Skąd się bierze mięso? Z wizytą w chińskiej fabryce wieprzowiny. "Konsument nie powinien oglądać tych scen"

- Byłem w Karolinie Południowej, gdzie hodowla świń została wynaleziona. Widziałem jeziora ze świńskich odchodów rozlewane na terenach zamieszkanych zwykle przez Afroamerykanów czy Latynosów. System jest taki sam na całym świecie, widziałem to w USA, widziałem też w Chinach - mówił w TOK FM Stefano Liberti, autor książki "Władcy jedzenia".

Stefano Liberti przyznał w rozmowie z Zuzanną Piechowicz, że od czasu pracy nad książką bardzo zmienił swoje zwyczaje żywieniowe. - Przede wszystkim staram się kupować produkty od producentów, których znam. Staram się też jeść jak najwięcej produktów lokalnych. Ale jednocześnie wytworzyłem w sobie taką fetyszystyczną pasję do supermarketów, do których uwielbiam chodzić po to, żeby oglądać produkty, czytać etykiety, dowiadywać się, skąd one są, ale nic nie kupować - mówił. W swojej książce, która ukazała się na polskim rynku w tłumaczeniu Ewy Nicewicz–Staszowskiej, opisał łańcuch produkcji czterech produktów: wieprzowiny, soi, tuńczyka w puszce i pomidorów. 

- Nie było moim celem przekonanie ludzi, aby tych produktów nie jedli. Chciałem zrekonstruować całą podróż tych produktów wstecz. Od półki supermarketowej do pola, na którym pomidory są zbierane, czy rzeźni, w których zabijane są świnie. Bo my tak naprawdę nie mamy pojęcia, jak to wygląda. Kiedy zaczynałem tę podróż, nie miałem zielonego pojęcia, dokąd mnie ona zaprowadzi. Nigdy bym się nie spodziewał, że trafię do tych miejsc, do których trafiłem. Śledząc drogę niby-włoskiego pomidora, trafiłem na granicę chińsko-mongolską - przyznał gość TOK FM. I dodał, że to, co dzieje się z jedzeniem w drodze na nasze stoły, kontrolowane jest przez jedną z kilku potężnych grup producentów. 

Jeden z rozdziałów książki poświęcony jest chowowi przemysłowemu świń i produkcji wieprzowiny. Poniżej publikujemy fragment, który zawiera niezwykle sugestywny opis pracy rzeźni w Chinach - dziś największej na świecie. - W Stanach Zjednoczonych nie miałem takiej możliwości, żaden z wielkich hodowców nie pozwolił mi zobaczyć swojej hodowli. Nie było tam dostępu. W Chinach byli zachwyceni, pokazując mi ten proces, oni są dumni z tego sposobu hodowli. Dla nich to nowy, nowoczesny sposób hodowania zwierząt. Na mnie zrobiło to ogromne wrażenie, bo to przypominało takie klasyczne fordowskie fabryki samochodów - mówił autor. I przyznał, że ma to związek z oddaleniem się człowieka od zwierzęcia - eliminujemy w ten sposób wyrzuty sumienia. Nieprzypadkowo na opakowaniach wielu produktów mięsnych - parówek czy wędlin - nie ma rysunków przedstawiających radosne różowe świnki. 

Posłuchaj całej rozmowy:

Publikujemy fragment książki Stefano Libertiego "Władcy jedzenia", wydanej przez wydawnictwo Agora.

