Stawiszyński: Na początku lat 2000 można było jeszcze wierzyć, że internet jest spełnioną utopią. Kiedy to się zmieniło?

"Bańki informacyjne, w których pływamy, często w ogóle nie zdając sobie z tego sprawy, to środowiska cechujące się wysokim współczynnikiem zgodności poglądów. Spotykamy w nich ludzi, którzy są do nas podobni - myślą i mówią zasadniczo podobne rzeczy, co my. Tego rodzaju milieu w naturalny sposób wzmacnia tendencje plemienne" - pisze w nowym Kwadransie Filozofa Tomasz Stawiszyński.

Na początku lat 2000 można było jeszcze wierzyć, że internet jest spełnioną utopią. I nawet jeśli za jego sprawą nie zapanowały jeszcze wolność, równość i tolerancja, to z całą pewnością już wkrótce zapanują. Wyobrażano sobie wtedy sieć jako przestrzeń niepodległą wobec wszystkich dolegliwości trapiących ludzkość w sferze realu: przemocy, zawiści, dyskryminacji, niesprawiedliwości, hipokryzji. Wygenerowany przez nowoczesną technologię zbiorowy umysł, w którym każdy uczestniczy na równych warunkach. I w którym każdy ma nie tylko teoretyczną, ale i praktyczną szansę na pełną ekspresję własnych wizji, marzeń i potrzeb.

Słowem - El Dorado. Kraina, która nieprzypadkowo była w pierwszej dekadzie rewolucji cyfrowej przywoływana nader chętnie.

Portale społecznościowe i "mącenie" ludziom w głowach

Kiedy się to zmieniło? Kiedy nastąpiło rozczarowanie? Kiedy po raz pierwszy zorientowaliśmy się, że choć internet daje nieskończenie wiele fantastycznych możliwości, to zarazem cechują go dokładnie te same ograniczenia i wady, które cechują wszystkie inne ludzkie aktywności?

Proces stopniowego urealniania rzeczywistości wirtualnej to ostatnie dziesięć-piętnaście lat. Mniej więcej w tym czasie metaforyczne El Dorado stało się całkiem dosłowną krainą złota. Z utopijnej komuny, w której każdy może być twórcą, bo rację bytu tracą w niej wszelkie dawne podziały i hierarchie, internet stał się jednym wielkim domem towarowym. Potężnym przedsiębiorstwem, bazarem do ostatniego centymetra pokrytym straganami, których właścicielom zależy tyleż na tym, żebyśmy nabywali od nich konkretne towary, ile na tym, żebyśmy tego bazaru nigdy nie opuszczali. Stąd oszałamiające inwestycje w produkty i technologie mające nas tam zatrzymać, skolonizować naszą uwagę, jak najdłużej nie wypuszczać nas z toksycznego uścisku.

Nic dziwnego, że w tak skonfigurowanym krajobrazie znakomicie odnaleźli się także specjaliści od marketingu politycznego. Za sprawą portali społecznościowych - platform, których użytkownicy mylnie sądzą, że są aktywnymi podmiotami, nie zaś przedmiotami rozmaitych działań i operacji - dotarcie do rzesz potencjalnych wyborców i wyborczyń stało się dziecinnie proste. Zaś możliwości manipulacji, które dają te wszystkie niesłychane technologiczne rozwiązania, są, jak wiadomo, na dobrą sprawę nieskończone. I tak niegdysiejsza kraina szczęśliwości, szczerości i bezpośredniości, stała się terenem bezwzględnych walk rozmaitych stronnictw i partii czy raczej wynajmowanych przez nie, mniej lub bardziej szemranych, ekspertów od mącenia ludziom w głowach.

