Urszula Dudziak: Wolę być szczęśliwa niż mieć rację [FRAGMENT KSIĄŻKI]

- Mamy tendencję do nakręcania się, a życie jest sztuką kompromisu - mówiła w TOK FM Urszula Dudziak. I wyjaśniła, dlaczego od pewnego czasu podczas koncertów powtarza do publiczności sześć wyjątkowych słów.

Urszula Dudziak przyznała w rozmowie z Przemysławem Iwańczykiem, że do napisania swojej najnowszej książki pt. "Wyśpiewam wam więcej" skłoniło ją kilka rzeczy. Przede wszystkim zmiana nastawienia do życia tych kobiet, które myślą, że w pewnym wieku wielu rzeczy nie wypada. 

- Walczę ze stereotypem, który wiąże i ubezwładnia kobiety. Jest on krzywdzący, nie  sprawiedliwy, niepraktyczny. I nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Jestem rewelacyjnym przykładem kobiety, która skończyła 75 lat. Skaczę na scenie, głos mi pięknie brzmi, jestem pełna energii, w fantastycznej formie. Uczę kobiety, żeby się nie dołowały przemijającym czasem. Trzeba pogodzić się z tym, że starzejemy się, ale chodzi oto, aby być w jak najlepszej formie, z dobrą energią i rozsiewać wkoło dobro oraz jasne światło - argumentowała. 

Racja albo relacja

Urszula Dudziak wyjaśniła również, dlaczego od pewnego czasu podczas koncertów powtarza do publiczności sześć słów. 

- Brzmią one tak: wolę być szczęśliwa niż mieć rację - mówiła, tłumacząc, w którym momencie zdanie to zafunkcjonowało w jej życiu.

- Budujemy dom. Pewnego dnia przyjeżdżam po dwóch tygodniach na miejsce. Widzę garaż. I mówię do Bogdana: "O, jaki piękny garaż". Zbliżam się do niego, a tam na dole widzę bezkresny dół. Pytam się, a po co ten dół? Bogdan mówi: "To będzie kanał". A ja mówię: "Po co ci kanał w garażu? Przecież gdy mamy zepsuty samochód, to jedziemy do mechanika". "Jak jest garaż, to musi być kanał" - odpowiedział Bogdan. W tym momencie stwierdziłam, że mam wybór. Albo uprzykrzyć mu życie i marudzić, albo wolę być szczęśliwa niż mieć rację. 

- Mamy tendencję do nakręcania się. Wszyscy uważają, że mają rację. I tu pies jest pogrzebany. Życie jest sztuką kompromisu - dodała. 

Artystka w swojej najnowszej książce opowiada m.in. o tym, jak to się stało, że po wielu burzliwych związkach, określanych przez nią mianem "nieba i piekła", jest w takim, do którego najbardziej pasuje słowo "ulga". Zamieszcza również obszerne fragmenty ze swojego pamiętnika. Oto jeden z nich. 

22 października 1973, poniedziałek, Nowy Jork

Moje urodziny. Skończyło się "-dzieścia", nadszedł czas na "-dzieści" (tylko do wiadomości najbliższych, bo postanowiłam sobie trochę odejmować, żeby mieć dwadzieścia osiem, najwyżej dwadzieścia dziewięć lat).

Znowu czekam na Misia (Michała Urbaniaka, mojego ówczesnego męża) w kawiarni wytwórni CBS na 6. Alei, przy 52. Ulicy, na Manhattanie. Nie przestaję wierzyć, że przyfrunie z dobrymi wiadomościami. Nie przypuszczaliśmy, że to wszystko będzie takie trudne. Gdyby nasza muzyka się nie podobała, łatwiej byłoby przyzwyczaić się do tego stanu niepewności. Jednak każdy, komu puszczamy płytę, zespołową czy też moją - "Newborn Light", nagraną z Adasiem Makowiczem, krzyczy och! i ach!, i na tym koniec. A może to tutejszy zwyczaj, że tak się reaguje na wszelkiego rodzaju muzyczne wypociny?

