Stefan Leisering: Trip-hop zawsze był jednym z elementów brzmienia Jazzanovy

- Jeśli coś brzmi jak trip-hop, to w porządku. Dla mnie to po prostu Jazzanova - mówi Stefan Leisering. Berliński kolektyw 15 września wystąpi w warszawskiej Progresji.

 

Kamil Wróblewski: W jakim miejscu obecnie znajduje się Jazzanova jako formacja muzyczna?

Stefan Leisering: Czujemy się tak, jakbyśmy zaczynali nowy rozdział. Oczywiście zawsze jest pewna ciągłość, ale w ostatnich latach trochę się pozmieniało. Mamy inne projekty, inne zajęcia, mamy też nowe studio. Musieliśmy skupić się na pracy, by móc wrócić do studia, bo było tyle różnych innych zajęć. Ciągle powstają szkice nowych utworów, więc trzeba je było skończyć. Efektem jest nowa płyta. To nowe brzmienie, ale wymieszane z tym, co fani już znają z naszych płyt i czego – mam nadzieję – oczekują. Wracamy do koncertowania i mamy nadzieję na nieco większą aktywność w kolejnych miesiącach.

Na nową płytę musieliśmy czekać aż sześć lat. 

- A nawet dziesięć, bo "Funkhaus Studio Sessions" nie była całkiem nowym albumem studyjnym, a raczej płytą zarejestrowaną na żywo. To tak, że czasami, gdy człowiek bardzo się w coś angażuje, musi sobie w pewnym momencie powiedzieć „stop” i zając się innymi rzeczami. Z poprzednią płytą było podobnie, ale na pewno nie będziemy czekali z nagrywaniem kolejnego albumu dziesięć lat. Tyle mogę obiecać [śmiech].

Czy w takim razie wiadomo już coś o tej kolejnej płycie? Wiecie już, kiedy chcielibyście ją wydać? 

- Nie chciałbym teraz mówić o konkretnej dacie, żeby nie składać obietnic bez pokrycia. Może za dwa lub trzy lata, na pewno nie dziesięć. Myślę już o nowej muzyce, ale na razie muszę się skupiać na tej, którą właśnie wydaliśmy. Trzeba ruszyć z promocją płyty, pojechać w trasę. Poczekam jeszcze trochę, ale za jakiś czas wejdę do studia z nowymi szkicami utworów.

Kiedy rozpoczęliście prace nad płytą The Pool?

- Niemal codziennie jestem w studiu, ciągle coś robię, pracuję nad szkicami kompozycji, eksperymentuję z brzmieniem. Utwory z nowej płyty zaczęły powstawać jakieś osiem czy dziewięć lat temu, ale oczywiście przechodziły one duże zmiany. Zaczęło się od 60 czy 70 pomysłów – to naprawdę dużo. Ale tak na poważnie zaczęliśmy myśleć o tej płycie jakieś trzy lata temu, więc do tego czasu po prostu zbierałem pomysły, poszukiwałem nowych brzmień. Potem zaczęliśmy rozglądać się za wokalistami, z którymi moglibyśmy pracować. Prace stały się znacznie bardziej intensywne w ostatnich dwóch czy trzech latach.

 

Na płycie pojawia się wielu gości. Jaki wpływ mieli na kompozycje, w których występują? Przynosili swoje pomysły na te utwory, czy po prostu wchodzili do studia i dostawali od ciebie konkretne instrukcje? 

 - Nasze podejście jest takie, że chcemy, by goście mieli wpływ na to, w czym biorą udział, ale chcemy także pokazać im nasze podejście do tej muzyki. Najpierw powstaje wersja instrumentalna, w której staramy się pokazać ludziom, jak to wszystko będzie wyglądało. Ale nie są to gotowe produkty, bo gdy pojawia się wokalista, chcemy z nim współpracować, a czasem dokonujemy nawet jakichś zmian już po tym, jak skończy on swoją pracę. Weźmy na przykład utwór z Jamiem Cullumem. Słychać jego wpływ na ten numer, ale całość brzmi zupełnie inaczej niż jego solowa twórczość. To dla nas bardzo istotne. Chcemy, by ktoś taki jak Jamie Cullum odcisnął swoje piętno na kompozycji, żeby pokazał swoje emocje, ale też, żeby rozumiał, dokąd my chcemy zmierzać z danym utworem. Można powiedzieć, że spotykamy się gdzieś pośrodku drogi.

Czyli kompromis?

- Tak. Czasami odbywa się to w taki sposób, że np. Jamie Cullum coś nam wysyłał, my mówiliśmy mu, że to czy tamto nam się podoba, ale coś innego chcielibyśmy zmienić, więc wysyłał nam kolejne pomysły. To bardzo interesujący proces, choć najważniejsze jest oczywiście ostateczne spotkanie się w studiu nagraniowym i wspólne nagrywanie.

Czyli nagrywaliście razem czy jednak w niektórych przypadkach goście pracowali indywidualnie? 

- Jakieś 20 czy 30 procent utworów było nagrywanych zdalnie, bo nie było szans, żeby ściągnąć tych gości do nas. Tak było na przykład z Edwardem Vanzetem, który jest z Australii. Mamy też osobę z RPA, której też nie bylibyśmy w stanie ściągnąć do naszego studia. Ale jeśli tylko było to fizycznie możliwe, staraliśmy się sprowadzać naszych gości do nas, więc większość utworów powstała u nas. Niestety Jamie Cullum nie mógł do nas zajrzeć, więc nagrywał gdzieś w pokoju hotelowym [śmiech]. To taka ciekawostka.

Jak porównałbyś muzykę z The Pool do poprzednich płyt? Co się zmieniło? 

- Na samym początku, jeszcze przed nagraniem pierwszej płyty, byliśmy pod dużym wpływem brzmień latin jazz czy house. Robiliśmy dużo remiksów, nagrywaliśmy numery bez wokali. Już pierwsza płyta przyniosła spore zmiany, bo tam pojawiło się wiele wpływów z muzyki R&B i hip-hopu. Zainteresowałem się hip-hopem jeszcze w latach 90., więc te wpływy były obecne w naszej muzyce od samego początku, ale na 'In Between' stały się wyraźniejsze. Na kolejnej płycie "Of All The Things", skupiliśmy się bardziej na warstwie kompozytorskiej i aranżacyjnej. Korzystaliśmy z żywych instrumentów, zmienił się też format utworów. Nie robiliśmy już długich, ośmiominutowych kompozycji, a raczej bardziej piosenkowe rzeczy. Na nowym krążku staraliśmy się łączyć te dwa podejścia. Jest tu ponownie sporo wpływów muzyki elektronicznej, korzystamy z samplingu, ale też dużą wagę przywiązujemy do komponowania. Nie zależy nam na zwykłych utworach pop. Kompozycje muszą zawierać coś specjalnego, co nas wyróżnia. Być może usłyszysz na tym wydawnictwie, że nie chcemy zwyczajnych aranży – dużo eksperymentujemy na tym polu.

Moim zdaniem Rain Makes The River to utwór wręcz trip-hopowy. 

- Trip-hop zawsze był jednym z elementów brzmienia Jazzanovy. W naszych remiksach często posiłkujemy się sprawdzonymi już przez nas wcześniej patentami. Ta współpraca to dla nas nowość, bo to wokalistka folkowa ze Szkocji. Nie mieliśmy nigdy okazji pracować z kimś z tego muzycznego świata, więc to dla nas świeże doświadczenie. Nie myślimy o etykietkach. Jeśli coś brzmi jak trip-hop, to w porządku. Dla mnie to po prostu Jazzanova.

Jasne. Wróćmy do tematu koncertów. Czego możemy się spodziewać? 

- Koncertujemy od dziesięciu lat, byliśmy wielokrotnie w Warszawie czy w ogóle w Polsce, graliśmy w klubie Basen, ale także na festiwalu Jazz nad Odrą. Nasze wcześniejsze koncerty miały bardzo funkowy, żywy charakter. Teraz zawierają znacznie więcej elektroniki. Mamy na scenie dwóch wokalistów, nie tylko Paula Randolpha, bo także nasz gitarzysta David Lemaitre śpiewa w paru numerach. Zatem mamy szersze pole działania. Ale zamierzamy także grać trochę starszych kompozycji, które będą wymieszane z materiałem z nowej płyty.

Gracie w Warszawie 15 września, ale widzę, że kolejny występ macie zaplanowany dopiero trzy dni później. Zamierzacie zostać trochę dłużej? 

- Byłoby świetnie, ale obawiam się, że będziemy musieli wracać do Berlina, bo każdy dzień wypożyczenia autokaru to dla nas dodatkowy koszt. Wracamy następnego dnia rano. Będziemy mieli dwa dni przerwy i potem ruszamy na kolejny koncert. Mamy w zespole także rodziców, więc chcemy móc spędzać czas z naszymi rodzinami, kiedy wypada akurat przerwa między kolejnymi występami. Ale miałem już okazję spędzić trochę czasu w Warszawie i chętnie wróciłbym na nieco dłużej, choćby po to, żeby zajrzeć do sklepów płytowych. Zawsze tak robię. Niestety tym razem nie będzie to możliwe.

Zawsze jesteś mile widziany w Warszawie.

- I zawsze bardzo dobrze się tam czuję.

Ostatnie pytanie. Co powiesz o berlińskiej scenie muzycznej? Jak zmieniła się w ostatnich latach? 

- Gdy zaczynaliśmy, Berlin nie był raczej miastem nastawionym na muzykę soul czy jazz, choć oczywiście istniały też takie kluby. Jednak w większości z nich na początku lat 90. dominowały techno i house. Było też sporo rocka, punka, indie i muzyki elektronicznej. Teraz jest więcej muzyki niszowej. Przyjeżdżasz na weekend i możesz trafić w klubach na każdy rodzaj muzyki. Możesz zajrzeć na imprezę w klimatach funkowych, bawić się przy techno, house czy rave. Zjeżdżają tu ważni przedstawiciele wszystkich scen muzycznych, często zamieszkują tu na stałe. To niezwykle ekscytujące. Nigdy nie wiadomo, na kogo się trafi. Zawsze jest okazja z kimś pogadać, a nawet coś razem nagrać. Gdy tylko chcemy z kimś współpracować, sprawdzamy, kiedy będzie grał w Berlinie. Wtedy sprowadzenie takiego muzyka do naszego studia jest niezwykle łatwym zadaniem. To na pewno zupełnie inna sytuacja niż ponad 20 lat temu, gdy zaczynaliśmy. Z pewnością miasto jest obecnie gęściej zaludnione muzykami.

A czy będzie okazja widzieć cię na żywo jako DJ-a z jednym z twoich projektów pobocznych?

- Raczej nie. Teraz będę zajęty koncertami z Jazzanova, ale inni DJ-e z naszej grupy będą się pojawiać także w Berlinie ze swoimi setami DJ-skimi, więc zawsze jest szansa ich zobaczyć.

- rozmawiał Kamil Wróblewski

Więcej o:

Dostęp Premium TOK FM

Serwis informacyjny