"Nie zawsze autor jest w stanie wskazać moment, kiedy podjął decyzję o napisaniu książki. W przypadku tej książki jest inaczej" [FRAGMENTY NOWEJ KSIĄŻKI TOMASZA LISA]

"Nie zawsze autor jest w stanie choćby w miarę dokładnie wskazać moment, kiedy podjął decyzję o napisaniu książki. W przypadku tej książki jest inaczej. Decyzja zapadła 18 stycznia po godz. 18. Żałobny kondukt z trumną zamordowanego pięć dni wcześniej prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza przemierzał drogę z Europejskiego Centrum Solidarności do Bazyliki Mariackiej. Patrzyłem na zgromadzonych ludzi. Był w nich oczywiście smutek. Ale było coś więcej. Godność. Duma. Coś, co Ernest Hemingway nazwał "grace under fire", siła w sytuacji bycia pod presją" - pisze Tomasz Lis we wstępie do swojej książki "Umrzeć za Gdańsk. 12 rozmów o Pawle Adamowiczu, wolności i magii Gdańska". Prezentujemy fragmenty książki.

Tomasz Lis podkreśla, że chciał napisać książkę o Pawle Adamowiczu, "o tragedii i kilku dniach po niej".  Przyznaje, że "gdzieś po drodze zaczęła się pisać inna książka". "Także o Gdańsku. (...) O wartościach. I o Polsce. Tej sprzed 50, 40 lat. I tej dzisiejszej. I jutrzejszej" - wylicza dziennikarz

Jedną z osób, z którymi rozmawiał Tomasz Lis jest Magdalena Adamowicz. Magdalena i Paweł Adamowiczowie byli małżeństwem blisko 20 lat. W rozmowie z Tomaszem Lisem, którą przeprowadzono 23 stycznia 2019 roku, Adamowicz wspominała, jak poznała przyszłego męża.

"Był wykładowcą na uczelni. To była historia doktryn polityczno-prawnych. Na drugim roku. Ale ja wtedy sobie przedłużyłam wakacje, bo byłam w Londynie i wróciłam pod koniec października, więc tak dużo zajęć z nim nie miałam. Ale zapamiętałam go, a on mnie, bo razem z przyjaciółką siedziałyśmy w pierwszej ławce. Potem spotkaliśmy się dopiero po latach, na ulicy.

Czyli to nie była miłość od pierwszego wejrzenia?

- Nie, nie. Chyba pięć lat później spotkaliśmy się na ulicy. Szłam z koleżanką i my oczywiście: „Dzień dobry, panie magistrze”, a on: „O, moje studentki!”. Powiedział wtedy, że jest kandydatem na radnego miasta Gdańska. On zawsze mówił per „koleżanki”, „co panie koleżanki robią”? Potem dowiedziałam się, że będzie spotkanie integracyjne dla młodych asystentów i doktorantów. Wahałam się. Iść, nie iść, ale pomyślałam: w zasadzie czemu nie, pójdę. Poszłam do fryzjerki i mówię: „Idę na taką imprezę i niech pani zrobi coś takiego, żeby było: wow!”. I rzeczywiście...

A myślała pani „wow” w perspektywie imprezy czy z powodu Pawła?

– Raczej imprezy. Rozmawiałam tam z kolegami doktorantami, a tu nagle mnie wita Paweł: „O! Nareszcie koleżanka przyszła”.

Czyli po pięciu latach cały czas na pani?

– Tak. Zresztą nawet nie wiem, czy on wiedział, jak mam na imię. Poprosił mnie wtedy do stolika, przy którym siedzieli gdańscy politycy.

Czyli miała pani szansę, żeby się wystraszyć.

– Oczywiście. Bo ja się wtedy w ogóle nie interesowałam polityką.

Ale pani nie skorzystała...

– Nie, chciałam już iść do domu, na co Paweł: „Ale, pani koleżanko! Myśmy jeszcze nie zatańczyli!”. I zatańczyliśmy parę razy i on mówi: „O, świetnie tańczysz”.

Czyli tu już było tańczysz?

– Tak, tak.

Nastąpił przełom...