Tym samym prysły również marzenia o przestrzeni w pełni demokratycznej, w której "nie ma już Żyda ani poganina, nie ma już niewolnika ani człowieka wolnego, nie ma już mężczyzny i kobiety, wszyscy bowiem jesteście kimś jednym" (Ga 3, 28). Stało się zgoła odwrotnie. Pozostając pod władzą tego cudownego narzędzia, które miało wyzwolić nas z wszelakich partykularyzmów, z nową energią się w nie pogrążyliśmy. Zamiast wypływać na szerokie, globalne wody, zaczęliśmy wirtualnie grupować się wokół wąskich perspektyw. Zamiast poszukiwać tego, co uniwersalne - zatracać się w wojnie tożsamościowej, w której zarówno prawica, jak i lewica pielęgnują przekonanie o fundamentalnym znaczeniu różnic, starannie wystrzegając się myślenia o podobieństwach.

Ale być może najbardziej dotkliwą konfrontacją było uświadomienie sobie - i to już na stosunkowo wczesnym etapie - że sfera wirtualna nie jest obszarem wolnym od przemocy. Można powiedzieć - wręcz przeciwnie, jest obszarem, w którym przemoc nie tylko jest intensywnie obecna, ale także nabiera nowych, nieznanych dotychczas form i oblicz. Przykłady? Jest ich mnóstwo. Wyszydzanie, upokarzanie, linczowanie, publikowanie kompromitujących materiałów (wszystko jedno, prawdziwych czy fałszywych), które natychmiast, w jednej chwili, ulegają dziesiątkom tysięcy zwielokrotnień. A wszystko to - niewymazywalne, pozostające w cyfrowej wieczności już na zawsze, nieustannie obecne w permanentnej teraźniejszości, w świecie, w którym przeszłość praktycznie nie istnieje, bo wszystko jest dostępne online przez dwadzieścia cztery godziny na dobę.

Internet jako nośnik politycznej i społecznej zmiany

Rozczarowań można by wyliczać jeszcze całe mnóstwo, niemniej bez wątpienia internet - i w ogóle rozwój cyfrowych technologii komunikacyjnych - w sposób fundamentalny odmienił nasze życie także na lepsze. Nie ma tu miejsca, czasu i powodu, żeby je wszystkie wymieniać, poprzestańmy wszakże na zjawisku, które mieści w sobie zarówno aspekty niewątpliwie pozytywne, jak i te niebezpieczne. Zjawisku, w którym odzwierciedla się w pełni potężny, ale i ambiwalentny potencjał współczesnych technologii.

Mam tu na myśli używanie internetu jako nośnika politycznej i społecznej zmiany; jako instrumentu służącego rozmontowywaniu struktur przemocy i uprzedzeń - seksualnych, rasowych i wszelkich innych; jako narzędzia będącego doskonałą bronią tych dotąd pozbawionych głosu: opresjonowanych, wykluczonych. Albo po prostu tak czy inaczej bezradnych wobec tego charakterystycznego konglomeratu władzy, przywileju i bezkarności, na który bezustannie się w różnych miejscach tej kultury natykamy.

Od pewnego czasu funkcjonuje w sieci zjawisko tak zwanego call outu, co można luźno przetłumaczyć jako "wywołanie", albo po prostu "ujawnienie". Tak głęboko wkomponowało się ono w cyfrowy krajobraz, że doczekało się nawet określenia "kultura call outu", co niechybnie wskazuje, że sprawa jest całkiem poważna.

W kulturze call outu chodzi właśnie o to, żeby ogromny potencjał internetu wprząc w moralnie chwalebną i słuszną sprawę - walkę z przemocą, dyskryminacją i uprzedzeniami. Przykładem był - i jest - z pewnością choćby ruch #metoo, choć zarazem nie jest on tutaj do końca reprezentatywny, bo istotną jego częścią były jednak zaangażowanie i praca dziennikarzy, i dziennikarek śledczych.

Generalnie jednak call out to po prostu demaskowanie - w internecie, przede wszystkim w portalach społecznościowych - osób, które, zdaniem ujawniających, posługują się językiem dyskryminacyjnym, stosują przemoc, albo mają na koncie jakieś inne przewinienia. W praktyce pojedynczy call out uruchamia zazwyczaj lawinę udostępnień. Konsekwencje zaś - dla, nazwijmy to, wycalloutowanych, bywają dotkliwe. Z utratą pracy, albo sankcjami karnymi, włącznie - o dewastacji wizerunku już nawet nie wspominając.

"Im bardziej jesteś przekonany o własnej słuszności, tym bardziej powinieneś być wobec siebie podejrzliwy"

Niewątpliwie głęboką i przenikliwą myślą - o charakterze tyleż empirycznym, co filozoficznym - jest diagnoza będąca podstawą każdej refleksji wywodzącej się z XX-wiecznej psychoanalizy (niezależnie od tego, jak się całość dorobku tej dyscypliny ocenia). Brzmi ona w wolnej parafrazie mniej więcej tak: im bardziej jesteś przekonany o własnej słuszności i czystości, tym bardziej powinieneś być wobec siebie podejrzliwy.

Nie inaczej, jak się wydaje, jest w przypadku animatorów i animatorek kultury call outu, o której całkiem niedawno wypowiedział się w tonie zdecydowanie krytycznym sam Barack Obama. W rozmowie z młodymi aktywistami przestrzegł on przed uwodzicielskim urokiem przekonania o własnej moralnej wyższości czerpanym z internetowego piętnowania - nawet jeśli piętnowany faktycznie popełnił jakieś przewinienie. Zwłaszcza jeśli polegało ono na użyciu jakiegoś niefortunnego słowa, albo zwykłym nietakcie. Rzecz w tym bowiem, że w kulturze call outu ani intencje, ani proporcje wydają się nie mieć znaczenia. Po prostu, jeśli sprzeniewierzyłeś się określonym regułom komunikacji - uruchamia się wobec ciebie lawina piętnujących wpisów. Tego rodzaju pospolite internetowe ruszenie wielokrotnie doprowadziło już do infamii i społecznego ostracyzmu wobec osób, których jedynym występkiem były na przykład cokolwiek niewybredne żarty, albo głupie komentarze pod zdjęciem.

Bańki informacyjne

I chyba właśnie tutaj, jak się wydaje, leży największe niebezpieczeństwo zjawiska, o którym mówimy. Internet to wciąż jeszcze przestrzeń nie do końca rozpoznana. Przestrzeń, w której poruszamy się niejako po omacku, i której natura w bardzo specyficzny sposób oddziałuje na nasze funkcje poznawcze. Siedząc przed ekranem komputera, obcując z wirtualnymi awatarami, a nie żywymi ludźmi, tracimy w jakimś stopniu zdolność do racjonalnej analizy sytuacji. Bańki informacyjne, w których pływamy, często w ogóle nie zdając sobie z tego sprawy, to środowiska cechujące się wysokim współczynnikiem zgodności poglądów. Spotykamy w nich ludzi, którzy są do nas podobni - myślą i mówią zasadniczo podobne rzeczy, co my. Tego rodzaju milieu w naturalny sposób wzmacnia tendencje plemienne, a współczesna intensywnie rozemocjonowana kultura trenuje nas do reagowania lękiem i oburzeniem w odniesieniu do poglądów przeciwnych naszym własnym.

Ta mieszanka powoduje, że kiedy dodatkowo nabieramy poczucia moralnej słuszności - skądinąd często faktycznie występując w słusznej sprawie - tracimy z oczu wszystko inne. Przyłączamy się, niekiedy w najlepszej wierze, do fali udostępnień, komentujemy przepełnieni sprawiedliwym gniewem, demaskujemy ludzi w oczywisty sposób złych - dyskryminatorów, przemocowców, mizoginów, ludzi nadużywających władzy i przywilejów.

I może właśnie dlatego, że działamy w poczuciu moralnej i merytorycznej racji - przestajemy czasem dostrzegać niuanse. Nie zauważamy, kiedy sprawiedliwy gniew niepostrzeżenie zamienia się w panikę moralną. Kiedy na realne albo wyobrażone zagrożenie odpowiada się już wyłącznie skrajnymi emocjami. Skrajne emocje zaś mają to do siebie, że kreują rzeczywistość czarno-białą. Po jednej stronie jesteśmy wówczas my - czyści, nieskalani, słuszni, poprawni, przekonani o niekwestionowanej oczywistości własnych myśli i działań. Po drugiej stronie - oni, źli, straszni, odrażający. W takim uniwersum nie działa dwuwartościowa logika, nie działają obowiązujące wszędzie indziej reguły dochodzenia do prawdy, weryfikowania twierdzeń, a przede wszystkim świadomość skomplikowania, niejasności ludzkich spraw. Ta świadomość skłania raczej do powściągliwości i korzystania z powszechnie dostępnych instrumentów wypracowanych na gruncie prawa, nie zaś do podążania za choćby najbardziej przekonującym poczuciem własnej słuszności.

Prawne instrumenty z kolei nie wzięły się przecież z niczego, są wyrazem tego, co o świecie i o sobie wiemy. Są więc takie a nie inne - włączając w to domniemanie niewinności, prawo do obrony, procedurę ustalania faktów przez kilka zaangażowanych w proces podmiotów - bo odpowiadają sytuacji poznawczej, w której się, jako ludzie, znajdujemy. Niedysponujący pełnią wiedzy na dzień dobry, omylni, z mnóstwem zakrzywień i błędów poznawczych, które nieustannie deformują nam obraz świata.

Kultura call outu natomiast - w swoich najbardziej radykalnych przejawach - operuje klasycznie niewywrotną strukturą myślową, w której sam fakt oskarżenia automatycznie dowodzić ma własnej prawdziwości. Ktokolwiek zaś wyraża wątpliwość, ten jest w zasadzie wspólnikiem oskarżonego, w jego osobie wspierając machinę przemocy i dyskryminacji, działając na jej rzecz, a może i w jej imieniu. Skoro jednak wyrażenie wątpliwości jest tożsame z atakowaniem ofiar, tym samym zaś oskarżenia nie wolno kwestionować - znikają warunki, pod którymi może ono zostać realnie zweryfikowane. Nie ma po prostu takiej możliwości, logika tej sytuacji jej nie przewiduje. Wpada się tutaj w jedną z najbardziej klasycznych pułapek, charakterystycznych skądinąd dla myślenia spiskowego. Wszystko potwierdza wyjściową tezę, a każdy, kto ją podważa, jest albo świadomym, albo nieświadomym wspólnikiem sprawców. Z tego zamkniętego kręgu nie ma wyjścia, po przekroczeniu pewnej granicy kontakt z rzeczywistością zostaje definitywnie utracony.

W efekcie różnica pomiędzy prawdą i kłamstwem znika. Wraz z nią natomiast znika także gradacja przewinień. Sprawy błahe sąsiadują z naprawdę poważnymi, autorzy chamskich odzywek, ludzie popełniający nietakty, ordynarni, albo po prostu obdarzeni kiepskim poczuciem humoru, lądują w jednym szeregu z autentycznymi przestępcami, dokonującymi poważnych nadużyć. Nie ma pomiędzy nimi różnicy, bo nie sposób jej uzasadnić. A nie sposób jej uzasadnić bo poziom wzmożenia oraz stosowane środki są we wszystkich tych przypadkach jednakowe. Prowadzi to niestety to banalizacji wielu istotnych problemów i - paradoksalnie - przyczynia się do bezkarności autentycznych sprawców przemocy. Daje więc efekt dokładnie odwrotny do zamierzonego.

Czy jest na to jakaś rada?

Taka jak w odniesieniu do każdej innej ludzkiej działalności. Pamiętać o własnej ambiwalencji i podatności na zakrzywienia poznawcze. Wystrzegać się moralnego wzmożenia i bezwzględnego poczucia słuszności. Unikać rewolucyjnego zapału. Gasić skrajne emocje. Pamiętać o niuansach. Nie wierzyć w czerń i biel. Stosować procedury i powoływać instytucje, nie zaś ufać  oczyszczającej mocy żywiołu.

Zwłaszcza internetowego.

Pobierz Aplikację TOK FM, słuchaj i testuj przez dwa tygodnie za darmo:

Więcej o:

Dostęp Premium TOK FM

Serwis informacyjny