Stawiszyński: Najnowsza rola Jamesa Deana

Producenci z firmy Magic City Films przez wiele miesięcy poszukiwali odtwórcy głównej roli w dramacie "Finding Jack". Zorganizowali kilkadziesiąt przesłuchań, przejrzeli setki katalogów agencji aktorskich. Wprawdzie w Stanach Zjednoczonych mieszka co niemiara młodych aktorów, ale ponoć czasami tak po prostu bywa, nie bardzo na dobrą sprawę wiadomo dlaczego. Po prostu nikt nie przypadł im do gustu i już.

No może z wyjątkiem Jamesa Deana, legendarnego „buntownika bez powodu”, wielkiej ikony hollywoodzkiego kina, niezapomnianego, archetypowego amanta. Antonowi Ernstowi i Tati Golykh – właścicielom Magic City Films, a zarazem reżyserom obrazu – to właśnie Dean od początku wydawał się do tej roli wprost stworzony. 

Był tylko jeden szkopuł. James Dean, jak wiadomo, zginął w wypadku samochodowym w 1965 roku i – co tu dużo mówić – od tamtej pory konsekwentnie nie istnieje (). A w każdym razie nie istnieje ciało będące ongiś Jamesem Deanem.

Czy jednak to ciało jest aby na pewno niezbędne – zadali sobie w pewnym momencie pytanie twórcy „Finding Jack” – czy też może w zupełności wystarczyłby sam jego wizerunek: doskonała, komputerowo wygenerowana kopia? Ostatecznie, kiedy oglądamy film w kinie, albo na ekranie telewizora czy laptopa, obcujemy wyłącznie z ruchomymi obrazami. Owszem, kiedyś do pozyskania takiego ruchomego obrazu niezbędny był rzeczywisty surowiec. Cielesny, materialny desygnat. Czasy się jednak zmieniają i dzisiaj – dzięki gigantycznemu postępowi techniki – moglibyśmy się już spokojnie bez niego obejść.

 Jak pomyśleli, tak zrobili. „Po wielu miesiącach – oznajmili niedawno w wywiadzie – zdecydowaliśmy się na Jamesa Deana”.

Finding Jack

Premiera „Finding Jack” przewidziana jest na rok 2020. Specjaliści od najnowocześniejszych efektów specjalnych pracują pełną parą. Z wszelkich dostępnych fotografii i filmów przedstawiających Jamesa Deana, tworzą jego idealną, wirtualną rekonstrukcję. Komputerowo ożywiony awatar, wyposażony w niezliczone przewagi nad swoim niegdysiejszym, odległym, cielesnym pierwowzorem. Cyfrowe dzieło współczesnego, hollywoodzkiego doktora Frankensteina,  które nie będzie narzekać, opuszczać dni zdjęciowych, upijać się albo niedomagać. I które spełni dowolne życzenie swoich mocodawców, i zagra każdą scenę dokładnie w taki sposób, w jaki będą sobie tego życzyć. A w dalszej przyszłości – niewykluczone – będzie mogło grać w kilkunastu albo kilkudziesięciu filmach naraz, bo jego kalendarz nigdy nie będzie zapełniony. Spadkobiercy praw do wizerunku zechcą pewnie pobierać za takie występy jakieś opłaty, ale i tak będzie to z pewnością wielokrotnie bardziej opłacalne, niż zatrudnianie żywego człowieka.

A to przecież dopiero pierwszy akord nadchodzącej rewolucji. Spokojnie można sobie wyobrazić sytuację, w której za jakiś czas ludzie już praktycznie w ogóle przestaną być w Hollywood potrzebni. No, może przydadzą się ewentualnie jako uczestnicy castingów na najlepszy prototyp wirtualnego aktora czy aktorki – acz wcale niewykluczone, że już niebawem da się ich  swobodnie zaprojektować bez konieczności obcowania z realnymi ciałami.

Wizje kina przyszłości

Nowy film z Jamesem Deanem to zarazem swoiste uwieńczenie procesu, który rozpoczął się równo dwadzieścia pięć lat temu. W 1994 roku, na planie filmu „Kruk”, zginął w nieszczęśliwym wypadku odtwórca tytułowej roli, dwudziestoośmioletni Brandon Lee, stojący u progu sławy aktor kina akcji, ekspert w zakresie wschodnich sztuk walki oraz – last but not least – syn samego Bruce'a.

W momencie śmierci Brandona do ukończenia produkcji pozostało zaledwie kilka dni zdjęciowych. Po trwających długo naradach – i rozważeniu wszelkich etycznych za i przeciw – ekipa zdecydowała, że film zostanie zmontowany, a brakujące ujęcia uzupełnione przy pomocy komputerowo wygenerowanego obrazu głównego bohatera.

W burzliwej dyskusji, jaką wywołała ta sprawa, niejednokrotnie przywoływano wizje kina przyszłości, w którym nie będzie już żywych aktorów, tylko same awatary do złudzenia przypominające ludzi. Przez wiele lat tego rodzaju spekulacje pozostawały prawie wyłącznie w sferze fantazji – nie licząc kilku podobnych przypadków, kiedy to wirtualnie wykreowany wizerunek aktora czy aktorki pojawiał się na ekranie (niedawno np. w filmie „Blade Runner 2049”), albo kiedy wykorzystywano najnowszą technologię do fizycznego odmładzania aktorów (ostatnio w serialu „Westworld” czy najnowszej produkcji Martina Scorsese „The Irishman”).

Dziś – jak się okazuje – jest to już regularna rzeczywistość. Tak zapewne wygląda przyszłość kina.

Wydźwięk kulturowy

Nie tyle jednak czysto filmowo-praktyczny aspekt tego zjawiska wydaje się tutaj istotny, ile jego kulturowy, symboliczny wydźwięk. Cyfrowa rewolucja dokonała zasadniczej dekonstrukcji zarówno naszego rozumienia, jak i bezpośredniego doświadczenia tego, co rzeczywiste i nierzeczywiste, faktyczne i fikcyjne, realne i wyobrażone. Dokonała tego w sposób znacznie bardziej gruntowny i precyzyjny, aniżeli wszystkie razem wzięte postmodernistyczne traktaty, których autorzy – stosując najwymyślniejsze środki retoryczne – podważali wypracowane na gruncie filozofii i nauki sposoby opisywania świata. Podważali je dlatego, że samo pojęcie „prawdy” wydawało im się narzędziem  władzy i dominacji; uroszczeniem zachodniego rozumu, który uznawali przede wszystkim za instrument politycznej opresji.

Paradoksalnie, po latach okazało się, że tę lekcję najlepiej odrobiła... skrajna prawica. Popularność fake newsów i mniej lub bardziej wyszukanych manipulacji – w dużym stopniu opartych na konsekwentnym reprodukowaniu kłamstw albo półprawd – bywa ochoczo wykorzystywana właśnie przez środowiska współczesnych prawicowych populistów. W przestrzeni opustoszałej po faktach i fikcjach, realności i wyobraźni, prawdzie i kłamstwach, zaczęły ze sobą na równych prawach konkurować najróżniejsze, mniej lub bardziej fantazyjne „narracje”. Brak zaś jakichkolwiek zewnętrznych, obiektywnych kryteriów ich weryfikacji sprawił, że ostatecznie wygrywa nie ta, za którą stoją lepsze argumenty, ale ta, za którą stoi bardziej brutalna siła.

Awatar zamiast żywej osoby

To właśnie w takim krajobrazie pojawia się nowy film z Jamesem Deanem. Film będący skądinąd jeszcze jedną z cyklu tych osobliwych substytucji, gdzie na miejscu realnego człowieka albo zwierzęcia pojawia się jego syntetyczna kopia, a na miejscu relacji z innym – obdarzonym osobnym umysłem, wrażliwością, emocjonalnością i indywidualnością – relacja z nieożywionym bytem imitującym posiadanie osobnego umysłu, wrażliwości, emocjonalności i indywidualności.

Niezależnie od tego czy będą to hiperrealistyczne sex lalki, z którymi można realizować nawet najbardziej przemocowe fantazje, czy firmy oferujące profesjonalny wynajem aktorów odgrywających za odpowiednią opłatą poszczególnych członków rodziny, czy też inteligentne boty udające zmarłych przyjaciół – schemat jest ten sam. Na miejscu żywej istoty pojawia się awatar, na miejscu więzi z innym – więź z nieożywioną kopią innego. 

Oczywiście, tego rodzaju technologie mają także wiele zalet. W epoce powszechnej samotności – wywołanej, nawiasem mówiąc, po części właśnie przez rozwój technologii informacyjnych – namiastka takiej czy innej interakcji albo bliskości może przynieść choćby odrobinę ukojenia.

Wydaje się jednak, że redukowanie realnej obecności innej istoty do jej wyłącznie zewnętrznych przejawów prowadzi w najlepszym razie do jakiejś nowej, współczesnej formy solipsyzmu. Przekonania, że istnieje tylko moje „ja”, a rzeczywistość, której doświadczam jako odmiennej, jest tak naprawdę wyłącznie emanacją mojego własnego umysłu. Zanurzeni w wirtualnej projekcji, w której nie sposób odróżnić człowieka od jego komputerowo wygenerowanego awatara (skądinąd w Kalifornii wprowadzono niedawno prawo nakazujące botom ujawnianie swojej tożsamości, zatracamy coraz bardziej nie tylko elementarne poczucie rzeczywistości, ale także świadomość, że otaczają nas autonomiczne, zdolne do doświadczania bólu i radości istoty, których istnienie, w odróżnieniu od ich wirtualnych reprezentacji, jest skończone, kruche, podatne na zranienie, starzenie się i śmierć.

A co z głębią?

Poza wszystkim zaś – czy faktycznie chcielibyśmy oglądać na ekranie cyfrowo wygenerowanych aktorów i aktorki? Czy zasadniczym czynnikiem sprawiającym, że u widzów występuje zjawisko zwane „dobrowolnym zawieszeniem niewiary” (ang. willing suspension of disbelief) – czyli zdolność do przeżywania fikcji z pełnym emocjonalnym zaangażowaniem – nie jest świadomość, że choć aktor tylko odgrywa daną postać, to zarazem w jakimś sensie naprawdę się nią staje? Choćby poprzez intencjonalne wzbudzanie w sobie określonych uczuć, uruchomianie empatii i wyobraźni?

Owszem, być może za jakiś czas nie będziemy w stanie odróżnić – bez uprzedniej wiedzy – kto jest obrazem wygenerowanym komputerowo, a kto żywym aktorem. Podobnie jak dzisiaj nie zawsze jesteśmy się w stanie zorientować czy przemiły asystent sprzedaży, który rozmawia z nami na czacie posiada ciało fizyczne czy wyłącznie wirtualne. 

Tyle że awatar – choćby najdoskonalszy, choćby najwierniej odwzorowujący rzeczywistość – nie ma głębi. A to właśnie głębia jest warunkiem koniecznym każdej sztuki. Ba, każdej w ogóle relacji. Pielęgnujmy ją więc, zamiast się jej zrzekać na rzecz nowych filmów z Jamesem Deanem.

 A może nawet z Ritą Hayworth, któż to wie?

Pobierz Aplikację TOK FM, słuchaj i testuj przez dwa tygodnie za darmo:

Więcej o:

Dostęp Premium TOK FM

Serwis informacyjny

Komentarze (1)
Stawiszyński: Najnowsza rola Jamesa Deana
Zaloguj się
  • profun

    0

    Niesamowite. Wizja pisarki Connie Willis z wydanej po raz pierwszy w 1994 r. książki "Remake" stanie się faktem znacznie szybciej niż sobie to wyobrażałem czytając ją 21 lat temu w czasopiśmie "Nowa Fantastyka".

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX