"Niemcy zaczęli uciekać. Nie wiedzieli, skąd napad". 75 lat temu w obozie w Treblince wybuchł bunt

"Nad tym miejscem zawsze będzie mgła" - mówił po wojnie więzień Treblinki, ocalony z obozu. O buncie, który wybuchł tam ponad dwa lata wcześniej, opowiedział w TOK FM Michał Wójcik, autor książki na ten temat.

Pierwsze strzały oddane przez więźniów Treblinki padły 2 października 1943 roku po południu. Akcja była przygotowywana i planowana przez wiele miesięcy. W więźniach, którzy byli świadkami działania fabryki śmierci, dojrzewała idea wzniecenia powstania - próby ucieczki, ale i zniszczenia komór gazowych oraz chęć zemsty na oprawcach. 

O tym powstaniu mało kto jednak pamięta, choć jego rocznica przypada dzień po obchodach rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego. - Przykre, że w polskim kalendarzu historycznym mamy miejsce tylko na świętowanie jednego powstania. A mamy to drugie, które jest zwycięskim powstaniem - wskazał Michał Wójcik, autor książki "Treblinka 43", poświęconej niezwykłej historii buntu w obozie zagłady.

W wyniku buntu z obozu udało się uciec 300-350 osób. Większość została wytropiona, przeżyło mniej niż sto osób. Ale istotne jest to, że później Treblinka niemal przestała działać - w listopadzie 1943 zostało tam już tylko gospodarstwo rolne.

To, co działo się w obozie Treblinka przed, w czasie, jak i po buncie, w wydanej przez Wydawnictwo Znak książce "Treblinka 43" opisał Michał Wójcik. Poniżej publikujemy jej fragment:

Piekło spalone!

Było wpół do czwartej po południu ?– napisał Jechiel Rajchman. Leon Perelsztejn upierał się, że było pięć minut później. Richard Glazar był najdokładniejszy. To była 15.57 ?– zapamiętał. Bo kolega miał na ręku przeszmuglowany zegarek.

Termin rozpoczęcia akcji nie był bez znaczenia. Chodziło o dokładną synchronizację z przejazdem pociągu. O 16.15 tuż koło rampy na równoległym torze miał jechać transport do sąsiedniej Treblinki I. Sześciuset siedemdziesięciu polskich więźniów wracało na noc za druty. Powstańcy chcieli ten pociąg zatrzymać, Polaków wypuścić i już razem ruszyć do walki. To było sprytnie pomyślane, bo piąty i szósty punkt precyzyjnego planu zakładał, że dalszą walkę Żydzi i Polacy poprowadzą już razem. Ramię w ramię mieli obóz spalić, potem uciec do lasu. A na koniec stworzyć oddział partyzancki.

Do planowanego rozpoczęcia walki brakowało naprawdę niewiele. Wszystko potoczyło się jednak inaczej. Drabinka precyzyjnie ustawionych punktów w planie powstania wywróciła się. Przez przypadek. Albo wskutek zbyt dużego napięcia. Tak przynajmniej twierdził po wojnie esesman Franz Suchomel. Brytyjskiej dziennikarce Gitcie Sereny powiedział, że powstanie zaczęło się przedwcześnie, bo nie wytrzymał nerwowo więzień o nazwisku Salzberg. Jako jedyny w obozie miał tu syna. Salzberg junior na co dzień pracował w barakach SS jako sprzątacz. Nie wiadomo dokładnie, co przeskrobał, ale esesman „Kiwe” zamierzał go przykładnie ukarać. Suchomel twierdził, że chciał go zabić. Na szczęście celebrował ten moment za długo. Ojciec chłopaka, aby go powstrzymać, dał sygnał do rozpoczęcia walki. W ten sposób uratował syna, ale prawdopodobnie zaprzepaścił szansę na zatrzymanie pociągu. Możliwe jest również to, że Suchomel kłamał. Wszyscy esesmani w powojennych procesach kłamali jak z nut. „Lalka” zeznał na przykład, że przeczuwając wybuch walk, pojechał się kąpać w Bugu i zostawił w obozie swój służbowy pistolet. Żeby powstańcy, gdy już wpadną do jego pokoju, mieli więcej broni. Doprawdy rozczulające słowa.

Bo „Lalka” rzeczywiście wyjechał z obozu przed wybuchem powstania, tyle że zamiast kąpieli w rzece wybrał spotkanie z kochanką w Ostrowie. I wziął ze sobą pistolet służbowy.

Tak naprawdę falstart wyniknął z innego powodu. A w zasadzie z dwóch.

Zdenerwowani przywódcy wiedzieli już, że „Lalki” nie będzie i szansa, że zapłaci za zbrodnie, zmalała do zera. A przecież jego śmierć miała być jednym z głównych celów powstania, motywacją do działania dla wielu spiskowców. We wspomnianym planie to był punkt pierwszy! Ale oprócz niego powstańcy mieli się także rozprawić z „Aniołem Śmierci” ?– SS-Unterscharführerem Augustem Wilhelmem Mietem oraz Willim Mentzem, zwanym przez więźniów „Frankensteinem”. Tymczasem informacji o nich brak. Zatem wypadki mogły przyspieszyć, bo spiskowcy zaczęli się obawiać, że ci również gdzieś znikną? Tego nie wiadomo.

Wiadomo z kolei, co działo się z komendantem. O 15.57 Franz Stangl był już kompletnie pijany. Można powiedzieć: jak zawsze. Akurat tego dnia odwiedził go stary znajomy Greuer z jednostki własowców stacjonujących w Kosowie. Panowie imprezowali od rana, towarzyszył im inny esesman Willy Mätzig. Gdy zaczęła się strzelanina, Stangl miał nakazać kolegom, by zostali w środku, a sam ruszył do walki. To bzdury. W trakcie jego procesu okazało się, że nie był w stanie heroicznie bronić swego królestwa. Rzeczywiście wyszedł przed barak, ale zatoczył się z powrotem. Chyba właśnie dlatego przeżył.

Zgodnie z planem najwięcej szans, aby go wtedy dopaść, miał Leon Perelsztejn. To on miał ruszyć do budynków administracji i tam zlikwidować kierownika Otto Stadiego oraz jego sekretarza Messinga. Rzeczywiście tak zrobił, ale samego Stangla nie zauważył. Zresztą ?– jak się okazało ?– komendanta nie było na liście do likwidacji.

Ale to również, zdaje się, nie była główna przyczyna falstartu. Za przyczynę przyspieszenia większość świadków uznaje donos Kuby. Obozowy szpicel, starszy baraku drugiego, zauważył bowiem, że dwaj robotnicy weszli do środka i najzwyczajniej w świecie zaczęli się szykować do drogi. Wybierali się gdzieś? Kuba chyba coś przeczuwał, bo natychmiast powiadomił esesmana Kurta Küttnera, „Kiwego”. Ten wygonił ich przed barak i kazał opróżnić kieszenie. Gdy się okazało, że mieli pieniądze, zaczął okładać ich pejczem.

Nie wiedział jednak o najważniejszym. Kilku przywódców obozowego podziemia złożyło przecież przysięgę: już nigdy żaden Żyd nie zginie w Treblince. Perelsztejn twierdzi, że to on dał przez tylne okno znak do rozpoczęcia. I wtedy zaczął strzelać Salzberg.

Nie był to pierwszy akt zemsty dokonany na treblińskich oprawcach. A jednak właśnie ten strzał do „Kiwego” przeszedł do historii. Zapoczątkował lawinę działań, które część historyków uznała za najbardziej bohaterskie czyny na wszystkich frontach drugiej wojny światowej.

„Küttner zaczął uciekać do swego baraku po broń maszynową” ?– zeznał Perelsztejn.

I zaczyna się. Nie tylko walka. Zaczyna się gąszcz sprzecznych relacji. Okazuje się, że początek powstania każdy zapamiętał inaczej. Zdaniem Szymona Goldberga, „Kiwe” nie zdążył uciec i zabił go niejaki Waksman. A potem zabił też szpicla. To oni mieli być pierwszymi śmiertelnymi ofiarami powstania.

Prawdziwe zamieszanie wprowadza Oskar Strawczyński, a w ślad za nim Hershl Sperling[1]. Gdy przed barakiem zaczęło się bicie, ktoś pobiegł do garażu po pomoc. To właśnie wtedy szef „komitetu organizacyjnego” Galewski miał wyznaczyć boksera Wolowańczyka do zabicia pierwszego Niemca. I ten, uzbrojony, zrobił to. Bo miał to być czyn szczególny. Absolutnie honorowy, coś na kształt ry-tuału. Pierwszego świętego mordu!

Wolowańczyk, który miał go dokonać, rzeczywiście nadawał się do tej roli. Przyjechał do Treblinki jako jeden z ostatnich, stoczył z „Lalką” pseudopojedynek bokserski i odtąd żył już tylko żądzą zemsty. Zabicie pierwszego esesmana byłoby zatem jakąś symboliczną klamrą. Tyle że to również legenda.

„Kiwe”, jeśli w ogóle był postrzelony, to przeżył. Nigdy nie stanął przed sądem, zmarł w 1950 r. Przeżył także Franz Suchomel. A to on miał być kolejną ofiarą spiskowców. Tego dnia na rowerze objeżdżał stanowiska i zaglądał w każdą dziurę. Akurat nadjechał, gdy zrobiło się zbiegowisko.

„Widziałem na własne oczy, jak zginął Küttner i Suchomil, zastrzelony w oknie baraku. SS-owiec szef Strasebahn, którego nazwiska nie pamiętam, zginął z ręki pewnego szofera ?– więźnia. Jego zabójcę zastrzelił z kolei pewien Ukrainiec. Akcja trwała błyskawicznie”[2] ?– upierał się Perelsztejn. Czy pomylił się w wypadku tego trzeciego esesmana, nie wiadomo. Ale nie to jest w tym miejscu ważne.

Bo ani on, ani Rajchman czy Glazar nie mylili się co do jednego. „Niemcy zaczęli uciekać, Ukraińcy też. Zrobiła się panika, bo nie wiedzieli, skąd napad” ?– napisał Goldberg.

O godzinie 15.57 w Treblince wybuchło powstanie. Marzenia snute od wielu miesięcy się ziściły. Strzały natychmiast poderwały resztę spiskowców do działania. Jakby wszyscy czekali z palcami na cynglach. Kanonada rozpoczęła się w kilku miejscach naraz. Także granaty zaczęły wybuchać jeden po drugim, w niebo zaś buchnęły płomienie. Zapaliły się butelki z benzyną, a także oblane wcześniej płoty i baraki. Było przecież sucho i gorąco. Wystarczyła iskra.

(...)

„Josek i Herszek zdobyli karabiny. »Rewolucja! Koniec wojny!« ?– to hasło ma wywołać zamieszanie wśród wachmanów. »Hurra!« ?– brzmi to najpierw jak pojedynczy okrzyk, jakby z wahaniem. Dławi mnie w piersiach, ściska w gardle, zanim mogę wydobyć z siebie »hurra!«”.

I wtedy z setek gardeł wyrywa się okrzyk zwycięstwa. Żydzi biegną w różne strony i krzyczą.

Jak wspominał Glazar, ten entuzjazm wybuchł już w całym obozie. Gdy Czech uświadomił sobie, że zaskoczenie było totalne i falstart nie miał negatywnych konsekwencji, nad jego głową przeleciał granat i eksplodował przed ukraińskimi barakami. To wzmog-ło w nim tylko poczucie chaosu.

(...)

Właśnie: zadania. Do najtrudniejszych Wiernik zaliczył nakłonie-nie Ukraińców, by zeszli z wież. Powstańcy byli do tego przygotowani. Główna wieża stała tuż przy krematorium. „Gdyby oni z góry zaczęli miotać na nas kulami, nie uszlibyśmy żywi. Szalony pociąg mieli do złota i ciągle handlowali z Żydami. Gdy padł strzał, zbliżył się do wieży jeden z handlarzy i pokazał Ukraińcowi złotą monetę. Ten zupełnie zapomniał, że jest na posterunku, zostawił karabin maszynowy i zbiegł pędem z góry, ażeby skarb od Żydów wyłudzić”.

Gdy podbiegł do spiskowców, ci tylko na to czekali. Złapali go i wykończyli.

Rajchman darował sobie subtelny opis. „Leży na ziemi zarżnięty jak wieprz i krew z niego wycieka” ?– napisał. Jego broń szybko przejął Żelo. A wcześniej widłami i siekierą rozprawił się z jego kolegą. Rajgrodzki wyraźnie napisał także, że w tej pierwszej fazie padło zabitych dwóch esesmanów. Kto konkretnie, nie wiadomo.

„W naszym obozie szybko opanowaliśmy sytuację, wachman, który stał przy bramie i przed chwilą zaglądał do kuchni, leżał już martwy i nikomu nie przeszkadzał. Karabin i inne przedmioty, które posiadał, przydały się powstańcom. Nie zdążył już zamknąć bramy. Nikt już nie stawiał oporu”.

Ciekawą relację na temat unieszkodliwiania strażników na wieżach zostawił także Berek Rojzman. Z rozpiski zadań wynikało, że miał załatwić strażnika na wieży na wschodniej granicy obozu, blisko pól uprawnych. Tak się złożyło, że go znał. Ukrainiec nazywał się Mira.

„Był w szortach, opalał się. Kiedy usłyszał pierwsze strzały w dolnym obozie, zorientował się, że coś jest nie tak, i natychmiast zeskoczył z wieży. Podbiegłem do niego i krzyknąłem: ?– »Uciekaj, Mira, idą Ruscy«. Nie protestował, gdy wyjąłem mu z rąk karabin. »Uciekaj ?– powtórzyłem ?– ale zostaw karabin«”[4].

Po wykonaniu tego zadania Berek rzucił się do ucieczki.

Tymczasem okazuje się, że wybuch postania jest zaskoczeniem nie tylko dla oprawców. Niektórzy więźniowie również zachowują się tak, jakby o niczym nie wiedzieli. I teraz nie zamierzają uciekać. Są tacy, którzy na odgłos strzałów padają na ziemię, tam gdzie stali. Rajchman, który trochę ociągał się z wyjściem z baraku, napisał, że było wielu takich zagubionych i przerażonych. „Ja i jeszcze paru ludzi, wyganiamy ich na zewnątrz, krzycząc: »Koledzy, wychodźcie na wolność! Szybciej, szybciej!«. Udaje się. Wszyscy są już na zewnątrz”.

[1]  Israel Cymlich, Oskar Strawczyński, Escaping Hell in Treblinka, New York–Jerusalem 2007, s. 180; Mark S. Smith, Treblinka survivor, dz. cyt., s. 130.

[2]  Zeznanie Leona Perelsztejna (Leona Perelsteina) z dn. 9.03.1945, IPN GK 165/66/ 1, ŻIH 301/106.

[3]  Samuel Willenberg, Bunt w Treblince, dz. cyt., s. 107.

[4]  Gitta Sereny, W stronę ciemności. Rozmowy z komendantem Treblinki, przeł. Jan K. Milencki, Warszawa 2002, s. 211.

Na temat powstania w obozie Treblinka Agnieszka Lichnerowicz rozmawiała w audycji "Światopodgląd" z dr. Martyną Rusiniak-Karwat z Ośrodka Badań nad Totalitaryzmami im. Witolda Pileckiego oraz Instytutu Studiów Politycznych Polskiej Akademii Nauk.

Więcej o:

Dostęp Premium TOK FM

Serwis informacyjny