Społeczeństwo krzywo patrzyło na kobiety w fabrykach. Postulowano poddanie ich przymusowym badaniom lekarskim [FRAGMENT KSIĄŻKI]

"Kobiety wstawały o czwartej rano, od piątej stawały przy maszynach. Pracowały dwanaście lub czternaście godzin na dobę z półgodzinną przerwą na śniadanie i godzinną na obiad, sześć dni w tygodniu, w sobotę czasem krócej..." - tak o pracownicach fabryk w Królestwie Polskim pisze dr Alicja Urbanik-Kopeć w książce "Anioł w domu, mrówka w fabryce".

Ale wyczerpująca praca przez kilkanaście godzin dziennie nie była jedynym ciężarem robotnic. Jako kobiety pracujące poza domem, a do tego członkinie niższej klasy społecznej, były cały czas na cenzurowanym. Na jednej szali była ich reputacja, a na drugiej to, czy będą mogły wyżywić siebie i rodzinę. Politycy i lekarze pochylali się nad kobietami z klasy robotniczej z nieskrywanym protekcjonalizmem i rozprawiali o ich rzekomym pociągu do prostytucji. Poniżej publikujemy fragment książki dr Alicji Urbaniak-Kopeć "Anioł w domu, mrówka w fabryce", wydanej przez Krytykę Polityczną.

W 1897 roku władze rosyjskie zarządziły przeprowadzenie spisu powszechnego, z którego wynikało, że na 160 tysięcy robotników zatrudnionych w Królestwie Polskim 40 tysięcy to kobiety. Szczególnie wybijał się przemysł włókienniczy, gdzie zatrudniano około 75 tysięcy ludzi, prawie połowę wszystkich pracujących w przemyśle. 30 tysięcy z nich, około 40 proc., stanowiły kobiety. W niektórych miejscach, jak w Żyrardowie, Łodzi czy Warszawie, w fabrykach bywało więcej robotnic niż robotników.

Kobiety nie pojawiały się w fabryce z powietrza. Miały rodziny i dzieci. Wśród tych
pracujących w fabrykach włókienniczych jedną czwartą stanowiły mężatki, ale 67 proc. wszystkich kobiet określano mianem "członków rodzin", co oznacza, że pracowały wraz ze swoimi dziećmi, rodzeństwem lub rodzicami. Około 7 proc. kobiet pracujących w fabrykach włókienniczych było głowami rodzin, co oznaczało, że jedynie od ich pracy zależał los dzieci, rodzeństwa czy rodziców, których miały na utrzymaniu. A ludzi tych potrafiło być prawdziwe mrowie. Wśród zatrudnionych w przemyśle włókienniczym około 30 proc. stanowiły rodziny z przynajmniej sześciorgiem dzieci.

(...) Temat pracy kobiet budził wówczas wiele kontrowersji, a kobiety rezygnujące ze swoich przywilejów społecznych (czyli uświęconej pozycji matki i posłusznej żony) na rzecz pracy w fabryce były łatwym celem ostracyzmu. Fabrykanci bez trudu manipulowali robotnicami, wykorzystując nastroje społeczne. Wyzysk w fabrykach uzasadniał fakt, że poza fabryką również nie cieszyły się szacunkiem społecznym.

Emancypacja robotnic mogłaby zmusić fabrykantów do podniesienia im pensji i poprawy warunków ich pracy, co było ekonomicznie nieopłacalne, tym bardziej że oznaczałoby to konieczność analogicznych działań wobec robotników. Przeniesienie patriarchalnej organizacji społecznej do fabryki, gdzie jednolitą rzeszę robotników różnicuje się przede wszystkim płciowo, umożliwiło traktowanie robotnic w taki sam sposób, w jaki traktowało się kobiety w społeczeństwie w XIX wieku, czyli jak osoby z definicji podległe i zależne, nieponoszące żadnej odpowiedzialności prawnej ani finansowej, o mniejszych zdolnościach umysłowych i fizycznych.

Patriarchalne idee zastosowane w fabryce wprowadzały do organizacji pracy nowe zasady, niekorzystne dla kobiet, a korzystne dla mężczyzn, szczególnie zaś dla fabrykantów. Z drugiej strony społeczeństwo również nie było gotowe na emancypację robotnic, ponieważ oznaczałoby to, że kobieta może czerpać poczucie własnej wartości z satysfakcjonującej pracy, a nie z bycia matką i żoną. Ówczesny dyskurs emancypacyjny zapewniał przecież, że edukacja, prawo głosu i zrównanie sytuacji prawnej obu płci nie sprawią w żadnym wypadku, że kobieta przestanie być odpowiedzialną gospodynią domową.