Nienawidzę hotelu, w którym mieszkamy. Ma szumną nazwę Le Marquis i jest blisko 5. Alei, a jest ohydny, śmierdzący, z czarnymi oknami - nie do wymycia (są na dobre zaklinowane przez klimatyzatory!), ze starą, brudną skorupą dywanu, wstrętnymi meblami, ze współlokatorami - myszami i karaluchami. Najbardziej boję się tzw. water bugs, karaluchów wielkości myszy. Na szczęście na ogół biegają po ulicach, ale podobno wchodzą też do mieszkań przez uchylone okna. W tej sytuacji to, że nasze się nie otwierają, to jednak zaleta.

Amerykanie roztkliwiają się nad tym robactwem. Raz po raz ukazują się w prasie artykuły mówiące, że karaluchy są odporne i czyściutkie. Podobno były na Ziemi już 300 milionów lat temu (imponujące!). Gdyby je wytępić, podobnie jak szczury, Manhattan rozpadłby się w proch. Miły temat urodzinowy!

Ciekawa jestem, z jakimi uczuciami będę przeglądała ten pamiętnik za parę lat, na przykład w dniu trzydziestych piątych urodzin. Czy będę tu, czy tam, wesoła czy zawiedziona, u progu sukcesu czy ciągle przed? Z dziećmi czy bez, we własnym domu czy w hotelu? Czy dużo mi przybędzie zmarszczek i przyjaciół? Czy Misiu schudnie i przestanie narzekać na zdrowie? Czy moi rodzice będą zdrowi? Czy będziemy sobie mówić "Call me Monday", siedząc w domu przed telewizorem? (W Stanach tymi słowami zbywa się w firmach osoby szukające pracy). Czy będziemy gonić za groszem? Czy dotknie nas jakiś życiowy kataklizm, czy życie popłynie miękko i rozkosznie?

Zostawiam tu wolne miejsce. Odpowiedzi dopiszę za pięć lat, 22 października 1978 roku.

Miejsce jest puste do dzisiaj. Zresztą miałam w zwyczaju tak się zabawiać i z ciekawości pytać: "Co to będzie?". I na ogół nic nie wpisywałam. Zapominałam o danym sobie słowie.

Byłam wtedy zmartwiona, zaniepokojona swoim wiekiem. Trzydziestka. To brzmiało groźnie, wisiało jak ciemna chmura przysłaniająca radość beztroski, straszyło odpowiedzialnością za każdy ruch, słowo, uczynek.

Bo przecież w tym wieku ma się już dzieci i nie wszystko wypada. Powinno się błyszczeć erudycją, mieć solidny zawód i oszczędności, może nawet własne mieszkanie. Tymczasem ja miałam określone zdanie na swój temat i żyłam w oczekiwaniu na magiczne słowo YES od prestiżowej firmy płytowej Columbia, które oznaczałoby wydanie płyty "Fusion" na rynku amerykańskim. Płyta ta nagrana z moim ówczesnym mężem (liderem zespołu, skrzypkiem, saksofonistą, kompozytorem, menedżerem, aranżerem, producentem, uff!, Michałem Urbaniakiem) powstała w Europie przed naszym przyjazdem do Nowego Jorku. Konsekwencją upragnionego YES byłaby wielka promocja, trasa koncertowa, rozgłos, prestiż i oczywiście kasa.

Żyłam więc w wielkiej niepewności. Przez cały czas towarzyszyła mi też tęsknota za Polską, Warszawą i Zieloną Górą, w której się wychowałam, i oczywiście, za rodzicami. Dwa tygodnie przed moimi trzydziestymi urodzinami podczas Parady Pułaskiego, która jest coroczną radosną manifestacją polskości, na widok zastępu harcerek w szarych mundurkach rozpłakałam się w głos. Siedziałam na trotuarze 5. Alei i zalewając się łzami, jęczałam: "Ja chcę do domu, do mamy!". Michał pukał się w głowę, nie rozumiejąc, co się ze mną dzieje. "Nie przyjechaliśmy tu na wakacje" - powtarzał. Jesteśmy w centrum świata, spełnia się nasze marzenie, a ja histeryzuję.

Co o sobie wtedy myślałam? Wspominam to ze wzruszeniem i z uśmiechem. Ula, kim ty jesteś - pytałam - co umiesz, jak wyglądasz? Nie umiem nic - odpowiadałam sobie - poruszam się w muzyce instynktownie. Za każdym razem, kiedy prosiłam Michała, żeby mi pokazał harmonie jazzowe na pianinie, nasze lekcje kończyły się awanturą. On nazywał mnie tumanem i durną pałą. W drugą stronę lecieli kretyni i chamy.

"Marnie, nieciekawie, nieatrakcyjnie"

A jak wyglądałam? Odpowiedź zawsze ta sama: marnie, nieciekawie, nieatrakcyjnie. Natomiast bardzo lubiłam eksponować moje grube, długie, gęste włosy. Przydawały mi się bardzo do zasłaniania twarzy podczas koncertów. Czesałam się wtedy z przedziałkiem na środku i spod burzy włosów nieśmiało wyłaniał się mój pokaźny, długi, szpetny nos (halo, na zdjęciach z tego okresu wcale nie jest taki brzydki!). Miałam też za szeroką twarz, nieprawidłowy zgryz, nierówne zęby i trochę sepleniłam. Będąc w klasie maturalnej, wygrałam konkurs na najładniejsze, najzgrabniejsze pośladki, ale w Nowym Jorku było ich zatrzęsienie, a te jędrne, pięknie zaokrąglone, najczęściej należały do Afrykanek. Moje, niestety, ginęły w tłumie!

W tym czasie na każdy komplement reagowałam zdziwieniem, zażenowaniem lub tłumaczeniem i przekonywaniem, że podziwiająca mnie osoba jest w błędzie, bo ja dopiero zaczynam i nie wiem, dokąd zmierzam. Z gustem też było u mnie nie najlepiej (zostało mi to do dziś, na szczęście mam teraz stylistkę) i nieraz myślałam, że nareszcie wyglądam ładnie, a okazywało się, że beznadziejnie albo komicznie.

Ta niepewność na każdym kroku była bardzo męcząca. Bałam się, że lada moment wszystko się wyda i czar (według mnie fałszywy!) pryśnie.

Z uśmiechem wspominam siebie, tak różną od obecnej Uli. Mam doskonały punkt odniesienia i dzięki temu jeszcze bardziej doceniam siebie i to, jaka jestem dzisiaj.

Książka Urszuli Dudziak dostępna jest w formie e-booka w Publio.pl >>

Chcesz wiedzieć więcej? Posłuchaj audycji. Dowiesz się:

Więcej o:

APLIKACJA TOK FM

Komentarze (8)
Urszula Dudziak o życiu po 70. "Wolę być szczęśliwa niż mieć rację"
Zaloguj się
  • 2bxornot2b

    Oceniono 3 razy -3

    Dawno nie uslyszalem z czerskiej jakiejs madrej mysli, ale jak widac z nowym rokiem postanowiliscie zrobic czytelnikom mila niespodzianke. Czlowiek zostal stworzony do szczescia, ale duchowo nie jest w stanie odczuwac szczescia z samego swojego istnienia, w ksiedze genesis napisano iz miedzy innymi postanowil miec racje i utracil cos duzo bardziej cennego.

  • bjern

    Oceniono 4 razy -2

    Jak na 70 lat życia i mimo pobytu w Ameryce, pani Ula nie odkryła jeszcze Ameryki. Trochę banalne te jej przemyślenia. Suma zasłyszanych i wyczytanych gdzieś cudzych opinii. I ani słowa o Bogu. Marne i smutne. Żal kobiety, żyć tyle lat i mieć tylko tyle do powiedzenia? I jeszcze Agora mieli to na sto sposobów. Ubóstwo intelektualne. Mass-media.

  • oczy_argusa

    Oceniono 4 razy 0

    nie mam zamiaru się czepiać ale jestem uczulona na politpoprawność...
    "jędrne pośladki Afrykanek" bo słowo Murzynka nie przejdzie za Oceanem?

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX