Wysokie góry się skomercjalizowały. "Amatorzy umierają w nich za duże pieniądze"

W wysokich górach powoli robi się jak na rynku. Nie możesz rozbić namiotu, bo miejsce, które znalazłeś, jest już zarezerwowane - stwierdził w TOK FM himalaista Rafał Fronia.

Rafał Fronia to himalaista i uczestnik ostatniej polskiej zimowej wyprawy na K2. W kwietniu ukazała się jego książka "Rozmowa z górą", w której opisuje swoje doświadczenia. 

Prowadzący rozmowę w TOK FM Przemysław Iwańczyk zaczął od dalekich wspomnień i przypomniał, że wiele lat temu Rafał Fronia pracował jako policjant w wydziale kryminalnym, gdzie zajmował się zabójstwami. Gość przyznał, że między tą pracą a górską wyprawą można znaleźć pewną analogię. I tu, i tu trzeba bowiem obcować z widokiem martwego człowieka. - W górach są takie przypadki, że pod szczytem leży zamarznięty młody człowiek w szczelinie skalnej. Trzeba mu prawie stanąć na głowie, żeby wbić się w skałę. Jeśli ktoś nie jest odporny psychicznie, to zostawia to na nim wielki ślad. Podobnie jak wejście na szczyt z myślą, że za chwilę mogę położyć się obok niego. Ja jakoś sobie z tym radzę - przyznał.

Fronia podkreślił, że w wysokie góry nie wychodzi się przypadkiem. Im wyżej zaczynamy się wspinać, tym następuje większa selekcja. Odpadają ci, dla których góry nie są wielką pasją.

"Jeśli zawracam, to nie uważam, że przegrałem"

- Ja z każdej wyprawy wracam obarczony kilometrami liter, które łączą się w słowa i zdania. Piszę książki, opowiadania, bajki - mówił gość TOK FM. Wiele razy podkreślał, że dla niego niezdobycie szczytu podczas górskiej wyprawy wcale nie jest porażką. - To jest wielkie doświadczenie. To dwa miesiące przebywania z fajnymi ludźmi we wspaniałym miejscu. Wydałem mnóstwo pieniędzy i miałem mnóstwo przygotowań. To niewejście na szczyt broń Boże nie może być porażką - mówił.

Przyznał, że w górach przegrywa często ten, który traktuje je jak sport. Jeśli ktoś podchodzi do zdobycia ośmiotysięcznika jak do przebiegnięcia maratonu w określonym czasie, to jest na straconej pozycji. - Jestem przygotowany, by pobiec maraton w czasie 2.45, a biegnę 2.47. Na mecie mówię "przegrałem, nie wykonałem planu". Takie założenie przy ośmiotysięcznej górze jest całkowicie błędne. (…) Jeśli przekroczę pewną barierę, to tym przegraniem w górach nie będą dwie minuty, tylko moje własne życie. Więc jeżeli zawracam [w górach], to nie uważam, że przegrałem - wyjaśniał Rafał Fronia.

Himalaista przekonywał, że nie jeździ w góry po to, by je zdobyć, ale po to, by zdobywać. - Dla mnie to jest zasadnicza różnica. Bo zdobywanie nie zawsze może zakończyć się zdobyciem - dodał. Przyznał, że procesowi zdobywania zawsze oddaje się z wielką przyjemnością. To jest jak ładowanie baterii. - Jeśli ją się krótko ładuje, to ona później krótko trzyma. Natomiast jeśli to ładowanie jest bardzo długie, to później tego prądu na dłużej starcza - powiedział. - Ja wracając z gór, jestem spokojniejszy, bardziej wyciszony, bardziej podatny na kompromisy. Mniej rzeczy mnie wkurza, po prostu staję się lepszym człowiekiem - przyznał.

"Pieniądze w górach zaczynają dominować"

W rozmowie z Przemysławem Iwańczykiem Fronia wiele razy podkreślał, że dla niego "szczyt jest pretekstem, a nie celem samym w sobie". - Jeśli ktoś potrafi cieszyć się przez dwa miesiące przebywania w górach i pogodzić, że ten szczyt być może nie zostanie zdobyty, to łatwiej się żyje, łatwiej ze sobą rozmawia, łatwiej się wraca. Nie ma tej goryczy - mówił, podkreślając, że takie podejście różni się od podejścia w wyprawach komercyjnych, które pogoń za szczytem stawiają często na pierwszym miejscu.

- Ludzie przyjeżdżają zdobywać ośmiotysięcznik i chcą to zrobić jak najszybciej, za wszelką cenę. Wykupili zezwolenie na 35 dni w bazie pod górą. Po 15 dniach zakładają tlen, ruszają do ataku szczytowego. Jeśli ten atak szczytowy się nie powodzi, to wszyscy mówią: "dobra, koniec, nie udało się, wracamy do domu". Ja nie potrafię tego zrozumieć - mówił gość TOK FM.

Gdy prowadzący rozmowę zapytał, czy wysokie góry w przyszłości czeka to samo, co triathlon - że ze sportu ekstremalnego dostępnego dla wyczynowców staną się czymś powszechnym - Fronia przyznał wprost: "to już się stało". - Góry już stały się triathlonem. Jeśli chodzi o szczyty komercyjne, gdzie są wyprawy komercyjne, jak na przykład Mont Everest, to już się dzieje. Pieniądze zaczynają dominować - mówił.

Jak dodał, komercyjny himalaista jest oczywiście wyposażony w sprzęt, ale nie posiada żadnych umiejętności. - Zdarza się, że szerpa [pomocnik - red.] na ostatnią chwilę robi mu instruktarz z tego, jak powinien założyć raki i posłużyć się czekanem - powiedział. Przyznał też, że w niektórych częściach wysokich gór robi się jak na rynku. - Dochodzę do obozu trzeciego, jest dosyć zła pogoda, około siedmiu tysięcy metrów nad poziomem morza. Jest płaski teren, gdzie chcę się rozbić i nagle widzę kijki, bo to miejsce jest już zarezerwowane. I jeśli ja rozbiję tam swój namiot, to przyjdzie szerpa i mi go zabierze - opowiadał.

Zdaniem Froni ryzyko podczas wypraw komercyjnych jest bardzo wysokie, o czym uczestnicy takich wypraw często nie zdają sobie sprawy. - Dwa lata temu w masywie Mont Everestu zginęło kilkanaście osób. Zabił je żywioł, było trzęsienie ziemi. Minęło dwa lata, nie było żadnego trzęsienia ziemi, jest relatywnie dobra pogoda i ginie więcej. W moim odczuciu większość tych ludzi popełniła samobójstwo - stwierdził gość. Często też, jak dodał, uczestnicy wypraw komercyjnych nadmiernie ufają szerpom. Są przekonani, że ci wszystko za nich zrobią. Tymczasem zaczyna brakować tlenu, zamarza maska, pogarsza się pogoda i pojawia się szereg innych czynników, które zaskakują uczestników wypraw. - Widziałem Chińczyka na linach, który umarł, bo skończył się tlen. Takich przypadków jest wiele - powiedział gość.

Fronia przekonywał, że komercyjni himalaiści przeskoczyli pewien element swojej edukacji. - Proszę sobie wyobrazić, że wsiada pan do samochodu. Przychodzi jakiś instruktor, daje kluczyki i mówi: tu są biegi, tu pedał gazu, proszę jechać 270 kilometrów na godzinę krętą drogą. Pan się przecież rozbije. I to samo dzieje się w górach - stwierdził himalaista.

- Jest kilkaset osób pod Mont Everestem, a ginie kilkanaście, więc statystycznie jest szansa na przeżycie, tylko czy o to w tym chodzi, żeby ryzykować niepotrzebnie? - zastanawiał się Rafał Fronia i radził, aby na początek pójść na kurs skałkowy z dobrym instruktorem, nauczyć się, jak działają karabinki i różne przyrządy zjazdowe i co zrobić, żeby przeżyć, a potem pokochać góry.

Posłuchaj całej rozmowy!

Więcej o:

Dostęp Premium TOK FM

Serwis informacyjny

Komentarze (22)
Rafał Fronia: wysokie góry się skomercjalizowały. Amatorzy umierają w nich za duże pieniądze
Zaloguj się
  • musa-kusa

    Oceniono 1 raz 1

    Amatorzy umierają za duże pieniądze, zawodowcy za średnie, a Mackiewicz umarł za małe.
    Jest jakaś różnica miedzy tymi śmierciami?

  • dajfer

    Oceniono 1 raz 1

    Mont to jest Blanc, a Everest jest Mount

  • supermarjan

    Oceniono 2 razy 0

    od bejzkampu wykopac tunel pod szczyt. dzisiejsz tachnika umozliwia precyzyjne wyliczenie jak to zrobic...
    potem kopac w gore, odwrotnie jak przy gazie lupkowym. amerykanie pewnie zrobia...
    kopac az do wyleźcia na szczycie. po drodze osadzac na wykopie schody...
    bedzie i tak taniej jak liczyc te wszystkie ofiary, kase za helikoptery i wynagrodzenie dla sprzataczy govien i plastikow po okolicy.
    dodatkowo suweren swiatowy pojdzie schodami a prawdziwi - tradycyjnie.
    tunelokomin sie splaci w pol roku.

  • ja_prostak

    Oceniono 2 razy 0

    Himalaiści nie mogą przeżyć że zwykły kowalski w klapkach z lidla odbiera im splendor??

  • hen355

    0

    W Dubaju buduja górę ze schodami ruchomymi 10000 metrów
    Dubajlaje

  • obeznany

    Oceniono 2 razy 2

    Jeśli po każdej wyprawie "pisze książki, opowiadania, bajki", które – jak się domyślam – sprzedaje, to niech się nie dziwi, że w górach robi się jak "na rynku".

  • marcindziedzic

    Oceniono 3 razy 1

    To samo można zaobserwować w niższych górach, zwłaszcza że zmorą są organizowane przez Polaków tzw wyprawy partnerskie czyli płacisz kupę kasy ale gość nie jest przewodnikiem IVBV, nie ma uprawnień i za nic nie odpowiada bo jest dopisek "wyjście partnerskie". Czasem można pod Mont Blanc zobaczyć ludzi którzy uczą się jak się zakłada raki! Takie umiejętności trzeba mieć opanowane już idąc zimą na Świnicę a potem myśleć o lodowcu czy Himalajach.

  • qulqa

    Oceniono 6 razy 0

    Dla pana Froni nie widzę miejsca w kolejnych narodowych wyprawach na szczyty. Jeśli się nie ma pędu na górę, to się siedzi w obozie i czeka na objawienie, czyli jest to wyrzucanie pieniędzy w błoto. Rozumieli to himalaiści złotej polskiej epoki, rozumie to pan Urubko. Reszta to ciepłe kluchy.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX