmy się systemów etycznych, które znacznie się różnią od tego zespołu wrodzonych dyspozycji. Niemniej jakiś zasadniczy zrąb wartościowania na dobro i zło dostajemy w pakiecie z genami. Rzuca to całkiem nowe światło na nasze myślenie o tych zagadnieniach, choć oczywiście dalece nie wszyscy są skłonni przyjąć do wiadomości wyniki prezentowanych przez Blooma badań. Oto właśnie specyfika epoki postprawdy. Solidne badania empiryczne mogą objaśniać jakiś aspekt rzeczywistości, a zarazem nikt się tym specjalnie nie musi przejmować. Niektórzy więc nadal bez mrugnięcia okiem i z poważną miną będą przekonywać – jak to niedawno uczynił Jarosław Kaczyński – że jedynym źródłem moralności jest Kościół katolicki, poza Kościołem natomiast rozpościera się bezkresny ocean chaosu i nihilizmu, „który wszystko niszczy”. No ale nie o Jarosławie Kaczyńskim i Kościele katolickim będzie tu mowa, a w każdym razie nie bezpośrednio.

Zamiast empatii - jej tłumienie

Wróćmy do obrazoburczych tez, które we wspomnianej filipice wymierzonej w empatię stawia Paul Bloom. Otóż, jako człowiek, któremu na sercu leżą wartości liberalne – demokracja, równość, tolerancja, różnorodność, pluralizm i poszanowanie godności jednostek – postrzega on tę szczególną funkcję ludzkiej psychiki jako gruntownie im niesprzyjającą. Zakres działania empatii bowiem – definiowanej tu najprościej jako przeżywanie cudzych emocji niczym swoich własnych – ogranicza się zdaniem Blooma do bardzo wąskiego zakresu. Empatyzujemy najczęściej z tymi, których dobrze znamy, z członkami rodziny, plemienia czy narodu. Innymi słowy, z tymi, którzy są do nas podobni – wyglądają i zachowują się tak, jak my. Niejako automatycznie rodzi to od razu podział na „naszych” – w których doświadczenie i perspektywę świetnie potrafimy się wczuwać – i „obcych”, których nasze zdolności współprzeżywania nie obejmują. Od takiej segregacji jest już tylko krok do przemocy, także tej systemowej, usankcjonowanej różnorakimi ideologiami i religiami, w których piętnuje się innowierców i przedstawicieli innych nacji, ras, klas i przekonań.

Zresztą źródeł powszechnej obecności przemocy w historii ludzkiej kultury upatruje Bloom częściowo właśnie w empatii, aktualne zaś apele o jej rozwijanie – ze strony polityków czy neuronaukowców, m.in. Baracka Obamy czy Simona Barona Cohena – poczytuje za potencjalnie tragiczne w skutkach. Potrzeba nam czegoś dokładnie odwrotnego – powiada prowokacyjnie – a mianowicie tłumienia empatii. Rozwijać natomiast powinniśmy inną funkcję psychiczną – racjonalne współczucie.

Różni się ono od empatii zasadniczo. Przede wszystkim opiera się na kalkulacji zysków i strat, nie zaś na empatycznym zrywie, który może nas wprawdzie skłonić do doraźnej pomocy cierpiącemu, ale w dalszej perspektywie doprowadzi do negatywnych konsekwencji. Tymczasem współczucie – wywodzące się z umiejętności zwanej mentalizacją albo teorią umysłu, która polega na rozumieniu, że inni ludzie są podmiotami o podobnych co my potrzebach i pragnieniach – korzysta z perspektywy długofalowej. Chodzi w nim o realne dobro drugiej osoby, nie zaś o szybkie zaspokojenie emocjonalnego dyskomfortu, jaki odczuwamy, widząc, że ktoś obok nas cierpi.

Jeśli więc chcemy zbudować społeczeństwo, w którym autentycznie będziemy o siebie wzajemnie dbać, i w którym tolerancja dla różnorodności oraz poszanowanie każdej jednostki nie będą tylko nierealistycznymi ideałami – musimy wykonać wysiłek przezwyciężenia naszych naturalnych, biologicznych uwarunkowań.

Musimy siebie zmienić, stłumić w sobie zwodniczą tendencję do odczuwania cudzych emocji, a zamiast tego rozwijać zdolność rozumienia cudzych stanów mentalnych. Musimy się także nauczyć ignorowania odruchów wstrętu i odrazy, bo są to drugie po empatii przyczyny dyskryminacji i przemocy – zarówno na tle rasowym, jak i seksualnym.

Emocje a rozum

Musimy zatem – jeśli chcemy żyć w tolerancyjnych, otwartych, różnorodnych społeczeństwach, w których przemoc jest zjawiskiem marginalnym – pracować nad przezwyciężeniem naszych naturalnych tendencji, dyspozycji wpisanych w nasze organizmy przez ewolucję. Ta ostatnia siła, odpowiedzialna za kształt i funkcje naszych ciał oraz umysłów, najzwyczajniej w świecie nie przewidziała pojawienia się nowoczesnych technologii informacyjnych, liberalnej demokracji, globalizacji i paru jeszcze zdobyczy cywilizacyjnych, z których wcale nie chcemy rezygnować. Ewolucyjnie – a zwraca dziś na to uwagę wielu psychologów czy neurobiologów – przygotowani jesteśmy do życia w relatywnie niewielkich plemionach. Ksenofobia, czyli niechęć do obcych, rasizm, skłonność do przemocy, działanie w interesie własnym i własnej rodziny – to zestaw naszych przyrodzonych cech. Jeśli więc zależy nam na innym kształcie ustroju politycznego – musimy nad sobą intensywnie pracować, musimy żmudnie rekonfigurować wszystkie te właściwe gatunkowi ludzkiemu predyspozycje. Najlepszym na to sposobem jest rozwijanie intelektu, rozumu, racjonalności i kształtowanie zdecydowanie sceptyczno-krytycznego stosunku do sfery emocjonalnej.

Tymczasem w krajobrazie współczesnej kultury można raczej dostrzec procesy sprzyjające  tendencjom, o których tu mowa. Przede wszystkim nadmiarową koncentrację na sferze emocjonalnej. Swoisty, jak to nazywa Bloom, emocjonalny fetyszyzm.

Rynek emocji

Faktycznie, gdziekolwiek dzisiaj nie spojrzeć, tam piętrzą się emocje – cudze i nasze własne, które pod wpływem tych cudzych, albo pod wpływem rozmaitych innych specjalnie opracowanych przekazów, uruchamiają się z całą właściwą im intensywnością.

Na portalach społecznościowych i w popularnych programach telewizyjnych celebryci nieustannie informują o tym, jak się czują. Ich opowieści – radosne, albo smutne, traumatyczne albo rzewne – dosłownie kipią od emocji. Specjalne przyciski, które pozwalają nam oceniać te i inne internetowe materiały wyrażają proste uczucia – od aprobaty do dezaprobaty – i nieprzypadkowo symbolizowane są przez tak zwane, nomen omen, emotikony. Reklamy wyświetlające się w internecie – oraz wyświetlane na ekranach telewizorów czy kin –  skierowane są praktycznie wyłącznie do naszego ciała migdałowatego, czyli tego obszaru w mózgu, który w największym stopniu obsługuje sferę emocji. Wzruszają, straszą, cieszą, odwołują do bliskości partnerskiej i rodzicielskiej, intymności i tęsknoty.

Potężny i wciąż rozrastający się rynek gadżetów i usług produkuje, definiuje i określa rozmaite nasze emocjonalne potrzeby, a także sposoby przeżywania miłości. W debacie publicznej permanentnie stosuje się oparte na emocjach przekazy, apeluje do emocji widzów czy wyborców. Całe sztaby specjalistów pracują nad generowaniem takich przekazów, które jak najskuteczniej i jak najsubtelniej je poruszą. Stany emocjonalne bywają argumentem, który ma w domyśle kończyć wszelkie dyskusje, bo emocje mają status nienaruszalnych prawd objawionych. Pojęcie adekwatnej i nieadekwatnej reakcji emocjonalnej na jakieś zdarzenie praktycznie zniknęło ze słownika. Skoro ktoś czuje się urażony albo dotknięty, oznacza to niechybnie, że ktoś inny go uraził lub obraził – nie może być tu mowy o pomyłce. Psycholodzy i psychoterapeuci przekonują w mediach, że dbałość o sferę emocjonalną, w szczególności uświadamianie sobie i komunikowanie uczuć, jest warunkiem koniecznym psychicznego dobrostanu. „Mówi pan/pani o tym, co pan/pani myśli, ale co pan/pani czuje?” – to sakramentalne pytanie słyszał bodaj każdy, kto choćby raz odwiedził gabinet psychoterapeutyczny.

Jeśli zatem tłumisz albo ograniczasz uczucia, jeśli nie prowadzisz starannej kwerendy nawet najdrobniejszych swoich emocjonalnych poruszeń – trwając tym samym w pozycji permanentnej autoobserwacji – prędzej czy później doprowadzi cię to do kłopotów. Środkiem zaradczym będzie tu drobiazgowa rekonstrukcja tego, co naprawdę czujesz, przeprowadzona pod okiem doświadczonego terapeuty albo terapeutki.