Można było oczekiwać, że zaznajomione dokładnie ze społecznymi oczekiwaniami, świadome swojej pozycji społecznej ziemianki czy przedstawicielki postziemiańskiej inteligencji będą dążyły do emancypacji, zachowując jednocześnie swoją rolę kulturową i "naturalne cechy" kobiety, takie jak empatia, miłosierdzie, instynkt macierzyński, domowość.

Emancypacja robotnic była nie na rękę zarówno właścicielom fabryk, jak i twórcom
nowego, chwiejnego jeszcze obrazu kobiety wyemancypowanej. To właśnie kobieta z klasy robotniczej, niewykształcona, dla której praca była koniecznością, a spełnianie społecznych oczekiwań luksusem, mogła stanowić większe zagrożenie dla porządku patriarchalnego niż kobieta z klasy wyższej, choć zapewne w sposób dużo mniej świadomy.

(...) Praca robotnic ze swojej natury wiodła je daleko od domu, do fabryki. Przemierzały same ulice miasta, znikając za bramą obcej instytucji, gdzie nikt z rodziny nie mógł ich kontrolować. By udowodnić swoją moralność, stawały przed podwójnie trudnym zadaniem. Aby stać się podmiotem emancypacji, musiały najpierw zostać uznane za godne tego procesu również pod względem moralnym.

Kobieta skompromitowana, wyrażając pragnienia emancypacyjne, nie tylko nie mogła liczyć na zrozumienie czy posłuch, ale swoją złą opinią rzucała cień na cały ruch emancypacyjny. Jeśli robotnice miały zjednać sobie opinię publiczną, to oprócz uznania dla wartości swojej pracy musiały również wywalczyć uznanie dla własnej wartości jako kobiet zasługujących na szacunek. To drugie zadanie było jednak równie trudne, a może nawet trudniejsze niż pierwsze.

Opinia publiczna i jarmarczna wrzawa

(...) O nieprzystawalności przestarzałych zasad moralnych do czasów po rewolucji
przemysłowej pisały publicystki feministyczne. Szczególnie często na ten temat wypowiadała się Izabela Moszczeńska, działaczka społeczna i emancypantka młodszego pokolenia.

(...) Moszczeńska zwracała w obu tekstach uwagę na arbitralność zasad, którymi rządzi się "opinia publiczna", tak bezlitosna wobec kobiet. Kiedy kobieta uzyska choć trochę
niezależności – a więc pójdzie do pracy, zetknie się z ludźmi z innych klas społecznych i przejdzie "rozmaite zmiany kolei życiowych" – wówczas szybko zauważy, że moralne oceny innych to nie odzwierciedlenie jakichś uświęconych, jednolitych zasad zapisanych na przykład w Dekalogu, ale "jarmarczna wrzawa".

Opinia publiczna nie jest tak niezależnym i sprawiedliwym sędzią, jak każe się myśleć kobietom wychowywanym tradycyjnie: "znęca się głównie nad bezbronnymi, a niezmiernie ostrożnie poczyna sobie z tymi, którzy mają jakąkolwiek władzę w ręku". Moszczeńska odnosi to stwierdzenie głównie do niesprawiedliwej różnicy w ocenie kobiet i mężczyzn w ogóle, można jednak uznać, że przedstawicielki klasy robotniczej narażone są na podwójnie bezlitosną ocenę – jako kobiety i jako osoby pozbawione władzy i pieniędzy. Podobne poglądy prezentowała Zofia Daszyńska-Golińska. 

Skłonności do nierządu

(...) Szeroka, jak na ówczesne standardy, swoboda w zachowaniu robotnic, połączona z ich bardzo niskimi zarobkami budziła w opinii publicznej podejrzenia, czy na pewno dobrze się prowadzą. Fakt, że kobieta utrzymuje się sama, często mieszka sama lub z nieznajomymi, a także nie ma nad sobą władzy rodzicielskiej ani mężowskiej, stanowił już wystarczający powód, by sądzić, że równie swobodnie dysponuje swoim ciałem. Nie bez znaczenia było też przekonanie, że klasa robotnicza jako całość jest niedostatecznie ukształtowana moralnie, czego dowodem chociażby język poradnika Forstera, w którym, jak pamiętamy, robotników porównywano do bydła.

Nawet Daszyńska-Golińska, tak uwrażliwiona na kwestie robotnicze i emancypacyjne, zdawała się zakładać, że robotnice są bardziej niż kobiety z klasy wyższej skłonne do nierządu. W dyskusjach prasowych często pojawiał się również motyw "wrodzonej
skłonności do prostytucji", która miałaby cechować niektóre kobiety. Osoby te, niezależnie od uwarunkowań społecznych i materialnych, miałyby odczuwać specjalny pociąg do nierządu.

Stara szermierka w szrankach syfilitycznych


W drugiej połowie XIX wieku choroby weneryczne stanowiły autentyczne zagrożenie
epidemiologiczne w dużych miastach Królestwa Polskiego. Liczba chorych leczonych w
specjalistycznym szpitalu św. Łazarza w Warszawie rosła systematycznie od początku lat trzydziestych, w połowie wieku sięgając około pięciu tysięcy pacjentów rocznie. Nie znano dokładnie sposobu przenoszenia się chorób, nie wiedziano, że kiłę można przechodzić w sposób bezobjawowy.

Salwarsan, pierwszy lek przed penicyliną, który działał nie tylko na objawy, ale również niszczył powodujące kiłę bakterie krętka bladego, zaczęto stosować dopiero na początku XX wieku. Gdy dodać do tego, że rzeżączka i syfilis były chorobami kojarzonymi z nierządem i rozpustą, a rzeczywistym obawom towarzyszyło paniczne wzmożenie moralne, trudno się dziwić, że w powszechnym przekonaniu choroby weneryczne stanowiły zagrożenie numer jeden.

Niemoralne kobiety z klasy robotniczej

To dlatego też w dyskusji na temat prostytucji robotnic duże znaczenie miały działania
zmierzające do powstrzymania epidemii chorób wenerycznych, szczególnie syfilisu.
Środowiska lekarskie oraz władze rosyjskie postulowały wprowadzenie przymusowych badań okresowych dla prostytutek. Ponieważ część z nich była rejestrowana przez policję, wiedziano, gdzie i do kogo udać się z odpowiednim nakazem. Zdawano sobie też sprawę, że w pewne środowiska cechuje podwyższony stopień ryzyka chorób wenerycznych, związany bądź z okolicznościowym uprawianiem nierządu, bądź z korzystaniem z usług prostytutek.

Na kluczowe pytanie, jak wytypować te "pewne środowiska", odpowiedziano, mieszając
argumenty pragmatyczne z obiegowymi opiniami i uprzedzeniami klasowymi. I tak
postulowano, by okresowe badania lekarskie prowadzić wśród żołnierzy oraz wśród mężczyzn i kobiet (ale przede wszystkim kobiet) pracujących w zawodach nisko płatnych, a więc między innymi służących i robotnic.

Taka decyzja nie powinna dziwić: na początku wieku co piąty mieszkaniec Warszawy
był pruskim wojskowym, a wraz z napływem kolejnych żołnierzy notowano wyraźny wzrost zachorowań. Jeśli zaś chodzi o służące i robotnice, rozumowanie przebiegało następująco: kiła bierze się z częstych stosunków pozamałżeńskich, a te utrzymują kobiety niemoralne. Niemoralna zaś jest klasa robotnicza, a więc to proletariuszki trzeba poddać szczególnej kontroli.

Prenumerata cyfrowa TOK FM i Wyborcza.pl - pierwszy taki dwupak! Do kupienia prosto i wygodnie, a do tego 50% taniej. Sprawdź szczegóły >>>

Alicja Urbanik-Kopeć 'Anioł w domu, mrówka w fabryce' (okładka książki)Alicja Urbanik-Kopeć 'Anioł w domu, mrówka w fabryce' (okładka książki) mat. wyd.

Więcej o:

Serwis informacyjny

Komentarze (24)
Alicja Urbanik-Kopeć: książka "Anioł w domu, mrówka w fabryce". Fragment w TOK FM
Zaloguj się
  • fielmon

    Oceniono 7 razy 5

    W moim miescie też była fabryka sztucznego jedwabiu. Moja śp Matka pracowała przy przewijaniu tego jedwabiu, Ojciec przy produkcji tego jedwabiu z wiskozy. To była katorga dla obojga. jak ktoś spomina te piekne czasy to tylko powiem, że z oddali wszstko blękitnie. Oni nie mieli czasu usiąść żeby zjeść kawałek chleba, wszystko w biegu. Za odpadki, które przy przewijaniu powstawały, nie z winy włokniarki miały potrącane wynagrodzenia i co się nasłuchały. Wieli szacunek dla tych kobiet, dobrze że ktoś to opisał.

  • kaczkowski12

    Oceniono 7 razy 3

    Polecam ten artykuł wszystkim wyznawcom pislamu i ubolewam nad niemal niezauwazoną
    100-letnią rocznicą nabycia praw wyborczych kobiet.

  • Mr. X

    Oceniono 4 razy 2

    @Krzys Wróblowice

    Polscy fabrykanci również potrafili dać w kość.
    Powiem więcej.
    Już po 1989 roku również potrafili traktować podwładnych z poniżeniem.
    Część z nich wynikała z ich charakteru inni z tytułu awansu ale mentalnie nie byli przygotowani do .... władzy służbowej.
    Nie nadają się aby mieli podwładnych wynikających ze stanowiska pracy.
    Aby była jasność.
    Nie piszę o wszystkich. Byli i są też dobrzy pracodawcy.

  • podobny_do_nikogo

    Oceniono 3 razy 1

    Moja babcia, która urodziła siedmioro dzieci (dwoje zmarło po porodach), po nagłej śmierci dziadka, musiała iść do pracy do fabryki w Łodzi. Miała 43 lata, był 1948 rok i była to jej pierwsza praca od chwili gdy urodziła pierwsze dziecko. Fabryka nici przy ulicy Niciarnianej to nie był łatwy kawałek chleba, babcia wracała z pracy umordowana. W 1955 roku poszła na emeryturę, zajęła się wychowywaniem mnie. Umarła na serce, była przeciążona trudnym życiem, wojnami, w Łodzi były takich kobiet na przestrzeni lat - dziesiątki, może nawet setki tysięcy. W chusteczkach na głowie i w ortalionowych płaszczach budowały PRL. Nic od tego państwa nie dostała.

  • mcguirre

    Oceniono 3 razy 1

    No i po 1989 roku nowe władze zrobiły z tym porządek. Praktycznie z dnia na dzień przemysl włókienniczy przestał istnieć. Pies z kulawą nogą się tym interesował. Solidarność milczała bo włókniaki i wlokniarze nie mieli takiej siły przebicia jak górnicy, hutnicy, stoczniowcy. Nikt nie palił opon, nie rzucał śrubami nie groził. Nie było odpraw, funduszy na „nowy biznes” itp. Poprostu zamknięto ten rozdział, nikt z rządzących nie widział problemu. Przemysł i tym samym miasto zaczęło staczać się w niebyt aby powoli przez lata stawać na nogi, bez wsparcia, pieniędzy, rządowych programów. Łódź bezpowrotnie straciła ponad prawie 30 lat ale jej mieszkańcy nauczyli się sobie radzić sami. I to jest plus.

  • vinogradoff

    Oceniono 10 razy 0

    Ta skrajna CIEMNOTA w traktowaniu Kobiety wynikala w najwyzszym stopniu z doktryny religijnej Katolicyzmu, ktory od wiekow konserwuje i hoduje Ciemnote bo to normalne.

  • buk-humor-dziczyzna

    Oceniono 3 razy -1

    przywrócić feudalne stosunki z II RP, było przecież tak pięknie , ludzie mieli pracę nawet po 12 godzin dziennie. 75 % ludności żyło w zgodzie z naturą razem z bydlątkami pod jednym dachem. Nikt sobie nie zawracał głowy takimi fanaberiami , jak nauka czy kultura.

  • vinogradoff

    Oceniono 5 razy -1

    Te epoke bezwzglednego wyzysku Robotnikow przez Kapitalistow pieknie opisal niemiecki Pisarz, Dramaturg i Noblista, Gerhart Hauptmann za co cieszyl sie ogromnym szacunkiem w ZSRR choc byl Niemcem. Dziwi wiec FAKT, ze dzis w XXI wieku Panstwo polskie w podskokach zwraca majatki Potomkom tych KRWIOPIJCOW co wysysali krew z Robotnikow-Suchotnikow zamiast ich ROZKULACZYC do ostatneigo grosza w ramach Sprawiedliwosci dziejowej. Tymczasem okazalo sie ze chyba polski Minister od Kultury wszelakiej z Rzadu PiS , nie tak dawno wyplacil potezne pieniadze Potomkom tych Okrutnych Wyzyskiwaczy-Krwiopijcow do Luxemburga za jakies tam chyba BOHOMAZY i to z Podatkow Polakow. To sie w PALLE nie miesci, zeby w XXI wieku takie jaja robic i legitymizowac klase Bezwzglednych Krwipijcow utuczonych na wyzysku milionow Polakow Robotnikow-Suchotnikow zamiast ich sprawiedliwie OSADZIC, Ukarac i Rozkulaczyc.

  • kolektywnie

    Oceniono 6 razy -2

    A faceci wtedy pracowali po 4 godziny dziennie i tylko w pracach biurowych. Na koniec dnia biedne kobiety musiały ciągnąć rikszę którą małżonek wracał z baru.
    Takie były czasy, że kobiety były celowe wykorzystywane a faceci latali na wakacje na Ibizę.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX