Zamiast Krakowa - Pomorze, zamiast smogu - wiatraki. Nowa trylogia Krzysztofa Zajasa [KSIĄŻKA]

Krzysztof A. Zajas, autor trylogii grobiańskiej, wraca do swych ulubionych bohaterów, rozpoczynając trylogię pomorską od szeregu zaskoczeń. Mamy dla Was fragment jego nowej powieści "Wiatraki"

Krzysztof Zajas podjął kilka ważnych decyzji: przeniósł swoich bohaterów z Krakowa na Pomorze, smog zamienił na wiatraki i w ten sposób rozpoczął nową trylogię. O powieściowych protagonistach Krzyckim i Bałysiu, o Zofii i Maćku, o powtarzalności motywów w prozie gatunkowej i motywacji głównych bohaterów - o tym Łukasz Wojtusik rozmawia z autorem powieści "Wiatraki".

Fragment książki "Wiatraki" Krzysztofa Zajasa:

- Chcieliśmy panu coś pokazać i poprosić o opinię. To zdarzenie sprzed tygodnia. W środku nocy ktoś zamordował wójta we wsi Grębówko i powiesił ciało na wiatraku. Wyglądało to tak makabrycznie, jak brzmi: powiesił na wiatraku. Ściślej rzecz biorąc, obezwładnił, po czym przywiązał do łopaty wirnika i pozwolił mu się utopić we własnej krwi. Tak lekarz zdefiniował bezpośrednią przyczynę śmierci. Ten człowiek krwawił z nosa i przy każdym obrocie śmigła zalewało mu krtań. Aż się udusił. Nazywał się Mieczysław Kulik, znaliśmy go...
Lucek słuchał słów komisarza, przeglądając zdjęcia zakrwawionego ciała, przytwierdzonego do śmigła za pomocą lin. Wisiało kilka metrów powyżej poziomu kabiny na szczycie i wyglądało makabrycznie. Nienaturalnie przekrzywiona na bok głowa, twarz i biała koszula na klatce piersiowej zalane krwią, ciało skręcone linami jak baleron i ręce rozłożone dłońmi na zewnątrz, jak u kapłana podczas mszy. Nie. Luckowi kojarzyło się z gestem błagalnym, jakby torturowany wójt błagał o przebaczenie, oczywiście już nie na tym, tylko na tamtym świecie. Zakrwawiona koszula wyglądała jak bita śmietana z malinami.
Pierwsze pytanie nasuwało się samo.
– Jak go tam powiesił?
– No właśnie. To jest na dobrą sprawę niewykonalne dla jednego człowieka, dla dwóch również. Dla trzech też.
– A ilu ich właściwie było?
Komisarz Hadczuk podrapał się po głowie. Przypominał tych poczciwców o okrągłych twarzach, z kropelkami potu na czole i zawiązką brzuszka z przodu, jakich można spotkać w komendach w całym kraju. To oni stanowili sól polskiej policji – niezbyt bystrzy, ale uczciwi i posłuszni, gotowi zawsze do służby. Wielu z nich mogłoby mieć znacznie lepsze osiągi, gdyby działali pod innym dowództwem. Wkrótce Luckowe przypuszczenia miały się potwierdzić w całej rozciągłości.
– Najprawdopodobniej jeden. Na pewno. Mamy ślady jednego człowieka. Potwierdza to również świadek.
– O, to jest i świadek? – zdziwił się Lucek. – Nocą? Na polu gryki?
– Skąd pan wie, że to gryka? – Na twarzy Hadczuka zdziwienie mieszało się z uznaniem. Bałyś postukał palcem w stertę na biurku.
– Widzę na zdjęciu. To co z tym świadkiem?
– Kobieta, wracała nocą z odwiedzin u znajomego i zjechała z szosy za potrzebą.
– Pod wiatrakiem najciemniej – wtrącił szybko Lucek. Nie wychodziło mu to zachowywanie powagi.
– Pod wiatrak podjechała później – wyjaśniał cierpliwie Hadczuk. – Zatrzymała się na polnej drodze, weszła w krzaki i wtedy usłyszała za sobą kroki. Uciekła na drogę, a on wyszedł za nią. Widziała go przez moment w świetle latarki, ale jej opis jest trochę dziwny. – Podniósł z biurka kilka razem spiętych kartek i podał Luckowi. – Zeznanie jest niedokończone, zeznawała w szpitalu.
– Pobił ją?
– Nie. Uciekała samochodem i wjechała pod ciężarówkę. Kierowca odbił w lewo i ona też. Zderzyli się bokami. Facet leży w sali obok. Lekarze nie pozwalają nam jej za bardzo męczyć. Jest mocno pokiereszowana, cud, że przeżyła.
– Rozpoznała go?
– Nie. Miał na sobie dziwne ubranie. Opisała je jako sztormiak z legginsami.
– Sztormiak z legginsami? Szalony rybak, który z wody przesiadł się na powietrze?
– Mniej więcej. Właśnie na tym punkcie zakończyliśmy przesłuchanie. Następne ma być jutro. Obawiamy się – tu przerwał i potoczył wzrokiem po twarzach kolegów – że niewiele wniesie.
– Dlaczego?
– Dlatego że pani Saterniak jest ciągle w szoku i jej zeznania musimy wziąć w spory nawias. Szczerze powiedziawszy, mówi różne rzeczy...
Znowu przerwał, ponieważ ktoś przechodził korytarzem. Po chwili kroki umilkły, ale Hadczuk już nie podjął wątku. Lucek przeglądał zdjęcia, na dłużej zatrzymując się przy powiększeniu odcisku buta w ziemi.
– Są jakieś ślady... – wymamrotał, obracając odbitkę.
– Znaleźliśmy je w pobliżu miejsca opisanego przez Saterniak. Nietrudno było je zidentyfikować, takie gumowce można dostać w każdym sklepie rolniczym w okolicy. Ma je co drugi chłop.
– Czyli chłop, a nie na przykład kasjer z banku – rzucił Lucek mimochodem. Czwórka policjantów wymieniła znaczące spojrzenia. Ten o imieniu Benedykt zrobił nawet minę o bardzo wieloznacznym wyrazie, w którym oprócz podziwu kryło się też coś w rodzaju: a widzicie, palanty. – A gumowce nowe czy stare? Bo jak nowe, to można sprawdzić ostatnie zakupy w sklepach, a jak stare, to mają swoje linie papilarne w postaci zużycia, na przykład przytarcia bieżników...
Lucek deklamował lekcję śladoznawstwa trochę dla celów performatywnych, żeby wypaść poważniej i bardziej profesjonalnie. Usiłował zachowywać luz, ale zaproszenie do wydziału kryminalnego i prośba o poradę w trudnym dochodzeniu łechtały zawodową próżność. Mówił rzeczy oczywiste, które słyszał po wielekroć od Andrzeja lub Jurka Gargulskiego, a o których ci tu również świetnie wiedzieli. To był elementarz. Nieco więc zbiło go z tropu wymowne spojrzenie kolegi Benedykta i milczenie, jakie później zapadło.
– Mamy ślady w bazie danych, jeśli natrafimy na jakieś obuwie w strefie działań dochodzeniowych, to będziemy porównywać... – tłumaczył Ryszard Hadczuk, ale bez większego przekonania. – Niemniej dziękujemy panu za cenne wskazówki.
Lucek zaproponował, żeby mówił mu po imieniu, tamten odwdzięczył się tym samym, po czym podkomisarz przeszedł na ty z Benedyktem Mrówczyńskim i Łukaszem Latawcem.
– No dobrze, ale co w tej sprawie właściwie mogę dla was zrobić? Wszystkie najważniejsze rzeczy tu macie, nowe dojdą po kolejnym przesłuchaniu pani Saternak. Doprecyzujecie portret podejrzanego i...
– Saterniak – poprawił go Hadczuk.
– No dobrze, Saterniak. Nawiasem mówiąc, sugerowałbym również przesłuchanie tego kierowcy ciężarówki. Oni różne rzeczy widzą w czasie jazdy, zwłaszcza nocą... – Policjanci roześmiali się. – Czego właściwie, moi drodzy, oczekujecie ode mnie?
– Interwencji pozasłużbowej – rzucił sierżant Benedykt.
– Super, to dla mnie zaszczyt. A tak konkretnie? Bo widzicie, pojutrze wracam do Krakowa i nie wydaje mi się, bym błysnął czymkolwiek, poza spijaniem waszej świetnej kawy. Mogę prosić dolewkę?
Sierżant przyskoczył do niego i w mig napełnił filiżankę. Po zdjęciach ofiary na ciasto malinowe Lucek już nie miał ochoty.
– Jasne – poparł go Hadczuk. – Nie chodzi o to, żebyś za nas rozwiązywał sprawę. Powiedz nam, jak on to zrobił. Jak udało mu się powiesić wójta na śmigle i owinąć sznurkiem? Samemu i nocą?

Książka dostępna jest w formie e-booka w Publio.pl >>

Więcej o:

Dostęp Premium TOK FM

Serwis informacyjny