„Podążanie za głosem serca”, posługiwanie się intuicją i uczuciami, nie zaś racjonalną analizą, poleganie na odruchach i poruszeniach – wszystko to bywa dziś przedstawiane jako rodzaj wyższej wiedzy i wyższego poznania, zdecydowanie bardziej wartościowego aniżeli bezduszna i chłodna racjonalność.

Ekspansja populizmu

Przykłady współczesnego panemocjonalizmu można by oczywiście mnożyć. Całkiem sporo na ten temat już napisano, pojęcie „kapitalizmu emocjonalnego” ma swoje zasłużone miejsce we współczesnej socjologii. Zajmuje się nim w szczególności izraelska badaczka Eva Illouz, której znakomita książka „Dlaczego miłość rani?”  ukazała się całkiem niedawno także na polskim rynku.
Tutaj jednak chciałbym zwrócić uwagę na zgoła inne zjawisko, pozostające być może w ścisłym związku z tezami Blooma, choć on sam takiej łączności nie wskazuje. A mianowicie – na ekspansję prawicowego populizmu, z jaką mamy do czynienia w ostatnich latach. Zastanówmy się teraz. Skoro Bloom ma rację, skoro faktycznie architektura naszej sfery emocjonalnej przystosowana jest do funkcjonowania w małych, zamkniętych grupach – globalizacja i rozwój technologii informacyjnych musiały być dla homo sapiens poważnym obciążeniem, a nawet szokiem poznawczym. Jeśli dołożymy do tego niebywały rozkwit marketingu opartego na aktywowaniu sfery emocjonalnej kosztem racjonalności – a także wprzęgnięte weń ideologie głoszące radykalną wyższość uczuć nad myśleniem – być może odsłoni się przed nami jeszcze jedna, zupełnie nieoczywista przyczyna dzisiejszej popularności ugrupowań politycznych odwołujących się do ksenofobii i nacjonalizmu. Jeszcze jedna przyczyna regresu do plemienności, powrotu nacjonalizmów, zamiłowania do niewielkich wspólnot, których członkowie są do siebie pod każdym względem podobni. Fizycznie, psychicznie i mentalnie.

Nie dajmy się uwieść

Czy to zatem możliwe, że za tym wszystkim stoi między innymi współczesna koncentracja na emocjach? Wywodząca się jeszcze z kontrkultury lat 60. filozofia podążania za głosem serca, która przez cynicznych specjalistów od sprzedaży została przekuta w super skuteczne metody manipulacji? Czy w tym całym dzisiejszym rozemocjonowaniu, w tym bezgranicznym zaufaniu jakim darzymy własne impulsy i przeżycia, zatraciliśmy zdolność do racjonalnego widzenia rzeczywistości, cofnęliśmy się niejako do wcześniejszej niż demokratyczna fazy rozwoju ludzkich społeczeństw? I to właśnie umiejętnie podchwytują populiści, żerujący na naszym plemiennym dziedzictwie?

Nawet jeśli tak jest – nie dajmy im się uwieść.

Powściągnijmy emocje i zacznijmy myśleć.

W Aplikacji TOK FM posłuchasz na telefonie:

Więcej o:

Dostęp Premium TOK FM

Serwis informacyjny

Komentarze (2)
Stawiszyński: Emocje i populizm
Zaloguj się
  • 2bxornot2b

    Oceniono 4 razy 0

    Dzieki marksistom swit staje sie taki prosty i oczywisty, a i wnioski sa oczywist, wystarczy wymordowac ludzi o zlych genach a czlowiek swiat stanie sie dobry. Oczywiscie te kupe smichu pod postacia kolejnego totalitarnego belkotu wkrotce zacna byc podawane jako prawdy objawione przez nauke niescisla. Przy okazji temu wesolemu kabareciarzowi nie wpadlo do glowy zeby zastanowic sie nad tymi genami i jak to niiby jest ze przypadkowo powstal fosforanowy lancuch chemiczny ktory w jednym cyklu konstruuje i stwarza cechy obiektu. Kiedys mialem troche tego naukawego smiecia w bibloteczce ale wywalilem to tam gdzie powinno sie znalezc zanm powstalo.

  • liwia01

    Oceniono 3 razy -1

    Jako zdeklarowana racjnalistka mogę się tylko pod tym podpisaćTak to właśnie wygląda,emocje pokonują rozum a potem jest konsternacja,dlaczego nie czujemy się szczęśliwi,skoro przecież wszystko już mamy i wciąż nam za mało zwłaszcza dóbr materialnych...

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX