Gaja Kuroń odchodzi, Jacek coś przeczuwa. "Czuję się tak, jakbym umierał, choć przecież nic mi nie dolega" [FRAGMENT KSIĄŻKI "JACEK"]

Promienna, piękna, roześmiana - taka była Gaja Kuroń, nawet wtedy, gdy jej płuca trawiła już śmiertelna choroba. Prawdę o tym, że umiera, znał tylko leczący ją Marek Edelman, który ukrywał to przed Jackiem.

Prenumerata cyfrowa TOK FM i Wyborcza.pl - pierwszy taki dwupak! Do kupienia prosto i wygodnie, a do tego 50% taniej.  Sprawdź szczegóły >>>

Poniżej publikujemy fragment książki "Jacek" autorstwa Anny Bikont i Heleny Łuczywo, wydanej przez Agorę oraz Wydawnictwo Czarne. Rozmowy z Anną Bikont słuchaj w piątek 16 listopada, po 21:20 w TOK FM.

Wszyscy, którzy latem i jesienią 1982 roku widywali Gajkę, pamiętają, że wyglądała wyjątkowo pięknie. Rumiana, uśmiechnięta, szczęśliwa, że wypuszczono ją z obozu internowania i będzie mogła wreszcie spotkać się z Jackiem. Nie widzieli się prawie pół roku. Byli dwadzieścia trzy lata po ślubie, ale nigdy wcześniej ich rozstanie nie trwało aż tak długo. Nawet kiedy Jacek odsiadywał wyroki, mieli przecież widzenia.

Na wolności planowała szybko zdrowieć. Marzyło jej się, by jak najszybciej przejąć obowiązki od Ewy, zacząć żyć w znanym sobie rytmie, wyznaczanym przez kolejne więzienia Jacka: przygotować paczkę, zanieść list do prokuratury, by szybciej doszedł, jechać na widzenie. Zdążyła przed śmiercią pojechać do Białołęki zaledwie cztery razy.

Telefonogram do Darłówka o udzieleniu Grażynie Kuroń przepustki w internowaniu na okres miesiąca nosił datę 29 maja 1982 roku (zaznaczono, że 1 czerwca ma się zameldować w Komendzie Stołecznej MO). - Miała tylko torbę podróżną i reklamówkę - mówiła Ewa Dobrowolska, która pojechała po siostrę. - Lekkie, bo większość rzeczy zostawiła dziewczynom z celi. Dzień był ciepły, do stacji blisko. Skwapliwie się zgodziła, żebym niosła jej bagaż. Wlokła się z wysiłkiem, krok za krokiem.

Gaja prawie całą drogę w pociągu przespała. Gdy dotarły na Mickiewicza, od razu się położyła. - Pojechałam do siebie i wróciłam z Filonkiem, jej ukochanym jamnikiem - ciągnęła Ewa. - Poprosiła, by go zabrać, bo nie da rady się nim zająć.

Anna Dodziuk odwiedziła Gajkę 2 czerwca, akurat jak ta wybierała się na widzenie z Jackiem. - Wyglądała jak uskrzydlona - wspominała. - Cała jaśniała. Z taką twarzą dziewczyny idą do ślubu. Jacek opowiadał: - Tęskniłem okrutnie, jej listy nie dochodziły, aż tu na początku lata przyjechała do mnie we własnej osobie. Piękna, pełna życia.

- Wiedziałem, że mama chorowała, ale nie przyszło mi do głowy, że ma przed sobą niecałe pół roku życia. Wyglądała kwitnąco i to nas wszystkich zmyliło - mówił Maciek, wspominając widzenie z Gajką w Białołęce.

9 czerwca wsiadła - tylko z torebką na ramieniu - w pociąg do Ło

dzi, żeby pojechać do doktora Marka Edelmana, który chciał ją zbadać. Na wszelki wypadek wzięła szczoteczkę do zębów, choć uważała, że wieczorem będzie z powrotem. Edelman prosto z dworca zawiózł ją na konsylium do kliniki ginekologicznej. Usłyszała, że operacja nie jest jeszcze konieczna, wystarczy leczenie hormonalne.

"Już, już byłoby dobrze, gdyby nie Edelman - pisała do Maćka. - W drodze na elegancki obiad na moją cześć usłyszał, że kaszlę. Zawrócił pod swój szpital i zarządził prześwietlenie. Pewna swego dowcipkowałam z Teresą [Bogucką], która tu leży u niego od trzech tygodni, kiedy z kliszą wpadła lekarka, mówiąc: »Chyba popsute zdjęcie, bo to niemożliwe«. Zdjęcia powtórzyli, ale żadne nie chciało być lepsze. Mam obustronne zapalenie płuc z naciekami, zrostami na całej powierzchni na tle jeszcze nieustalonym. To znaczy gruźlica albo wirus".

Jacek wiedział, że Gajka ma mieć jakiś drobny zabieg, ale niepokoił go brak odzewu na słaną wszelkimi możliwymi kanałami wiadomość, że jest zgoda na dodatkowe widzenie ("Czekam i zbiera mi się na płacz. Popatrz, jak jednak boli szczęście"). Na wiadomości od Gajki musiał jeszcze poczekać, bo przez pierwszy tydzień leczenia nie miała siły utrzymać długopisu w ręku. W pierwszym liście do Jacka tłumaczyła, że oczywiście biegłaby do niego na dodatkowe widzenie, gdyby nie to, że "prątki Kocha albo inne niezidentyfikowane jeszcze wirusy zastawiły drogi, barykady, zasieki" i że zapakowano ją do szpitalnego łóżka bez pytania, bo uznano, że "jeszcze jeden krok, a wywalą mi dziury i skończę jak Waryński".

Ewa Dobrowolska: - Zaraz po tych zdjęciach Edelman powiedział mi, że dla Gajki nie ma ratunku, że ona umrze. Razem ukrywaliśmy to przed nią i przed Jackiem.

Marek Edelman: - Pamiętam zebranie, dosłownie parę dni przed stanem wojennym, na którym powoływano Kluby Rzeczypospolitej Samorządnej. Na sali półmrok, obok mnie Gaja, cała w rumieńcach. Pytam, co jej jest, mówi, że przeziębiona. Już wtedy poczułem niepokój. Gdy pół roku później zobaczyłem jej rentgen, wiedziałem, że to śmiertelna choroba: zwłóknienie płuc. Musiała już wtedy ją podżerać, stąd ten odczyn skórny. 

Nie przypadkiem Gajka wybrała właśnie Edelmana. Opozycjoniści pielgrzymowali do niego ze swoimi chorobami już od czasów korowskich. Załatwiał leki, badania, specjalistów, konsultacje. Najczęściej kładł ich u siebie, w szpitalu imienia Pirogowa, na oddziale intensywnej opieki medycznej. Jeśli nie było miejsc - stawiał łóżko na korytarzu. Kuroń mawiał, że w "szpitalu antyrządowym" u Edelmana opozycjoniści mają lepszą opiekę niż komunistyczni prominenci w swojej klinice rządowej w Warszawie (…).

Doktor Edelman był fantastycznym diagnostą, zapalenie płuc rozpoznawał, przykładając ucho do klatki piersiowej. Czasem wystarczało mu wysłuchać kaszlu. Tak jak w wypadku Gajki.

Marek Edelman: - Z Kuroniem współpracowałem od początku Komitetu i to nie było łatwe. Z Gajką zbliżyliśmy się w ten sposób, że za każdym razem, jak Jacek robił mi awanturę, u niego była to rzecz zwyczajna, nie był najlepiej wychowany, a często ponosił go temperament, ona dzwoniła do mnie i przepraszała za niego.

Edelman nie wypuścił już Gajki ze szpitala. Alina Margolis-Edelman, też lekarka, opowiadała nam, że jej męża najbardziej interesowali pacjenci stojący jedną nogą w grobie i że zawsze miał duszę wojownika oraz pasję do wymyślania nowych sposobów walki z chorobami.

Tego pierwszego dnia nie odstępował łóżka Gajki do późna. Z kroplówki sączyło się do jej żyły trzydzieści milionów jednostek penicyliny. Potem każdy kolejny dzień w jej relacji wyglądał tak: piąta rano - zastrzyk ze streptomycyny w tyłek; dziesiąta - zastrzyk z gentamycyny w brzuch; jedenasta - kroplówka z penicyliny (dwudziestosiedmiokrotność zastrzyku - dodawała); dwudziesta druga - znów zastrzyk w brzuch i w tyłek.

"Teraz rozumiem, że ta słabość, z którą walczyłam i której nie mogłam zaakceptować - pisała do Jacka w liście ze szpitala - to było choróbsko, którego tamtejszy lekarz nie leczył, bo nie raczył wziąć słuchawek do ręki, mimo że sama mu mówiłam, że czuję się jak podczas zapalenia płuc […]. Jedno jest pewne, na to się nie umiera, więc się nie zamartwiaj. Przyjmij, że Marek jest geniuszem w te klocki i wyciągnie mnie w jak najlepszym stylu".

"Ręce i nogi mam sine, wyglądam jak ofiara żołdackiej swawoli - pisała tego dnia do syna. - Nie mam czasu ani siły na pisanie, bo kroplówkę wbijają do żyły prawej ręki. I wszystko po to, żeby nie wyskoczyły mi dziury w płucach, których do końca życie można by nie zalepić".

List do Maćka przyszedł pierwszy, w Białołęce była komunikacja między celami, więc zaraz przesłał go ojcu. "Dostałem list, który napisałaś do Maćka - wspaniały - reaguje Jacek. - Tryskający pogodą, a przecież pisany spod kroplówki. […] Po przeczytaniu tego listu dostałem ataku zazdrości, że napisałaś do Maćka, a nie do mnie. Mówię sobie - przestań ciężki kretynie - pewnie nie miała siły, żeby napisać dwa listy, no ale sobie myślę, że trzeba było do tego listu wpisać choć słowo do mnie […] i że ten list jest taki, jakby mnie w ogóle na świecie nie było. Widzisz, jaki jestem ogłupiały czy może raczej małostkowy, zawistny […]. Wstydzę się jeszcze bardziej".

List ten potwierdza to, co Maciek, już jako dorosły człowiek i ojciec czwórki dzieci, mówił Annie Bikont i Joannie Szczęsnej z goryczą o swoich stosunkach z rodzicami: stanowili tak silny związek, że Jacek chciał mieć wyłączność na Gaję, on tylko przeszkadzał. Jacek Kuroń pisał w tym samym grypsie: "Jesteś tak wspaniała, dzielna, niesamowita, że to w ogóle niemożliwe. Takiego zwierzęcia nie ma. I pomyśleć, że ja przez cały czas pisałem do Ciebie pouczenia i dydaktyczne gawędy o tym, że musisz być dzielna. Tymczasem Ty żyłaś z obustronnym zapaleniem płuc i opiekowałaś się setką bab. No, niesamowite i tylko mi wstyd, strasznie wstyd - przepraszam".

Kuroń wielokrotnie wspominał, jak zaczął w nim z godziny na godzinę narastać strach. Choć zawsze dobrze układał sobie stosunki ze współwięźniami, tym razem - sam przyznawał - stał się nie do wytrzymania: napięty, wybuchowy, drażliwy. Któregoś dnia Janek Kelus, kolega z czasów korowskich, spytał, co się z nim dzieje.

- Powiedziałem, że nie mogę znieść niepewności, co z Gajką, że boję się, że to rak, że moja mama umarła na raka, że nasza przyjaciółka Wanda Marchlewska długo umierała na raka - opowiadał Jacek. - I że ja zawsze wiedziałem, kiedy Gajka cierpi. Tak było, kiedy rodziła, a ja się wtedy zwijałem w domu w bólach, które ustąpiły w momencie narodzin Maciusia. A teraz czuję się tak, jakbym umierał, choć przecież nic mi nie dolega.

Kelus obiecał, że kiedy go zwolnią, pojedzie do Łodzi wszystkiego się wywiedzieć. Przekazał, że nie ma podejrzenia raka. Edelman zaś przesłał Jackowi gryps.

Marek Edelman: - Uważałem wtedy, że mam dwoje pacjentów, Gajkę chorą na płuca i Jacka chorego na więzienie. Odpisałem, że jest ciężko chora, ale nigdzie nie będzie leczona lepiej niż w Polsce. Nie mogłem powiedzieć prawdy wprost. On zresztą chyba i tak nie byłby w stanie jej przyjąć. 

W następnym liście Gajka skarżyła się, że kuracja jest tak zmasowana, że wciąż śpi i całkiem straciła odporność: ma odczyny alergiczne po lekach, swędzi ją, puchnie, drętwieje, wymiotuje. "W tym wszystkim Marek jako archanioł wcale nie cukierkowy, ale dobry aż do bólu, do głębokiego poczucia winy, że taka bym nie była, nie chciałabym być, nie stać mnie na taki gest. Jezu, jak on się martwi każdym drobiazgiem, z jaką łatwością odwołuje, wycofuje się ze wszystkiego, w co uwikłany, żeby posiedzieć, pomóc, kupić, przynieść, zrobić przyjemność. Cały personel jest tym zarażony i dlatego nie jest to szpital, ale niebo […]. Podejrzewam, że kiedy już będę poza jakimkolwiek zagrożeniem, dopiero wtedy Marek powie, czego się obawiał. A że się obawiał, tego nie umiał ukryć. Był taki wieczór, kiedy we mnie wbijał kolejny zastrzyk, a w siebie kolejny kieliszek, bo bał się iść do domu. […] Najmilszy mój, tak bardzo proszę, bądź spokojny o mnie. Najgorsze mamy poza sobą, teraz tylko muszę się wylizać, a potem wrócić do dobrej formy. Zadowolona jestem z siebie - mimo wszystko - bo przez te miesiące, gdy choroba we mnie narastała, nikomu - poza Tobą jednym, jedynym - nie przyznawałam się do słabości. Do końca biegałam za człowieka bez nerwów, serca, ducha".(…)

Pierwsza wersja głosiła, że Gajka ma gruźlicę. Ona sama zdawała się w nią wierzyć, a Edelman umiejętnie podsycał tę wiarę, karmiąc ją mieszaniną faktów, półprawd i kłamstw. (…) Cała historia z rzekomym ukrywaniem gruźlicy przed Jackiem odegrała rolę zasłony dymnej, która miała odwrócić uwagę Gajki od prawdziwego zagrożenia. Teresa Bogucka, która tego lata też leżała w "szpitalu antyrządowym", zapamiętała, jak Edelman powiedział Gajce, że jej choroba jest rzadka i zwykle źle się kończy.

- Ona się śmiała, że przejdzie do historii jako rzadki przypadek. W ogóle w szpitalu Gaja była może nawet piękniejsza niż zwykle i bardzo radosna. W jej pokoju panował rozbawiony nastrój, cały czas się śmiałyśmy, ja, ona, goście. Przynajmniej na początku.

- Mimo płynących zewsząd uspokajających komunikatów, Jacek coś przeczuwał - opowiadała Ewa Dobrowolska. - Dlatego deklarował, że gotów jest jechać z nią za granicę na leczenie, że zrobi wszystko, by ją ratować. Ale ona nie chciała.

Książka "Jacek" dostępna jest w formie ebooka w Publio.pl >>

"Z walką", "Z wolnością", "Z zupą!". Z czym dziś kojarzy się nam Jacek Kuroń? [SONDA]

Więcej o:

Dostęp Premium TOK FM

Komentarze (43)
"Jacek" Anny Bikont i Heleny Łuczywo. Fragment książki
Zaloguj się
  • grzywacz48

    Oceniono 7 razy 5

    pamietam jak przyjechał do naszego zakładu Foton na Wolskiej zakładac wolne związki zawodowe i ten entuzjazm którym zarażał wolnośc i niezaleznośc w nas rosły na fali odwilzy.... bez takich ludzi w tamtych komunistycznych czasach nie było by wolnej ojczyzny,docenmy to wszyscy wyprowadzenie wojsk radzieckich z Polski to tez zasługa nie tylko Wałęsy czy Jelcyna ale tez Kuronia poniekąd

  • sepia1111

    Oceniono 14 razy 4

    Pamietam pogrzeb. Były tłumy . Przez całą droge do grobu ludzie wyciagali rece, żeby dotknąc trumny. I krzyki kobiet: nie ma Jacka, nie puscili Jacka. A on był, ale nie w kosciele tylko nad grobem. Tam go doprowadzili.

  • flyer

    Oceniono 2 razy 2

    No i nie przyłożyliście się. Na wp.pl temat został lepiej opisany według chyba z tej samej książki - nie żadne zwłóknienie, ale nieleczone zapalenie płuc i zanik płuc. Inna sprawa, że z tekstu na wp.pl wynika, że "bakteria Klebsiella pożerała jej płuca. Zanim Edelman nabrał pewności, że powodem fatalnego stanu płuc Gai jest Klebsiella, wykonywał jej dziesiątki rozmazów" I to pokazuje pewien problem istniejący do dzisiaj w medycynie:
    1. jednorazowy posiew/wymaz jest niekoniecznie prawdziwy - mam praktykę w robieniu kilkukrotnych posiewów, w których za każdym razem wychodzi inna bakteria albo ta sama bakteria czuła na różne terapie. ;>
    2. posiew niekoniecznie musi cokolwiek diagnozować, bo BYĆ MOŻE Edelman zdiagnozował bakterię żywiąca się martwą tkanka płucną, a nie przyczynę [patrz np. zapalenie płuc "z zimna"];
    3. Żaden antybiotyk przyjmowany doustnie nie zapobiegnie rozwojowi takiej bakterii, bo nie ma ona kontaktu z krwią i tworzy w spółce biofilmy, ale z martwą tkanką - jedynie terapia wziewna może coś tutaj pomóc, ale pojawia się oszczywisty problem - "co zrobić z martwą tkanką płucną" - jedyne lekartstw - "wyciąć".
    4. I to jest oszczywisty Błąd Lekarski - nie zostały wycięte płaty płuc, które na RTG "znikły", ale nadal były rezerwuarem bakterii.

  • Tds Sbl

    Oceniono 1 raz 1

    Ten przemocowiec (nie tylko bójki z ojcem wg pamiętników) i alkoholik, "kochał" ją prawie jak partię komunistyczną antypolską - do czego sam się przyznał na piśmie w paru miejscach. Taki degenerat

  • Tds Sbl

    Oceniono 1 raz 1

    dlaczego skrajne komuchy były aż takie antypolskie, że nawet sobie kochanki i żony dobierały zwykle z żydówek, których przecież było o niebo mniej od polek

  • Tds Sbl

    Oceniono 1 raz 1

    Ten przemocowiec (nie tylko bójki z ojcem) i alkoholik "kochał" ją prawie jak partię komunistyczną - do czego sam się przyznał na piśmie w paru miejscach. Taki degenerat

  • sierrapapa

    Oceniono 3 razy 1

    Grażynie : St. Barańczak

    Pamiętać o papierosach. Żeby zawsze były pod ręką,
    gotowe do wsunięcia w kieszeń, gdy znowu go zabierają.

    Znać na pamięć przepisy dotyczące paczek i widzeń.
    Sztukę zmuszania mięśni twarzy do uśmiechu.

    Jednym chłodnym spojrzeniem gasić wrzask policjanta,
    zaparzać spokojnie herbatę, gdy oni bebeszą szuflady.

    Z obozu albo szpitala słać listy, że wszystko w porządku.

    Tyle umiejętności, taka perfekcja. Mówię poważnie.
    Chociażby po to, aby się nie zmarnowały,
    nagrodą za to wszystko powinna być nieśmiertelność,
    a już co najmniej jej wybrakowana wersja, życie.

    Śmierć. Nie, to niepoważne, nie przyjmuję tego do wiadomości.
    Z iloma trudniejszymi sprawami dawałaś sobie radę.
    Jeżeli kogoś podziwiałem, to właśnie ciebie.
    Jeśli co było trwałe, to właśnie ten podziw.
    Ile razy chciałem ci powiedzieć. Nie było jak.
    Wstydziłem się luk w słownictwie i mikrofonu w ścianie.
    Teraz słyszę, że za późno. Nie, nie wierzę.

    To przecież tylko nicość. Jakże takie nic
    ma stanąć między nami. Na złość, na zawsze zapiszę
    tę kreskę na tęczówce, zmarszczkę w kącie ust.
    Zgoda, wiem, nie odpowiesz na moją ostatnią pocztówkę.

    Ale będę za to winić coś rzeczywistego,
    listonosza, katastrofę lotniczą, cenzurę,
    nie nieistnienie, które, zgódź się, nie istnieje.

    XI-XII 1982

    Nie ma już Stanisława Barańczaka, nie ma chwil zdystansowanej refleksji.
    Pod sztandarami Jedynie Słusznej Słuszności z zapałem okładamy się po gębach.
    I tyle.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX