Wybitny pisarz, który nie umiał konfabulować. Ota Pavel, tragiczna postać czeskiej literatury i książka, w której nie można się nie zakochać

- Nie znam przypadku osoby, która przeczytałaby tę książkę i nie byłaby pod wrażeniem - tak o książce "Śmierć pięknych saren" mówił Aleksander Kaczorowski, biograf jednego z najlepszych, a wciąż mało znanych czeskich pisarzy. W TOK FM opowiedział wstrząsającą historię jego życia.

Ota Pavel nie jest w Polsce tak znany jak Hrabal czy Kundera, ale w Czechach jest pisarzem kultowym. Choć mówi się, że jest pisarzem jednej książki. "Śmierć pięknych saren", bo o niej mowa, została w Polsce wydana w latach 70. O jego niezwykłym, zakończonym tragedią życiu opowiadał gość Tomasza Stawiszyńskiego, Aleksander Kaczorowski, auto biografii pisarza zatytułowanej "Pod powierzchnią".

"Śmierć pięknych saren". O tatusiu

Ota Pavel, a właściwie Otto Popper, miał dziewięć lat, gdy wybuchła II wojna światowa. Był synem Czeszki i Żyda, miał dwóch starszych braci. W czasie wojny zarówno ojciec, jak i jego dwaj starsi synowie trafili do obozu koncentracyjnego. Po wojnie wszyscy wrócili do domu. Ten czas - zarówno przedwojenny, jak i lata wojny opisał w książce, która przyniosła mu sławę - już po jego śmierci. - Nie znam przypadku osoby, która przeczytałaby tę książkę i nie byłaby pod wrażeniem - mówił o niej Aleksander Kaczorowski. 

"Śmierć pięknych saren" to opowieść przede wszystkim o "postrzelonym tatusiu" - właśnie tak pisze o nim Pavel, który wśród licznych życiowych przygód zaliczył m.in. pobyt w Legii Cudzoziemskiej. Był człowiekiem niezwykłej witalności życiowej, który doświadczeń zgromadził tyle, że - wedle syna - mógł obdzielić nim kilka osób. 

Jednak książka była dla Pavla formą terapii. Gdy powstawała, pisarz miał za sobą kilka lat zmagań z poważną chorobą psychiczną. Cierpiał na chorobę afektywną dwubiegunową, która charakteryzuje się sinusoidą od stanów euforycznych do depresji, w której podejmuje się nawet próby samobójcze. Tylko że on miał jeszcze elementy schizofrenii. Miewał halucynacje. Choroba była w jego rodzinie dziedziczna, cierpiał na nią również ojciec.

- Pavel zaczął pisać "Śmierć pięknych saren" jako formę terapii. Ale także, żeby pomóc ojcu. Spędził z nim wiele godzin i pytał go o życie. Zapisywał wszystko w brulionie, spisał 80 stron. Dwa miesiące później ten ojciec umarł. Gdyby Ota Pavel się nie zmobilizował, to nie byłoby tej książki - mówił Kaczorowski. W książce Ota Pavel opisał właśnie te euforyczne momenty z życia ojca, kiedy ten był w stanie robić rzeczy niesamowite, m.in. jako sprzedawca obwoźny z sukcesem sprzedawał lodówki we wsiach, w których nie było prądu.

 Ota Pavel. Choroba

Pierwszy raz załamanie nerwowe Ota Pavel przeżył w czasie służby wojskowej. Zakończył ją, zostając idealnym, zaangażowanym komunistą, oficerem politycznym. Jeszcze będąc z wojsku, w latach 50. zaczął pisać do codziennego organu Ministerstwa Obrony Narodowej. Spod jego pióra wyszedł m.in. tekst "Róże dla Stalina". Pracował też w radiu. Przystań znalazł w miesięczniku "Żołnierz czechosłowacki", w którym zaczął pisać o sporcie. I był w tym bardzo dobry.

- Jest chyba jedynym znanym mi przypadkiem wybitnego pisarza, który kompletnie nie umiał konfabulować. To był rasowy reporter, który w wyniku poszukiwań nowych środków dostał się na poletko literatury - mówił biograf pisarza. 

Kaczorowski przyznał, że Pavel nie był pochłonięty przez literaturę. - Tak naprawdę niewiele w życiu przeczytał, ale dobrze czytał. Lubił Turgieniewa, Izaaka Babla. Lubił Maksyma Gorkiego. Zaczytywał się Rosjanami. Spośród Amerykanów natomiast to był Jack London i Ernest Hemingway - wyliczał Aleksander Kaczorowski. Zwracał uwagę, że w przypadku jego idoli amerykańskich wydają się oni przeciwieństwem Pavla. 

- On każdemu czytelnikowi "Śmierci pięknych saren" wydaje się kruchą, wrażliwą istotą, kimś o wrażliwości dziecka - wskazywał Kaczorowski. Ale zaraz dodawał, że książka wyszła spod ręki kogoś, kto już od kilku lat cierpi na poważną chorobę psychiczną, która zmieniła jego osobowość. - Natomiast młody Pavel to jest tytan energii, potrafi np. przejechać 100 km na rowerze, kilometrami biegać, pisząc książkę o piłkarzach najlepszego czeskiego klubu, razem z nimi trenuje - wylicza biograf pisarza. 

"Do gazu, Żydzie"

Kariera Pavla wspaniale się rozwijała. Był już znanym dziennikarzem prasowym, reporterem, w druku była jego pierwsza książka "Dukla wśród drapaczy chmur", kiedy pojechał relacjonować zimowe Igrzyska w Insbrucku w 1964 roku. Wtedy doznał załamania nerwowego. 

Kaczorowski przyznał, że wokół tamtego wydarzenia narósł mit, a on sam się do jego rozpowszechnienia przyczynił. - 20 lat temu, kiedy pisałem pierwszy większy tekst o Ocie Pavlu, zbierając materiały, natknąłem się na relację jego dawnego ucznia ze szkółki hokejowej, który opowiedział, że bezpośrednią przyczyną załamania było zachowanie niemieckich kibiców w czasie meczu hokejowego Czechosłowacja - Niemcy. On w tym ryku usłyszał znów Hitlera, który wrzeszczał z radia w czasie okupacji, usłyszał gestapowców, którzy robili rewizje w jego domu, którzy wywieźli jego ojca, braci, dziadków. Ja to opisałem, a wiele lat później dowiedziałem się, że to niestety było inaczej - mówił Kaczorowski.

Prawda wyszła na jaw kilka lat temu, kiedy głos zabrali bezpośredni świadkowie, hokeiści, których Ota Pavel wtedy znał już od dawna. - Czechosłowacy grali mecz o brąz ze Szwecją, przegrali, zrozpaczeni siedzieli w szatni. Nie wiedzieli, że w wyniku zmian regulaminowych, dzięki przewadze punktowej wygrali ten brąz. Pavel pierwszy się o tym dowiedział, wbiegł do szatni, cały w podskokach, ciesząc się. A oni myśleli, że on sobie z nich podle żartuje i jeden z nich powiedział do niego: Spadaj do gazu, ty Żydzie - opowiadał Kaczorowski.

Reakcja Pavla na te słowa była niezwykle przejmująca. - On zamarł, zaniemówił, uśmiechnął się. To byli jego przyjaciele. Wyszedł, następnego dnia wsiadł jeszcze do autobusu z innymi korespondentami, ale w ostatniej chwili po prostu wybiegł. W Pradze powszechne było przekonanie, że wybrał wolność. Tylko jego żona i jego najbliższy przyjaciel nie wierzyli w to. Dopiero po kilku dniach otrzymali informację ze szpitala psychiatrycznego w Insbrucku, że zatrzymano czeskiego dziennikarza, który próbował podpalić gospodarstwo wiejskie w górach. Dopiero po pewnym czasie udało się ustalić jego tożsamość, bo on w ogóle nie kontaktował - relacjonował. 

Co było dalej? Posłuchaj całej audycji:



Więcej o:

Dostęp Premium TOK FM

Serwis informacyjny