– Tak. Potem mnie zaprosił na jakiś bal. Powiedziałam, że się zastanowię. Rozmawiałam z mamą. Rodzice mówią: idź. No i poszłam. I tak się zaczęło.

Wtedy już była pani Magdaleną?

– Tak, już Magdaleną.

A swoją drogą – jak on tańczył?

– No, dużego doświadczenia to on nie miał.

Ale skoro zaprasza kobietę na bal, to znaczy, że zapał był.

– Zapał jak najbardziej, ale bez doświadczenia. Ale potem myśmy się w tym tańcu zgrali. Ja bardzo lubię tańczyć i marzyłam o tym, że pójdziemy na kurs tańca. I on mi obiecał, że pójdziemy. Było tak, że jak coś przeskrobał, to zapisywał, ile za to będzie godzin tańca. I tych godzin zebrało się już ze 40 i nawet chyba przed jego pięćdziesiątką udało nam się pójść na cztery czy pięć lekcji do naszej znajomej.

To od tego balu do ślubu wam szybko poszło?

– Niezupełnie. Ślub był dopiero w 1999 roku. Wcześniej dostałam stypendium na cały semestr naukowy do Kolonii. On do mnie pisał. Faksował, bo wtedy jeszcze e-maili nie było.

Ale nie oświadczył się faksem?

– Nie, nie. Powiedział wtedy, że wybiera się do Paryża, że będzie jechał przez Kolonię i że mógłby mnie odwiedzić.

Teoretycznie po drodze, ale widać, że wymagało to pewnego wysiłku.

– I przyjechał. A potem pojechaliśmy razem na kilka dni do Paryża. To był przeuroczy wyjazd...

Rozumiem, że on wszystko zaplanował?

– Tak. Jak pani nas wpuściła do pierwszego pokoju w Paryżu – a tam są takie łóżka metr dwadzieścia wspólne – to powiedziałam, że absolutnie nie, że muszą być dwa osobne łóżka. Znaleźli pokój, w którym było jedno normalne łóżko i jedno dziecięce. Paweł spał na tym dziecięcym i nogi mu wystawały, a ja spałam na drugim. I on się bardzo przyzwoicie zachowywał."

Kiedy doszło do ataku na prezydenta Gdańska, Magdalena Adamowicz wraz z córkami była w Kalifornii.

"13 stycznia. Jaka pogoda była w Kalifornii? Pamięta pani poranek tego dnia?

– Pamiętam, Paweł zadzwonił bardzo wcześnie, tutaj był wieczór, w Polsce świt. Nie mógł spać. Ja się dziwiłam, że on dzwoni i mówi: „Miałem tak fatalną noc, koszmary mi się śniły, nie mogłem spać. I chyba w końcu o piątej usiadłem przy biurku. A teraz idę na 7.00 do kościoła”. Bo dla nas nie było czegoś takiego, że niedziela i nie ma kościoła. Był roztrzęsiony, chciał włączyć telewizor, coś poplątał z pilotami, ale w końcu mu pomogłam i dał radę. Chyba po godz. 23 oglądałam na Onecie, jak rozmawiał pan o Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy z panem Kuźniarem. Rano szłyśmy do kościoła na 9.30, w Polsce 18.30, dzwoniłyśmy do Pawła kilka razy, ale on nie odbierał. Powiedziałam sobie, że jak wyjdziemy z kościoła, to na spokojnie zadzwonimy, bo u niego będzie po Światełku do Nieba. I jak wyszłam z kościoła... to był telefon od mojej siostrzenicy. Od razu do niej oddzwoniłam i ona płacząc powiedziała, że jej przyjaciele jako wolontariusze chodzili z Pawłem i byli z nim wtedy na scenie. „Madzia, jakiś facet zaatakował wujka nożem, jest reanimowany!”. Stanęłam na tej ulicy i nie wiedziałam, co zrobić. Co się dzieje... nożownik... myślę, pewnie ktoś ze scyzorykiem, ale jest kurtka. Powiedziałam sobie: spokojnie, tutaj musi być spokój. Dziewczyny zobaczyły, że mi się ręce trzęsą. Mówię do nich: „Słuchajcie, nic się nie stało, tatusia lekko zranili, ale są lekarze, wszystko jest dobrze”. Tereska siadła na ulicy i zaczęła płakać... „Tatulek, tatulek...”. Mówię do niej, że nic się nie stało, wszystko jest dobrze. Antonina też była zdezorientowana. Dzwoniłam do Oli Dulkiewicz, ale nie odbierała. Do kogoś tam jeszcze, cisza. W końcu odebrał Piotrek Grzelak...

Wiceprezydent Gdańska.

– Nawet nie odebrał, ale za chwilę oddzwonił. I płakał. „Magda, szef... nie wiem, co tam się dzieje...”. Łkał. Zanim doszłyśmy do domu, to zadzwonił, że wiozą Pawła do szpitala Akademii Medycznej. Pomyślałam, że jak wiozą go do Akademii, to na pewno będzie dobrze. Ale potem zaczęły przychodzić coraz gorsze wiadomości. I od razu mówię: muszę jechać, muszę jechać.... Ale był problem z biletami. Koleżanka z Polski pomagała mi znaleźć, ale były tylko dwa. Dopiero po jakimś czasie znalazła trzy przez Londyn.

Jak już były bilety, od razu pojechałyście się pakować?

– Pakować to za dużo powiedziane, wzięłyśmy walizki podręczne, a tu jeszcze pies. Musiałyśmy znaleźć kogoś, kto się nim zaopiekuje. O 16.00 byłyśmy na lotnisku. Wtedy się okazało, że kancelaria premiera chce nam pomóc w powrocie do kraju. To była ważna wiadomość, bo normalnie w Londynie miałybyśmy sześć godzin czekania. Kancelaria, za co dziękuję, zorganizowała samolot rządowy, który zabrał nas z Londynu do Gdańska.

Przylatujecie do Londynu, włączacie telefon i znowu zaczyna pani zbierać informacje?

– Nie za bardzo chciał mi się włączyć telefon. Byłam nieprzytomna ze zdenerwowania, a wcześniej mama koleżanki Tuni, która była tak dobra, że zaopiekowała się psem, dała mi jakieś środki uspokajające. Potem jakieś środki podali nam psychologowie, którzy przylecieli rządowym samolotem.

Jak pani wsiadała do samolotu w Los Angeles, to jaka była pani wiedza?

– Siostra mi wtedy mówiła, że są z rodzicami, że dotknęła Pawła, jego ręki i że jest podłączony do całej aparatury.

A co pani powiedziała w samolocie córkom? Starsza domyślała się, że skoro nagle jedziecie, to znaczy, że dobrze nie jest.

– Nie pamiętam, co im dokładnie mówiłam. Pewnie, że jedziemy do taty, że będziemy się nim opiekować, jak wyjdzie ze szpitala. Antonina zasnęła, padła z tego stresu. Ja nie byłam w stanie usnąć. Cały czas się po prostu modliłam. Mam w komórce różaniec, koronkę i cały czas w słuchawkach miałam modlitwy.

W Londynie też pani do końca nie wiedziała, jaki jest stan?

– Wiedziałam, że jest bardzo zły.

Lądujecie w Gdańsku…

– Wtedy mi siostra powiedziała, że Paweł nie żyje...

Powiedziała pani dzieciom?

– Tak... to znaczy nie pamiętam, one to chyba słyszały... Paweł był w takim pokoju w takim białym worku... otworzyłam go... i przytulałam się do niego... całowałam. Otworzyłam ten worek bardziej, żeby móc dotknąć jego rąk... miał je częściowo zabandażowane. On jeszcze nie był... taki... zimny... jeszcze był ciepły... Potem wróciłam do domu. Do rodziców. I powiedziałam: „Mamo, ja chcę jeszcze tam jechać”. Wróciliśmy do Akademii.

A dzieci?

– Dzieci zostały u rodziców. Były ze mną wcześniej w szpitalu, ale Tereski nie dopuszczono do Pawła. Antonina go widziała i nawet dzisiaj o tym mówiła, że ona ma same jasne wspomnienia z tatą. I takie piękne. Ona mówi, że jedyne ciemne wspomnienie to ten widok taty w szpitalu. To było dla niej traumatyczne. Wróciłam do Akademii. Okazało się, że Paweł jest już w kostnicy. Zawieźli mnie do Pawła do takiego pokoju na górze i wtedy bardzo długo byłam przy nim. Modliłam się. Mówiłam do niego.

Następnego dnia zbierają się tłumy ludzi. Wieczorem poszła pani do tych ludzi z córką. Sprawiałyście wrażenie zrozpaczonych, a jednocześnie nieprawdopodobnie silnych.

– To było bardzo spontaniczne. Ktoś mi powiedział, że coraz więcej ludzi się gromadzi i trzeba im podziękować. Byłyśmy u teściów, u rodziców Pawła, bo bardzo ich kocham, też chciałyśmy z nimi być. Mówię: „Jak już tu jesteśmy, to podjedźmy na moment, bo jest ustawiane to serce ze zniczy”. I zobaczyłam całe rzesze ludzi... tyle tych świec... I tak spontanicznie, bo nie planowałam i nie przygotowywałam się, stwierdziłam, że chcę tym ludziom po prostu podziękować. Nawet nie myślałam, co powiem. Po prostu mówiłam.

Antonina też tak spontanicznie wzięła mikrofon...

– Tak.

Była pani zdziwiona, że w takim momencie, widząc tłum ludzi, kamery, jest w stanie się opanować i powiedzieć piękną rzecz o swoim ojcu?

– Podziwiałam i podziwiam ją. Dlatego, że ona nie jest takim typem, który się pcha do pierwszych rzędów, ma to po ojcu. Ona jest taka jak Paweł. Jak gdzieś trzeba było pójść, to poszli, ale stawali gdzieś z boku. Dlatego tym bardziej mnie to zaskoczyło.

A czy zdanie: „Gdańsk był dla taty trzecim rodzicem, trzecim dzieckiem, drugą miłością”, to był tekst, który Paweł wcześniej gdzieś wypowiadał? To był cytat?

– Nie. Totalnie nie. To był jej pomysł. Ona jest bardzo mądra i bardzo oczytana. Jak Paweł. Nawet przeczytała jego książkę i w prezencie chciała mu dać napisaną przez siebie recenzję.

To rzeczywiście ona przekonała Pawła, żeby wziął udział w paradzie równości?

– Tak.

Jak?

– Paweł gdzieś tam do tego dojrzewał, a ona mówi: „Słuchaj, tato, chodź tam pójdziemy, ja pójdę z tobą. Trzeba być z tymi ludźmi”. No i poszli.

Rozumiem, że słowo córki jest dla ojca najwyższym nakazem?

– Paweł bardzo liczył się z jej zdaniem.

Co pani pamięta z tamtych dni? Środa, czwartek, piątek?

– To była jakaś niesamowita mobilizacja z mojej strony. Płakałam, ale też miałam taki niesamowity spokój. Cały czas to mam. Taki niesamowity spokój i taką niesamowitą siłę".

Więcej o:

Dostęp Premium TOK FM

Serwis informacyjny

Komentarze (4)
Tomasz Lis rozmawia z Magdaleną Adamowicz. "Umrzeć za Gdańsk. 12 rozmów o Pawle Adamowiczu, wolności i magii Gdańska"
Zaloguj się
  • 2bxornot2b

    Oceniono 5 razy -1

    Postkomuna jedzie z swoimi tekstami koksem jakby nic sie nie stalo w 2015, a stala sie groteska. Snuja swojegawedy w narracji lat 90, pierwszego ukradzionego miliona czy polskiego przemyslu za zlotowke.

  • janrobin2015

    Oceniono 5 razy -1

    Lis a jest tam przepis jak bedac urzednikiem wejsc w posiadanie 17 czy wiecej mieszkan? Jest tez moze cos o Amber Gold i dlaczego przez tyle lat nie zrobiono nic na Westerplatte?
    Doplacaja tez 50 pln do kazdej ksiazki?

  • mgrstepien

    Oceniono 7 razy -1

    Kultu i majątku na tej książce to Lis nie zbuduje raczej. Lepiej byłoby napisać jakiś poradnik, jak zdobyć 17 mieszkań z urzędniczej pensji, albo coś w ten deseń. Takie to ja bym kupił.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX