Po zamachu na prezydenta Pawła Adamowicza. "Jestem w szoku i jako ratownik, i jako człowiek"

"Jestem w szoku i jako ratownik, i jako człowiek. Zamachowiec musiał być bardzo zdeterminowany, skoro zadał tak poważne obrażenia" - tak próbę zabójstwa prezydenta Pawła Adamowicza komentuje dla TOK FM ratownik medyczny.

Podczas finału WOŚP w Gdańsku na scenę wdarł się nożownik - Stefan W. Zamachowiec ugodził prezydenta Pawła Adamowicza, który dziękował mieszkańcom i mieszkankom miasta za udział w corocznej akcji charytatywnej Jurka Owsiaka.

Prezydent z ciężkimi obrażeniami trafił do szpitala - przeżył pięciogodzinną operację, ale jego stan jest ciężki. Ma uszkodzone serce, wątrobę, nerki, śledzionę i aortę. O to, jakim wyzwaniem jest udzielenie pomocy w takiej sytuacji, TOK FM zapytał dwóch ratowników medycznych. Imiona zostały zmienione na ich prośbę.

Ratowanie z głową

Michał, młody ratownik z województwa łódzkiego, mówi, że jest wstrząśnięty atakiem na prezydenta Adamowicza. - Pierwszym obowiązkiem ratownika w sytuacji zamachu jest zadbać o własne bezpieczeństwo. Napastnik może równie dobrze rzucić się z nożem na osoby udzielające pomocy medycznej. Wtedy nie bylibyśmy w stanie już nikogo uratować - tłumaczy Michał. Dodaje, że dopiero po tym, jak zamachowiec został obezwładniony, ratownicy mogli przystąpić do akcji. Cel: zabezpieczenie oddychania i krążenia rannego, i jak najszybszy transport do szpitala. 

Michałowi wtóruje Paweł, lekarz, który przez ponad 10 lat jeździł karetką. - Ratownik może zrobić tylko jedno: zabezpieczyć pacjenta i pognać do szpitala - podkreśla lekarz. Tłumaczy, że w sytuacji masywnego krwotoku jeden ratownik powinien tamować krwawienie, a drugi zabezpieczyć żyły. - Tyle że powstrzymanie krwawienia z jamy brzusznej wcale nie jest proste. To nie jest ręka albo noga, gdzie się zakłada opatrunek uciskowy i po sprawie. Na miejscu ratownika wziąłbym grubą gazę i przycisnął do brzucha, żeby choć prowizorycznie opatrzyć pacjenta - mówi.

A na czym polega zabezpieczenie żył i dlaczego jest ważne? - Gdy ktoś ma uszkodzoną aortę, krew tryska jak z fontanny. Aorta ma przecież 3 cm średnicy. Wtedy żyły zapadają się, bo ilość krwi maleje. Dlatego tak ważne jest szybkie założenie wenflonu, by potem w szpitalu można było podtrzymywać krążenie - mówi dr Paweł.

- Adamowicz ma cholerne szczęście w nieszczęściu, że napastnik zaatakował go tylko 5 minut drogi od Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego w Gdańsku, które ma nowoczesny oddział chirurgii naczyniowej i urazowej. Inaczej prezydent by tego nie przeżył - ocenia. 

Nietypowa sytuacja

Paweł wyjaśnia, że ratownicy, którzy ruszyli na pomoc prezydentowi Gdańska, mieli bardzo trudne zadanie. - Na co dzień nie stykamy się z obrażeniami o takim charakterze i takiej skali. Znacznie częściej unieruchamiamy złamane kończyny ofiar wypadków komunikacyjnych. Szkolenia szkoleniami, ale żadna symulacja nie odda sytuacji masywnego krwotoku, jak w przypadku prezydenta Gdańska - mówi Paweł.

Michał przyznaje, że ratownicy medyczni rzadko stykają się z ranami kłutymi, a i wtedy część z nich jest niegroźna. - Zobaczyłem wczoraj filmik z ataku na prezydenta Adamowicza. Jestem w szoku i jako ratownik, i jako człowiek. Zamachowiec musiał być bardzo zdeterminowany, skoro zadał tak poważne obrażenia - mówi Michał i zwraca uwagę na fakt, że napastnik zdołał przebić się przez płaszcz i garnitur polityka i uszkodzić narządy wewnętrzne.

Wyścig z czasem

Paweł podkreśla, że nawet dla sprawnego chirurga naczyniowego "zacerowanie" przeciętej aorty nie jest łatwe. - To żmudny, pracochłonny proces. Nic dziwnego, że operacja trwała 5 godzin - mówi. Tłumaczy, że zanim prezydent trafił do szpitala, ratownicy jeszcze z karetki przekazali placówce wszystkie niezbędne informacje, by postawić personel na nogi. I choć krew leje się strumieniami, ratownicy powinni zachować spokój. - Emocje są złym doradcą - mówi Paweł.

Michał dodaje, że w chwili udzielania pomocy ratownicy medyczni przechodzą w inny tryb funkcjonowania. - Jeśli damy się ponieść emocjom, to nie damy rady udzielić pomocy - tłumaczy. - Emocje przychodzą później - podsumowuje Michał.

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM

Serwis informacyjny