Największa rzeźnia na świecie. Ruchy są miarowe, mechaniczne, monotonne. Świnie wiszą na hakach, które jadą nad taśmą z regularną prędkością. Ludzie stoją wzdłuż niej w równej odległości od siebie. Mają białe kombinezony, kalosze, rękawiczki, maseczki, czepki na włosy. Są nie do rozróżnienia: gdyby nie różnica wzrostu, można by powiedzieć, że to wojsko robotów. W dłoniach trzymają narzędzia pracy: ktoś nóż, ktoś inny tasak, a ktoś jeszcze inny – hak. Każdy ma swoją rolę, każdy wykonuje gest, który jest mu przypisany. Są jak małe trybiki znormalizowanego mechanizmu: jeden nacina brzuch zwierzęcia, drugi powiększa nacięcie, następny wydobywa wnętrzności, a jeszcze kolejny robi inne cięcie. Trzewia lądują w specjalnych zbiornikach; między jednym a drugim cięciem noże i ostrza są zanurzane w płynie dezynfekującym. Zwierzęta też są identyczne, wyglądają jak swoje własne klony: ta sama wielkość, wysokość, kolor. Wydają się – i rzeczywiście nim są – owocem eksperymentu genetycznego mającego na celu stworzenie zwierzęcia doskonałego do uboju i konsumpcji.

Scena ma w sobie coś hipnotyzującego. Stoję za szybą i przyłapuję się na tym, że – bardziej niż przerabianym stopniowo na kawałki świniom – przypatruję się pewnym siebie i zdeterminowanych w działaniach ludziom, którzy poruszają się w rytmie, traktując znajdujące się przed nimi ciało zwierzęcia z mieszaniną znawstwa i niedbałości. Nie wyżywają się na nim: wykonują swoją mechaniczną pracę, jakby składali części samochodu. Cięcie, powiększenie, wyciągnięcie, odcięcie. To, na co patrzę, jest niczym innym, jak tylko taśmą produkcyjną: to fabryka nowoczesnego, przemysłowego mięsa.

Kolejne pomieszczenie jest większe, a scena – jeszcze bardziej sugestywna. Inni ludzie w uniformach rozdzielają to, co zostało już pocięte, i przerabiają bezkształtne mięso w określone kawałki. W porównaniu z poprzednią przestrzenią mam wrażenie, że spoglądam w zwielokrotniający obraz kalejdoskop. Taśm jest kilka. Różnią się od siebie i przecinają całą przestrzeń po przekątnych. Robotników jest znacznie więcej. Wyglądają jak rząd białych fartuchów: wszyscy w takiej samej odległości, na swoich miejscach i w bezruchu, jeśli nie liczyć tego pojedynczego gestu powtarzanego bez ustanku przez każdego z nich. Tu kawałki są stopniowo selekcjonowane i pakowane, a następnie wysyłane do chłodni. Precyzja i geometryczny porządek kłócą się z brutalnością śmierci. Cały proces odbywa się w sposób chłodny, funkcjonalny, czysty: nie ma kropli krwi czy kawałka mięsa, które byłyby nie na miejscu. Zza szkła, które uniemożliwia jakikolwiek kontakt ze światem zewnętrznym, nie słychać nic. Nowoczesna rzeźnia to idealna i zsynchronizowana fabryka.

W rzeczywistości jednak niecały proces przebiega tak spokojnie. Poprzedzające etapy są bardziej krwawe: najpierw zwierzę otępia się za pomocą gazu lub przez porażenie prądem, potem zarzyna się je cięciem na wysokości żyły szyjnej, a następnie zanurza w kadzi z wrzącą wodą, żeby oczyścić z krwi. Martwe ciało obdziera się ze skóry i umieszcza w specjalnej maszynie w celu kolejnego umycia. Odcina się głowę, a wielką tuszę zawiesza na haku i posyła do kolejnych etapów obróbki, od których zacząłem moje zwiedzanie. Tutaj także wszystkie fazy przebiegają w ustandaryzowany sposób i są wykonywane przez ludzi, którzy powtarzają zawsze takie same gesty: jeden otępia, drugi przecina żyłę szyjną, następny uruchamia przenośnik taśmowy, który wrzuca zwierzę do zbiornika. Lecz sam moment śmierci nie jest już tak obojętny: często zwierzę się miota i buntuje przeciwko temu, co je czeka – czasem nie jest wystarczająco otępione gazem lub nie ginie od przecięcia żyły, a wtedy kwiczy rozpaczliwie z bólu, gdy żywcem gotuje się je w wielkiej kadzi. W tych scenach nie można uczestniczyć. Przyszły konsument nie powinien ich oglądać, bo nie powinien kojarzyć tego, co ma na talerzu z bólem czującej istoty. Zwiedzającym pokazuje się jedynie zwierzęta rozczłonkowane, gotowe do konsumpcji. Czy też bardziej niż zwierzęta – mięso. „Nasza rzeźnia wykorzystuje najbardziej zaawansowane technologie. W stu procentach przestrzega standardów higieny, a także standardów uboju mających na celu ograniczenie do minimum cierpienia zwierząt gospodarskich”, mówi attaché prasowy, który towarzyszy mi w wycieczce po zakładzie organizowanej dla gości.

Jestem w Shuanghui, u „największego przetwórcy mięsa w Chinach”, jak głosi w języku angielskim wielki napis na budynku, w którym mieści się siedziba firmy. W rzeczywistości hasło jest przestarzałe: Shuanghui jest obecnie największym przetwórcą mięsa wieprzowego na świecie. Od kiedy w 2013 roku przejął amerykański koncern Smithfield Food – największego producenta i przetwórcę wieprzowiny w Ameryce Północnej – nie ma konkurencji. Dzierży znaczną część światowego rynku wieprzowiny. I kontroluje cały łańcuch dostaw: od hodowli po ubój, od przetworzenia po sprzedaż. Interes wart jakieś dziesiątki miliardów dolarów.

Towarzyszący mi w wycieczce mężczyzna to pewny siebie trzydziestolatek, który całe życie zawodowe spędził w tej firmie. Podczas gdy przemieszczamy się między przeszklonymi galeriami nad ubojnią i podglądamy armię białych robotników pochłoniętych rozczłonkowywaniem zwierząt, on opisuje procesy, sypie liczbami, nadaje odpowiednią formę i treść napisom, które rzucają się w oczy w całym zakładzie, informując zwiedzających, że firma jest numerem jeden w Chinach, prowadzi globalną strategię i jest liderem na rynku. „Jesteśmy numerem jeden na świecie”, powtarza z dumą o wiele częściej, niż powinien. W całych Chinach Shuanghui posiada dziesiątki obiektów przetwórczych takich jak ten, który właśnie zwiedzam, a oprócz tego hale hodowlane, którymi zarządza w dużej mierze bezpośrednio, a częściowo poprzez przedsiębiorstwa pomocnicze. Ich „niestety nie można zwiedzać, bo konieczne byłoby najpierw odbycie tygodniowej kwarantanny, aby uniknąć przenoszenia chorób”, mówi mężczyzna, powołując się na jakieś trudności regulaminowe. Na zakończenie wycieczki po ubojni zostaję poprowadzony do czegoś na kształt showroomu. Jest to obszerny pokój, w którym różne produkty Shuanghui są wyeksponowane w gablotach i skrupulatnie opatrzone dwujęzyczną etykietą: po angielsku i mandaryńsku. Wśród nich znajdują się: Pizza Hut Spare Ribs, czyli żeberka wieprzowe sprzedawane w Pizza Hut, Spare Ribs with Gristle, czyli takie, w których pozostawiono chrząstki, a oprócz tego cała gama parówek wszystkich możliwych kształtów i smaków, takich jak Hot Dog with Corn, Spicy Cri-spy Sausage czy Luncheon Square Sausage. Pudełka mają bajkowy wygląd i są na nich postaci rodem z kreskówek: tu jakiś lew, tam rybka, gdzie indziej zantropomorfizowana kolba kukurydzy, a jeszcze dalej pingwin. Na jednym z opakowań widnieje flaga Stanów Zjednoczonych z rzędami kiełbasek zamiast gwiazdek. Na żadnym z produktów nie ma podobizny świni. Wcale mnie to nie dziwi: mięso za nic w świecie nie może być kojarzone ze zwierzęciem, z którego pochodzi, należy wyeliminować każde najdrobniejsze odniesienie. W sąsiednim pokoju dwie hostessy zorganizowały na moją cześć komitet powitalny: na kuchence elektrycznej zostają przyrządzone kiełbaski, prostokąciki bekonu, parówki w cieście kukurydzianym i inne wieprzowe przysmaki, które zmuszony jestem przełknąć wcześnie rano w ramach nieprzewidzianego drugiego śniadania. Wszystkie prezentowane tu produkty są przeznaczone na wewnętrzny rynek chiński. Rynek gigantyczny, bo wart miliardy dolarów.

Jedna świnia na dwóch mieszkańców

Mówienie o wieprzowinie w kontekście Chin ma szczególne znaczenie: żyje tu połowa świń zamieszkujących planetę. Najostrożniejsze szacunki mówią o około 700 milionach sztuk, które podzielone na ludność liczącą 1,3 miliarda, dają ponad jedną świnię na dwóch mieszkańców[1]. Świnia zajmuje w kulturze chińskiej centralną pozycję. Jest ostatnim z dwunastu znaków zodiaku i symbolem szczęścia. Ten, kto urodził się w jej roku, jest na ogół uznawany za osobę uczciwą i odważną. Popularne powiedzenie „tłusta świnia u drzwi” łączy obecność zwierzęcia z pojawieniem się obfitości i powodzenia. Natomiast chiński znak złożony ? (jia, „dom”) składa się z dwóch znaków prostych: ? („dach”) e ? („świnia”), co sugeruje, że w dawnych czasach dom nie był domem, jeśli nie było w nim świni. Tradycyjna chińska rodzina posiadała na podwórku przynajmniej jedno takie zwierzę.

Tak wyglądały Chiny w przeszłości: kraj w dużej mierze rolniczy, w którym rodziny jadały mięso dwa razy w roku i wykorzystywały świnię domową głównie do przekształcania własnych odpadów w nawóz do pól. Dziś zwierzę nadal uchodzi za symbol dobrobytu, ale już w innym znaczeniu: dla coraz bardziej masowej i zurbanizowanej chińskiej klasy średniej jest znakiem wysokiego statusu – jedzenie mięsa to najbardziej namacalny dowód awansu społecznego, wyjścia z biedy i wegetacji. To właśnie z tego powodu spożycie wieprzowiny gwałtownie wzrosło, osiągając astronomiczną skalę. O ile w 1970 roku przeciętny mieszkaniec Chin zjadał 8 kilogramów mięsa wieprzowego rocznie, dziś ilość ta urosła do 39 kilogramów, czyli pięć razy tyle. A żeby dostarczyć 1,3 miliardowi osób 39 kilogramów wieprzowiny, potrzeba mnóstwa świń. Produkcja nie może się ograniczyć jedynie do małych hodowli w gospodarstwach rodzinnych. Musi zostać przeprowadzona na skalę przemysłową: w ostatnich latach świnie zniknęły z wiejskich podwórek, gdzie beztrosko ryły sobie w ziemi, i zostały stłoczone w tysiącach wielkich hal: zamknięte, skrępowane, nafaszerowane paszami i antybiotykami. To powielenie systemu funkcjonującego w Stanach Zjednoczonych od początku lat osiemdziesiątych, tak zwanego CAFO (Concentrated Animal Feeding Operations), czyli modelu skoncentrowanego karmienia zwierząt – hodowli na skalę przemysłową, której celem jest wyprodukowanie jak największej ilości mięsa w możliwie najkrótszym czasie.



[1] Odsyłam do szczegółowego raportu autorstwa Mindi Schneider (przygotowanego wespół z Shefali Sharmą), „China’s Pork Miracle? Agribusiness and Development in China’s Pork Industry”, Institute for Agriculture and Trade Policy, luty 2014, http://www.iatp.org/files/2014_03_26_porkreport_f_web.pdf. Wiele informacji zawartych w tym paragrafie pochodzi właśnie z wyżej wymienionej publikacji oraz z rozmów, które odbyłem z jej autorką w październiku 2015 roku w Hadze.

Więcej o:

Dostęp Premium TOK FM

Serwis informacyjny

Komentarze (92)
Skąd się bierze mięso? Stefano Liberti zajrzał do chińskiej rzeźni
Zaloguj się
  • xegar

    Oceniono 17 razy 15

    We wszystkich cywilizowanych państwach rzeźnie działają tak samo. Chińczycy nie bali się tego pokazać.

  • berek-oberek

    Oceniono 25 razy 15

    Wiecie, że świnie to inteligentne zwierzęta? Potrafią myśleć abstrakcyjnie, a nawet rozpoznawać siebie w lustrze, pod tym względem przewyższają inteligencję polityków Pisu.

  • bratjolki

    Oceniono 20 razy 12

    Tylko dlaczego krytyka zdaje się być skierowana względem Chin sugerując summum dehumanizacji procesu kiedy ....
    to Amerykanie wynaleźli system
    Amerykanie nie pozwalają na wizytę w ubojniach
    Amerykanie zalewają gownem współobywateli.
    Amerykanie konsumują więcej niż ktokolwiek na planecie.
    Amerykanie wyglądają jak świnie.
    Problem naprawdę nie wyglada na Chinski

  • jarek_na_smietniku

    Oceniono 9 razy 9

    A co w tym dziwnego? Komuś się wydaje, że kiełbasa pochodzi z półki sklepowej?

  • bellum-omnium-contra-omnes

    Oceniono 13 razy 7

    W chińskiej rzeźni wiszą świńskie tusze.
    czegoś takiego postępowy świat dotąd nie widział.
    Zgroza!

  • krzysztof_ptk

    Oceniono 6 razy 6

    Jeżeli nie pozwolono mu wejść na teren rzeźni W USA, to zapewne nie pozwolono by mu i we Francji, czy Anglii. Chińczycy przejęli technologię z tych przemysłowych państw. A klienci i tak chcą tanią żywność...

  • czemublokujecie_mikonto

    Oceniono 8 razy 6

    Ten artykuł już był-wyczyszczono komentarze. Anyway-niestety Polak jak i wielu ludzi-nawet w bogatych krajach -zamiast patrzyć co kupuje i co chce kupić leci do hipermarketu i kupuje mięso z promocji za pół ceny. A to duńskie mięso-albo nieoznaczone, albo po przepakowaniu chińskie mające już metkę kraju przepakowania-to jest mięso z bezobsługowej automatycznej, przemysłowej tuczarni zwierząt w Europie czy w Chinach albo gdziekolwiek, gdzie męczone zwierzęta tuczono na śmierć byle szybko utyło i zabijano bez jakichkolwiek standardów, masowo byle szybko i tanio. Kupując takie mięso wspiera się zysk takich tuczarni i takich sieci handlowych. POZA TYM aby tuczyć tanio karmi się świnie śrutą sojową GMO uprawianą na polach w Brazylii i nie tylko, gdzie pod te uprawy WYPALONO LASY DESZCZOWE, a GMO po to, żeby tanio kupionymi chemikaliami polać pola i zabić wszystko oprócz roślin GMO. Dzięki temu spalone lasy deszczowe pozwalają na tanią produkcję soi, kukurydzy etc. i tanią uprawę paszy pod przemysłowe tuczarnie. Ludzie sami niszczą Ziemię, klimat, wymyślają podatki, każą płacić za to czy owo, a niszczą totalnie wszystko, ekosystemy, nie liczą się z życiem innych istot etc. Ludzkość musi wyginąć. Wtedy planeta na nowo rozkwitnie i może inne życie będzie żyło spokojniej bez ludzi.

  • tonz2

    Oceniono 6 razy 6

    W polskiej rzeźnik jest tak samo i co z tego wynika?

  • 12zibi12

    Oceniono 4 razy 4

    U mnie świnka dostawała obuchem od siekiery w czerep a kurki traciły główki też od siekiery. Ino z tej dobrej strony. Zapraszam autora do wywiadu.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX