Orban lata do Brukseli i mówi o swoim stanowisku. "W przeciwieństwie do Kaczyńskiego, z nim da się rozmawiać"

W najbliższy weekend wybory parlamentarne na Węgrzech. Autorytarne ciągoty Victora Orbana są porównywane z działaniami rządu PiS. O tym, dlaczego nie jest to uzasadnione porównanie, rozmawiamy z Edit Zgut, analityczką w węgierskim think-tanku Political Capital.

Magdalena Paciorek: Ostatnie tygodnie kampanii przed wyborami do parlamentu Węgier nie były łatwe dla premiera Viktora Orbana. Skandal gonił skandal – a ujawnione afery uderzały w jego otoczenie.

Edit Zgut: Tak. Szokujące okazały się zwłaszcza ostatnie doniesienia węgierskich dziennikarzy śledczych, którzy w czwartek ujawnili, że byli członkowie zagranicznego wywiadu obserwowali i nawiązywali kontakty z organizacjami pozarządowymi, które Viktor Orban traktuje jak wrogów. Miała stać za tym prywatna firma Black Cube, która zatrudnia byłych agentów Mosadu. Wcześniej podejrzewana była o współpracę z firmą Cambridge Analytica. Na celowniku znalazł się między innymi lider jednego z NGO-sów, Migration Aid, Andras Siewert. Przychodzili do niego różni ludzie, którzy próbowali go skłonić do ujawnienia jakichś powiązań z George'em Sorosem, albo sprawdzić, czy jest gotów z nimi współpracować. To ogromny skandal. Jeśli to prawda, że związek z tym ma otoczenie Orbana, to pokazuje to, jak bardzo ta władza skłonna jest grozić instytucjom i organizacjom krytycznym wobec rządu. I do czego skłonna jest się uciekać.

Czytaj też: Już za kilkadziesiąt godzin Węgrzy odsłonią pomnik smoleński. Zobacz, jak wygląda projekt

A czy w kampanii samego Orbana jest coś, co Panią zaskoczyło?

- Myślę, że większych niespodzianek nie było. Premier Viktor Orban, lider rządzącego Fideszu, skupił swoją kampanię na dwóch wątkach: zagrożeniu, jakie rzekomo stwarza jego odwieczny wróg George Soros i na migracji. Ciągle powtarzał, że Unia Europejska zagraża suwerenności kraju i chce przywieźć tu, na Węgry, miliony nielegalnych imigrantów.

Co jest w zasadzie teorią spiskową, ale dla rządu bardzo ważne jest, by sprawę migracji cały czas utrzymywać na pierwszym miejscu na politycznej liście tematów. To była główna kwestia, która opłaciła się Fideszowi, która tak zwiększyła jego popularność. Od końca 2014 roku do teraz zyskał 6-7 punktów procentowych. To jest kluczowe – tak Fidesz zapewnił sobie poparcie. Jednocześnie zajął polityczny teren skrajnej prawicy. Jeśli przyjrzeć się retoryce Fideszu i największej partii opozycyjnej, Jobbiku – to Fidesz jest nawet bardziej radykalny w sprawie migracji niż skrajnie prawicowy Jobbik.

W Niemczech przed wyborami mówiło się, że to najnudniejsza kampania świata, a mimoto wynik głosowania okazał się zaskakujący. Tu, na Węgrzech, sytuacja wydaje się odwrotna. Wynik – mimo skandali – wydaje się przewidywalny. Orban ma przewagę w sondażach.

Ostatnie wydarzenia i wszystkie skandale, ujawnione przez dziennikarzy śledczych i media opozycyjne są istotne. Kilka tygodni temu mieliśmy regionalne wybory uzupełniające w silnym przyczółku Fideszu (w Hódmezovásárhely) – i Fidesz zaskakująco odnotował tam historyczną porażkę. Widzimy więc, że korupcja stała się dla rządu taką powoli uwalniającą się trucizną. Ale jeszcze się okaże, czy tak samo będzie na szczeblu wyborów do parlamentu. Wygląda na to, że jeśli takie historie i skandale nie dotyczą samego Viktora Orbana, to ich wpływ na nastroje wyborców
Fideszu jest ograniczony.

Ogólnie rzecz biorąc, w społeczeństwie węgierskim zapanował rodzaj politycznego cynizmu. Wyborcy uważają, że wszystkie partie są skorumpowane i wszyscy kradną, jedyną różnicą jest tylko skala tej korupcji. Korupcja na poziomie państwowym stała się główną cechą instytucji za czasów rządów Orbana. Ale nie uważam, żeby te wybory były przewidywalne – moim zdaniem to wręcz jedne z najbardziej nieprzewidywalnych wyborów od czasu zmiany ustroju.

Dlaczego?

Argumentów jest kilka. Po pierwsze: Fidesz ma co prawda większość w parlamencie, ale tego samego nie można powiedzieć o rzeczywistym poparciu wśród Węgrów. Łączne poparcie dla partii opozycyjnych jest dużo wyższe niż dla partii Viktora Orbana. Najważniejsze pytanie będzie więc dotyczyć frekwencji – i tego, czy partiom opozycyjnym uda się zmobilizować do głosowania tych, którzy do tej pory na wybory nie chodzili.

Drugą sprawą jest obecna ordynacja wyborcza, która działa na korzyść największej partii, czyli właśnie Fideszu. W 2014 roku partia Orbana zdobyła  większość 2/3 w parlamencie otrzymawszy zaledwie 2,2 miliona głosów. Partie opozycyjne miały łącznie dużo większe poparcie, ale system sprzyja partii największej. Zobaczymy, czy partie opozycyjne znajdą teraz jakieś pole manewru i współpracy. Problem polega na tym, że opozycja raczej nie skupia się na kooperacji, a na swoich poszczególnych wynikach. Nie za bardzo chcą na przykład wycofać swoich kandydatów w okręgach tak, by inny polityk opozycyjny miał większe szanse pokonać kandydata Fideszu. Ale tak jak mówiłam – kluczowa będzie frekwencja. Jeśli sięgnie około 70 procent, to opozycja ma większe szanse na sukces. Przy niższej, około 60-procentowej frekwencji, wszystko prawdopodonie zostanie tak, jak dotychczas.

Co Pani zdaniem sprawia, że Orban tak długo cieszy się niesłabnącą popularnością? Retoryka antyimigracyjna to jedno, ale może przyczyn należy szukać raczej w jego decyzjach na gruncie ekonomicznym i socjalnym, o których nie mówi się już tak często?

To ciekawe, bo Orban powinien to wykorzystywać, ale tego nie robi. Ten temat w ogóle nie istnieje w kampanii. Dlaczego? Bo w 2002 roku Fidesz przekonał się, że wybory można przegrać mimo tego, że gospodarka ma się dobrze, a wskaźniki makroekonomiczne rosną. Ale to oczywiście sprzyja Fideszowi. Ich przeciętny wyborca to człowiek starszy, emeryt, i w ostatnich miesiącach partia Orbana wykonała w stronę takich ludzi kilka ważnych gestów.

Na przykład zwracając im część kosztów za zimowe rachunki za gaz.

Tak, z kolei przed świętami emeryci dostali 10 tysięcy forintów dodatku (ok. 135 złotych). Takich prezentów było dużo więcej. Z drugiej strony bardzo ważne jest to, że to właśnie ludzie po 60 roku życia najbardziej obawiają się migrantów. Dlatego ta antyimigrancka retoryka Orbana świetnie się sprawdza właśnie na tym gruncie, wśród ludzi, którzy co do zasady są bardziej aktywni politycznie.

Trzeba tu podkreślić, że Fidesz kieruje przekaz do swojego własnego elektoratu. Tu nie chodzi o przekonanie wyborców innych partii. Podziały, które Orban wytworzył w społeczeństwie, sprawiają, że i tak niemożliwe jest dotrzeć z przekazem do tej „drugiej” strony. Dlatego podstawowa strategia Fideszu polega na tym, żeby wykorzystać podziały w opozycji, skupić się na własnym, stabilnym elektoracie i ciągle mówić o migracji i o zagrożeniach dla bezpieczeństwa państwa.15 marca Viktor Orban wygłosił mowę, w której w zasadzie groził wszystkim, którzy są przeciwni Fideszowi lub go krytykują – a więc organizacjom pozarządowym czy niezależnym mediom. Mówił, że po wyborach będą tego „polityczne konsekwencje”.

Spodziewamy się, że po wyborach budowanie tego nieliberalnego systemu będzie trwać w najlepsze, że władza będzie ograniczać działalność NGOsów i organizacji społeczeństwa obywatelskiego – i będzie starała się opanować resztkę niezależnych mediów, na przykład wykupując je lub wprowadzając decyzje administracyjne.

Czytaj też: Orbán znowu wystawi rząd PiS do wiatru? Kokot: "Węgry mogą stracić na obronie Polski"

Orban wygłosił też przemówienie, w którym wprost nazwał Zachód zagrożeniem dla Węgier, ajako siedliska zła wymieniał Paryż, Brukselę i Berlin. Myśli Pani, że jeśli nie uda mu się osiągnąć tak dobrego wyniku, na jaki liczy, to – wzorem Polski – zacznie szukać kompromisu z Komisją Europejską i załagodzi antyunijną retorykę?

To nie leży w naturze tej władzy. Byłabym naprawdę zaskoczona, gdyby rząd starał się to załagodzić czy rozwodnić. Viktor Orban forsuje scenariusz końca świata liberalnego,
dekadenckiego Zachodu. Myślę, że Węgry to jedyny kraj w Unii Europejskiej, który naprawdę spogląda w stronę Rosji i wzoruje się na tamtejszym modelu ekonomicznym, politycznym i ideologicznym. Nie sądzę, żeby po wyborach coś się zmieniło – ta antyunijna kampania będzie trwać.

Ale Viktor Orban uznawany jest za dużo sprawniejszego polityka niż na przykład JarosławKaczyński. Wygląda na to, że węgierski premier naprawdę potrafi grać w tę europejską grę. Gdy Unia Europejska zastanawiała się, jak zareagować na otrucie Siergieja Skripala, to właśnie Orban miał zaproponować wydalenie rosyjskich dyplomatów.

To prawda, on jest bardzo sprytny, jeśli chodzi o takie rozgrywki. Jego strategia jest taka, by niezależnie od tego, czego dotyczy unijna krytyka, odpowiadać, że tak naprawdę chodzi o migrację, i o to, że Węgry mają inne zdanie właśnie w sprawie przyjmowania uchodźców. Wszystkie procesy o naruszenie prawa unijnego czy debaty w Parlamencie Europejskim były tak naprawdę na rękę Fideszowi.

Czytaj też: Gdy gra toczy się o wielkie pieniądze, Orban może zmienić front. "Nadzwyczaj pragmatyczna osoba"

Orban – w przeciwieństwie do polskiego rządu – regularnie lata do Brukseli i mówi o swoim stanowisku, ale różnica też jest taka, że z Orbanem po prostu da się rozmawiać. Dlatego od lat funkcjonuje w szarej strefie. Jest jeszcze kwestia Niemiec i tego, dlaczego Berlin nie wchodzi w otwartą konfrontację z Orbanem. Po pierwsze – polityka. Fidesz ma 12 deputowanych w Parlamencie Europejskim, a Niemcy z CDU/CSU potrzebują ich w Europejskiej Partii Ludowej, by ta frakcja miała bezpieczną większość. To daje Fideszowi rodzaj tarczy ochronnej.

Druga sprawa to ekonomia. Rynki zawsze wolą stabilność, a niemieccy inwestorzy na Węgrzech chcą, by był tu stabilny rząd. Można więc powiedzieć, że to ci niemieccy inwestorzy są głównymi sponsorami rządów Orbana. Obok, oczywiście, Unii Europejskiej i jej funduszy.

Rząd PiS-u lubi chwalić się specjalną więzią, jaka łączy Polskę z Węgrami. W Budapeszcie widzą swojego głównego sojusznika, zwłaszcza w kontekście ewentualnego zaostrzenia tarć z Brukselą. Z drugiej strony sprawa wyboru przewodniczącego Rady Europejskiej, kiedy Orban opowiedział się za Donaldem Tuskiem, pokazała, że ta więź może nie być tak silna, jak chciałby Kaczyński. Jak to wygląda z perspektywy Budapesztu? To prawdziwa przyjaźń czy taktyczny sojusz?

Myślę, że dla Orbana to strategiczne, taktyczne partnerstwo.To, co zdarzyło się podczas głosowania w sprawie Donalda Tuska wiele powiedziało o tych dwustronnych relacjach. Z drugiej strony, sojusz z Warszawą jest dla węgierskiego rządu bardzo ważny – nie chodzi tylko o Polskę, ale o całą Grupę Wyszehradzką. Narracja jest taka, że mamy teraz nową siłę w ramach Unii Europejskiej, która stoi w kontrze do zepsutego, liberalnego Zachodu, który nie potrafi się sam obronić. Głównym przekazem jest to, że my jesteśmy głosem rozsądku i walczymy z Unią Europejską o naszą wolność. Ale gdybym była Jarosławem Kaczyńskim, nie ufałabym Viktorowi Orbanowi. Do głosowania w sprawie artykułu siódmego na Radzie Unii Europejskiej może jeszcze dojść – i wtedy nie polegałabym wyłącznie na Viktorze Orbanie.

* Edit Zgut – analityczka w węgierskim think-tanku Political Capital. Absolwentka Uniwersytetu Loranda Eötvösa w Budapeszcie na kierunku nauk społecznych. Zajmowała się sprawami zagranicznymi w tygodniku Heti Válasz. W swoich badaniach skupia się głównie na tematach integracji europejskiej, współpracy w ramach Grupy Wyszehradzkiej i analizą nieliberalnych tendencji w Europie.

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM

Serwis informacyjny

Komentarze (38)
Orban lata do Brukseli i mówi o swoim stanowisku. "W przeciwieństwie do Kaczyńskiego, z nim da się rozmawiać"
Zaloguj się
  • freud1

    Oceniono 6 razy 4

    Orban jest kuty na cztery kopyta.
    Facet dokonuje rzeczy z pozoru niemozliwych. Jest rownoczesnie przyjacielem wesolego karla i batiuszki z Kremla. W dodatku przyjmuje uchodzcow. No normalnie wcielenie realpolitik. W przeciwienstwie do scheisspolitik wielkiej wolski.

  • konfuziussagt

    Oceniono 4 razy 2

    Orban z Fideszem JUZ zrobil z Wegier
    narodowo-socjalistyczna dyktature.
    Stosuje gre pozorow, by nadal doic UNIE,
    a za plecami dogaduje sie z Putinem i Chinami.
    Wybory sa typowymi posunieciem maskujacym,
    stwarzajacym pozory demokracji, jak bylo w PRL-u,
    jest w Rosji, w Chinach, na Bialorusi, w Turcji itp.
    Od objecia wladzy przez nazistowski rezym Orbana
    setki tysiecy Wegrow wyemigrowalo do innych krajow UNII,
    a kolejne setki tysiecy do tego zmierzaja.
    Jak na 10 mln. kraj to ogromna liczba.
    Wprawdzie lajdackimi metodami, ale zmiany ustrojowe
    niszczace republike Orban zrobil legalnie,
    podobnie jak Hitler,
    w przeciwienstwie do Kaczynskiego z PiS,
    ktorzy zdeptali Konstytucje dokonujac ZAMACHU STANU,
    stajac sie PRZESTEPCAMI nad ktorymi wisi sankcja
    wiezienia do dozywocia wlacznie!
    BEDA SIEDZIEC!!!

  • szatan2012

    Oceniono 4 razy 2

    Orban jest premierem a Kaczyński nikim i to jest wszystko w temacie odpowiedzialności, Kaczyńskiego można oskarżyć i skazać za podżeganie do popełniania przestępstw a Orban ... jest niezłym kucharzem :-)

  • wnuczek_akowca

    Oceniono 4 razy 2

    "ale różnica też jest taka, że z Orbanem po prostu da się rozmawiać"

    A o czym można rozmawiać ze zdziwaczałym, starym kawalerem, żyjącym z kotem?

  • Mateusz Apolinarski

    Oceniono 3 razy 1

    BO DLA ORBANA WAŻNA JEST KASA I NIC WIĘCEJ, DLA KACZORA,,,,, PRYWATNA ZEMSTA.. I NIC WIĘCEJ

  • czechy11

    Oceniono 3 razy 1

    PiS jest już trupem. Polska nie będzie Wegrami bo Polacy maja inne aspiracje i bie dafzaxdobie wmawiać PiSich kłamstw na dłuższa metę.

  • Ha Kade

    0

    Obyś gnoju przegrał z kretesem. Zaraza rządów Kaczynskiego w Polsce przyszla z Węgier.

  • swientyjacenty

    Oceniono 2 razy 0

    Kaczyński, Szydło, Duda - oni tylko wrzeszczą i pouczają wszystkich i wszędzie. To nie partnerska rozmowa! - to dyktat

  • krzysztof_ptk

    Oceniono 2 razy 0

    Węgry to dość nietypowy kraj. Otoczony Słowianami, Dakami porozumiewa się językiem, który się różni od pozostałych europejskich państw i to bardzo. Historia Węgier jest też dość ciekawa. Bo przed 1000 laty napadali na germańskie szczepy jak Wikingowie i nikt nie potrafił się im przeciwstawić. Waleczny naród. W ostatniej wojnie byli zagorzałymi faszystami wschodu, razem z naczelnikiem 3 rzeszy maszerowali aby podbić słowiańskie ludy. Na koniec wojny zrozumieli że to błąd i pomyśleli że przed zakończeniem wojny muszą też ogłosić że są przeciw naczelnikowi.
    Węgry jednym słowem to duży kraj. Gdy do EU wstąpią takie podmioty jak Serbia, Czarnogóra itd...to zrobi się kolorowo. Ale przynajmniej prezes będzie miał gdzie stawiać pomniki...

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX