Pedofilia wśród księży i układ, który ją kryje. Jak działa "lawendowa mafia" w Kościele?

"Nadszedł czas, żeby skutecznie wstrząsnąć sumieniem polskiego duchowieństwa" - czytamy w zapowiedzi nowej książki Radosława Grucy "Hipokryzja. Pedofilia wśród księży i układ, który ją kryje". Sam autor w TOK FM powiedział, że publikację dedykuje ofiarom pedofilii. - Zależało mi, żeby pokazać ich heroizm i to nie jest przesadne słowo - mówił. Publikujemy fragmenty reportażu.

Książka "Hipokryzja. Pedofilia wśród księży i układ który ją kryje" miała premierę w połowie września, została wydana przez wydawnictwo Muza SA. Opisuje skomplikowany system krycia czynów pedofilskich w Kościele katolickim. Wyjaśnia m.in., czym jest lawendowa mafia i opowiada, z jakimi "ścianami" spotykają się ofiary księży.

Reportaż szczegółowo opisuje też indywidualne przypadki czynów pedofilskich i próby ich tuszowania. - To właśnie ci ludzie, ofiary pedofilii, są moimi bohaterami, takimi autentycznymi, bo biorą na siebie olbrzymi ciężar. Mówią o patologiach w Kościele, będąc dla mnie często najbardziej świętymi ludźmi, jacy w tym Kościele są - przyznał w rozmowie z Hanną Zielińską w TOK FM autor publikacji Radosław Gruca.

PUBLIKUJEMY FRAGMENT JEGO KSIĄŻKI

Rozdział 1

KOŚCIELNA SZKOŁA UWODZENIA

Bożydar oddzwonił z odpowiedzią na moją prośbę o spotkanie: "Jutro rano wyjeżdżam na miesiąc, ale spotkam się z tobą. Czytałem tekst Szkoła uwodzenia według księdza Dymera 1, który napisałeś jedenaście lat temu, i dobrze go zapamiętałem. Zadzwonię za godzinę".

*

Nie pamiętam, jak to się stało, że akurat mnie wytypowano do tego tematu, choć byłem jednym z najmłodszych dziennikarzy pracujących w redakcji. W kwietniu 2008 roku ruszyłem do Szczecina w poszukiwaniu ofiar księdza, którego sprawa podzieliła opinię publiczną. Tekst "Szkoła uwodzenia według księdza Dymera", który powstał po tym wyjeździe, uważałem za jeden z najlepszych, jakie napisałem. Moi przełożeni jednak go ocenzurowali – być może dlatego, że to, co opisałem, było jak na tamte czasy zbyt bulwersujące. Zachowałem na szczęście jedną z pierwszych jego wersji, oto fragment:

Ksiądz Andrzej od pierwszych lat liceum często klepał chłopców po pośladkach. Przytulał ich i całował. Na wycieczkach lubił znienacka urządzać przegląd pryszniców. Najczęściej wtedy, gdy chłopcy się kąpali. Często namawiał ich do rozmów o seksie. Gdy go zbywali, raz się peszył, a raz złościł. Pytał też, jak sobie radzą z zachowaniem czystości i jak „wyglądają u nich sprawy seksu”. Miał obsesję na punkcie onanizmu. Jeśli wydobył od nich choć słowo na ten temat, proponował im spowiedź, podczas której domagał się, by opowiadali ze szczegółami, jak to robią. To wszystko usłyszeliśmy od uczniów Katolickiego Liceum Ogólnokształcącego. I choć kolejne roczniki podobnych przeżyć nie miały, to "Dziennik" dotarł do Marcina, studenta anglistyki, którego jeszcze w 1999 roku ksiądz przez trzy miesiące uwodził i próbował nakłonić, by został jego kochankiem. Zagraniczne wycieczki, pieniądze, władza, nowoczesny laptop, a nawet praca w KLO i darmowe porady logopedy pracującej u niego w podstawówce to tylko niektóre z korzyści, na jakie mógł liczyć chłopak. Czy otoczenie księdza mogło nie wiedzieć, że jest homoseksualistą? Czy ciche przyzwolenie na jego homoseksualizm sprawiło, iż ksiądz wykorzystywał małoletnich?

*

Gdy potwierdzam, że przyjadę tam, gdzie wskaże, Bożydar szybko się rozłącza. Spoglądam na zegarek. Jest dwudziesta pierwsza trzydzieści, ale gdy wybija dwudziesta trzecia, telefon wciąż milczy. Piszę SMSa. Potem drugiego. Brak odpowiedzi. Gdy zaczynam się obawiać, że zmieni zdanie, telefon w końcu dzwoni. Bożydar podaje mi, gdzie mam się stawić za kwadrans. Gdy dojeżdżam do celu, jeszcze go nie ma. Wreszcie się zjawia. Zaprasza mnie na spacer. Idziemy przez ciemne osiedle przypominające warszawski Ursynów.

"Wiem, że mnie szukałeś - mówi. - Dostałem informację od Fundacji 'Nie Lękajcie Się', do której napisałem, ale po tym skandalu wokół jej byłego prezesa zmieniłem zdanie. Dopiero gdy polecił cię ksiądz, któremu ufam, zdecydowałem się odpowiedzieć na twoją prośbę. Wiesz, ja jakoś sobie poradziłem - opowiada. - Mam pracę. Kupiłem mieszkanie, spłaciłem właśnie kredyt. Na pewno są tacy, którzy cierpieli dużo mocniej niż ja".

Jest zdenerwowany. Przed spotkaniem czytałem jego zeznania. Nigdy wcześniej nikt ich nie cytował, nie publikował - Bożydar jest jedną z osób, której historia nigdy nie ujrzała światła dziennego. Ksiądz Andrzej Dymer dopadł go najpóźniej. Inni chłopcy twierdzą, że zostali przez niego skrzywdzeni w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych.

Dla Bożydara życie uczuciowe i erotyczne skończyło się w 2000 roku, zanim jeszcze się zaczęło. Właśnie wtedy został na noc w szkole założonej przez księdza dyrektora Andrzeja Dymera. "[…] gdy mi to zrobił, to tak, jakby mnie zabił. Ciągle jestem tamtym szesnastoletnim chłopcem. W nikim się nie zakochałem. To był mój jedyny seksualny kontakt w życiu. Ta sfera dla mnie nie istnieje. Kiedy widzę pary z dziećmi, to tylko mi łzy lecą, bo wiem, że ja tak nie będę mieć, choć bardzo bym chciał".

Mijamy kilka bloków, aż dochodzimy do ogrodzenia podstawówki, w której się uczył. Siadamy na ławce.

"Wszystko doskonale pamiętam. Tę jego obrzydliwą mordę, królicze zęby, ten grymas obrzydliwy. Jakbym go widział chwilę wcześniej, a nie osiemnaście lat temu".

Bożydar złożył zeznania w prokuraturze w 2008 roku. Zgłosił się sam po tym, gdy wybuchł skandal po publikacji w "Gazecie Wyborczej" reportażu Grzech ukryty w Kościele autorstwa Romana Daszczyńskiego i Pawła Wiejasa.

"Chciałem zapisać się do szkoły w systemie wieczorowym, bo zamierzałem podjąć pracę - zeznawał. - Panie w sekretariacie poinformowały mnie, że prawdopodobnie nie będzie naboru do szkoły wieczorowej z uwagi na brak chętnych, ale jeżeli chcę się dowiedzieć szczegółów, to muszę porozmawiać z dyrektorem liceum, którym był ksiądz Andrzej. Ja wiedziałem, że on jest tam dyrektorem, ponieważ kilkoro moich znajomych chodziło do tej szkoły i mówili mi o tym. Spotkałem się z księdzem Andrzejem w jego gabinecie. Było to na początku września 2000 roku. Powiedziałem do księdza, że my się znamy z parafii Bożego Miłosierdzia, że to jest moja parafia. On odpowiedział, że mnie nie zna, ale może poznać. Ja mu odpowiedziałem, że w takim razie możemy się bliżej poznać. W czasie tej rozmowy ksiądz Andrzej powiedział, że nie wiadomo, czy ruszy liceum wieczorowe, ale jest na to szansa. Mówił coś o jakichś żołnierzach czy chłopakach z wojska, którzy też mogliby się uczyć w systemie wieczorowym. W trakcie rozmowy ksiądz Andrzej powiedział mi, że może będzie miał dla mnie pracę. Zaproponował mi stróżowanie od szesnastej do rana dnia następnego w szkole podstawowej lub gimnazjum katolickim przy ulicy Zawadzkiego w Szczecinie. Ksiądz Andrzej chyba był tam też dyrektorem. Ja ucieszyłem się z tego, bo miałem szansę na liceum wieczorowe i pracę.[…] przyjechałem na umówioną godzinę do szkoły przy ul. Zawadzkiego. Spotkałem księdza Andrzeja, przywitałem się z nim. Wtedy też byłem świadkiem pewnego zdarzenia. Ze szkoły wychodził jakiś chłopak w mundurze żołnierza, w moim wieku, może trochę starszy.

To było wewnątrz budynku, tuż przed wyjściem. Wtedy zobaczyłem, jak ksiądz Andrzej na pożegnanie z tym chłopakiem pocałował go w czoło. Wyglądało to tak, że chłopak pochylił głowę, a ksiądz Andrzej złapał jego głowę dwoma rękoma w okolicach skroni i przysunął do swoich ust. Potem chłopak wyszedł. Wyglądało to jak pocałunek ojcowski. Zdziwiło mnie to lekko, ale nie analizowałem tego. Ksiądz Andrzej zamknął za tym chłopakiem drzwi na klucz. Pamiętam, że w szkole była ekipa budowlana, oni coś chyba robili przy schodach. Ksiądz Andrzej oprowadził mnie po szkole. Pokazywał sale, korytarze. Mówił, by szczególną uwagę zwrócić na salę komputerową. W pewnym momencie ksiądz Andrzej poszedł do pracowników zapytać, kiedy skończą pracę. Oni powiedzieli, że już kończą i zaraz wychodzą. My dalej oglądaliśmy szkołę. Kiedy pracownicy skończyli pracę, ksiądz Andrzej wyszedł z nimi i zamknął drzwi wejściowe na klucz. Wtedy w szkole zostaliśmy sami. Poszliśmy do sali komputerowej, tam ksiądz Andrzej powiedział, że mam pilnować tej sali, ona była na parterze. Pokazał mi jakiś koc czy śpiwór, że na nim mogę się położyć. W pewnym momencie ksiądz Andrzej rozłożył na podłodze ten koc czy śpiwór i powiedział mi, żebyśmy się położyli. Ja już wtedy się wystraszyłem, ale nie miałem odwagi, aby stamtąd uciec. Ja położyłem się pierwszy, a ksiądz Andrzej po chwili położył się obok mnie. Zaczął się pytać, jak się czuję, czy się go boję. Ja odpowiadałem jakby wbrew sobie, że dobrze się czuję, że nie mam się czego bać.

Wtedy ksiądz Andrzej zaczął mnie dotykać, to znaczy głaskał mnie dwoma rękami po klatce piersiowej i z tyłu, po szyi. Ja leżałem nieruchomo na plecach, lekko pochylony na bok. Ksiądz Andrzej w pewnym
momencie zapytał mnie, czy jestem paplą, czy może mi zaufać, że nie powiem nikomu o tym zdarzeniu. Powiedział jeszcze coś takiego, że nawet jak powiem, to i tak nikt mi nie uwierzy, bo niemożliwe, by ksiądz robił takie rzeczy. Później ksiądz Andrzej rękoma zszedł niżej i zaczął dotykać moich genitaliów. […] powiedział, że mam zdjąć spodnie. Ja byłem wtedy w długich spodniach i na jego polecenie je zdjąłem. Zostałem w majtkach i w podkoszulce. W tym momencie ksiądz Andrzej zaczął też się rozbierać. Ściągnął koszulę, miał goły brzuch, rozpiął też rozporek w swoich spodniach. Dotykał moich narządów płciowych i zaczął mnie onanizować. Wskutek tego działania miałem erekcję. Później ksiądz Andrzej wziął moją rękę i kazał mi dotykać swojego penisa, chociaż ja nie bardzo chciałem. On był wtedy już bardzo podniecony, miał erekcję. Ksiądz Andrzej przytrzymywał moją dłoń na swoim członku i kazał, abym go onanizował. Potem ksiądz Andrzej kazał mi położyć się na nim, on leżał na plecach. Ja się położyłem na księdzu,  warzą do niego. Wtedy ksiądz zaczął mnie całować i oblizywać po szyi."

"Próbował mnie całować w usta, bardzo tego nie chciałem, w związku z tym ksiądz odstąpił od tego. W tym czasie onanizował się swoją ręką. Wcisnął ją pomiędzy nasze ciała. On tak manipulował swoim członkiem, że czułem, jak dotyka moich ud poniżej pośladków. Później ksiądz kazał mi wstać, on sam też wstał i wyszliśmy rozebrani na korytarz. Poszliśmy w lewą stronę, do końca korytarza. Tam przy ścianie stał na pewno jeden fotel, nie wiem, czy jakieś inne meble. W tym czasie ksiądz miał chyba rozpięte i opuszczone spodnie albo był nawet w samych majtkach i trzymał się za członek. Jak doszliśmy na koniec korytarza, ksiądz Andrzej usiadł na fotelu, rozchylił kolana i wtedy powiedział "weź". Chodziło o to, abym wziął jego członek do buzi. Ja mówiłem, że nie mogę tego zrobić, opierałem się. Wtedy ksiądz Andrzej chwycił swoją ręką, nie pamiętam którą, za moją głowę i przysunął ją do swojego członka. Ostatecznie ja wziąłem do buzi członek księdza Andrzeja. On trzymał mnie cały czas za głowę i poruszał moją głową od siebie i do siebie.

Ja wtedy prosiłem go, aby przestał, a ksiądz mówił, że jeszcze trochę i zaraz będzie koniec. Zachęcał mnie, abym intensywniej poruszał ustami i jeszcze bardziej go podniecał. W pewnym momencie puścił moją głowę i sam zaczął onanizować się ręką, aż doszło do wytrysku. Jego nasienie znalazło się na moich majtkach. Wtedy ksiądz Andrzej od razu zaznaczył, abym nikomu nic nie mówił o tym, co się wydarzyło. On ściągnął wtedy swoje majtki i powiedział, że zabierze je ze sobą, i zaczął się ubierać. Ja też zacząłem się ubierać, jak wróciliśmy do sali komputerowej, w której wcześniej leżeliśmy na podłodze. Wtedy ksiądz powiedział, że musi już wracać do siebie, a ja mam zostać i pilnować szkoły. A następnego dnia rano klucze mam oddać woźnemu i powiedzieć, że jestem od księdza Andrzeja. Przed wyjściem ksiądz pytał mnie, czy wszystko jest w porządku, czy było dobrze. Ja odpowiedziałem, że tak, że dobrze, że nic się nie stało. Chciałem, żeby on jak najszybciej stamtąd poszedł. Po wyjściu księdza zamknąłem za nim drzwi na klucz. Prostuję, to nie było tak: ksiądz mi nie zostawił klucza, tylko zamknął mnie w szkole na klucz, bo ja
potem chciałem wyjść i nie mogłem […].

Rano wypuścił mnie woźny ze szkoły i pojechałem autobusem do domu. Napisałem w domu krótki list skierowany do księdza Andrzeja na małej kartce. Napisałem tam, że jestem przerażony tym wszystkim, co się stało, że jest to świństwo i że nikomu nie będą o tym mówił. To wszystko, co tam napisałem. List zakleiłem w kopercie. Później, do południa tego samego dnia, pojechałem do szkoły przy ulicy Zawadzkiego i spotkałem tego samego woźnego. List do księdza Andrzeja dałem woźnemu i powiedziałem, aby mu go przekazał do rąk własnych. Stamtąd pojechałem do liceum przy ulicy Wojska Polskiego zabrać swoje papiery. Ta pani, co odbierała ode mnie dokumenty, pytała, co się stało, dlaczego rezygnuję. Ja powiedziałem, że rozmyśliłem się […].

W końcu poszedłem do kurii i poprosiłem o rozmowę z biskupem. Tam mi powiedziano, że nie jest to możliwe, i ostatecznie rozmawiałem z jakimś księdzem doktorem, którego nazwiska nie znam. Powiedziałem jemu o księdzu Dymerze, ale tak ogólnie o jego niewłaściwym zachowaniu. On powiedział, że przekaże te uwagi biskupowi, i na tym ta rozmowa się skończyła […].

Zadzwonił do mnie dominikanin Artur G. i prosił, żebym kupił "Gazetę Wyborczą" i przeczytał artykuł Grzechy ukryte w Kościele. Po przeczytaniu tego artykułu rozmawiałem jeszcze raz z Arturem G. i on zapytał mnie, czy będę zeznawał w tej sprawie. Chodziło o sprawę księdza Andrzeja Dymera".

Oświadczenie i oczekiwanie 

Bożydar złożył też oświadczenie, że nie zamierza wysuwać żadnych roszczeń finansowych ani
pod adresem kurii metropolitalnej w Szczecinie, ani pod adresem księdza Dymera.

Człowiek, który opowiedział w prokuraturze o tym, co go spotkało, mając świadomość, że składanie fałszywych zeznań jest karalne, do dziś nie doczekał się nawet słowa "przepraszam".

Dwadzieścia cztery lata starań o ujawnienie tego, co robił ksiądz Andrzej Dymer, o którym coraz więcej osób mówi, że jest "drugim księdzem Jankowskim", przyniosły tylko tyle, że ma zakaz wykonywania posługi kapłańskiej, która wiąże się z kontaktem z dziećmi. Nie postawiono mu zarzutów prokuratorskich, nie skazano w sądzie cywilnym, nie ukarano w sądzie kościelnym.

Jakie są ustalenia instytucji badających działalność księdza? Czy Andrzej Dymer stał się obiektem fałszywych oskarżeń, wewnętrznych gier w szczecińskiej diecezji, czy może, jak wskazują moje ustalenia, latami unikał odpowiedzialności za przestępstwa seksualne i krzywdy najsłabszych, korzystając z ochrony Kościoła, polityków, samorządowców, a może też ludzi służb?

Przytoczone przeze mnie zeznanie nie zostało potraktowane przez prokuraturę z należytą uwagą. Piszę to zdanie, wiedząc, jak może się tłumaczyć instytucja. Nikt z nas, zwykłych obywateli, nie może rozliczyć żadnego przedstawiciela wymiaru sprawiedliwości odpowiedzialnego za tę sprawę. Możemy za to rozliczyć ludzi Kościoła, którzy doprowadzili do tego, że nic nie jest w tej sprawie jasne.

Zeznanie Bożydara jest ważne, dlatego że zaprzecza narracji księdza, który twierdzi, że oskarżenie go o molestowanie w Ognisku św. Brata Alberta jest zemstą.

Kiedy w 2008 roku napisałem reportaż "Szkoła uwodzenia według księdza Dymera", byłem pewny, że ksiądz będzie przynajmniej usunięty ze stanowiska. Tymczasem dziś powodzi mu się o wiele lepiej niż dekadę temu. A wszystko dzięki nowemu projektowi, który prowadził dla kurii, projektowi, który na lata zapewni pieniądze szczecińskiemu Kościołowi.

Biskup pewny

Przedwiośnie 2008 roku. "Jest ksiądz biskup pewien, że wykorzystywanie seksualne chłopaków nie miało miejsca?” "Jestem tego pewien - odpowiada biskup Stanisław Stefanek. - Mamy tu do czynienia z czarną niewdzięcznością, która dotknęła człowieka niewinnego”. "Rozmawiał ksiądz biskup z którąś z domniemanych ofiar?" "Nie rozmawiałem".

Niemal ćwierć wieku temu, w 1995 roku, biskup Stanisław Stefanek spotkał się z wychowawcami Ogniska imienia św. Brata Alberta w Szczecinie. Nigdy nie dowiemy się, jak długo osoby, które wiedziały, co działo się w ośrodku prowadzonym przez Dymera, starały się o to, by został on odsunięty od pracy z dziećmi.

Pewne jest, że biskup nie uwierzył im, że ksiądz Andrzej, dyrektor Ogniska, może wykorzystywać seksualnie swoich nieletnich podopiecznych. Nie uwierzył też jego zwierzchnik, metropolita szczecińsko-kamieński arcybiskup Marian Przykucki - tak zaczyna się artykuł, który zmienił życie bardzo wielu osób, także moje, czyli Grzech ukryty w Kościele, w "Gazecie Wyborczej" (10 marca 2008 roku). Sześć lat wcześniej wszystkie ogólnopolskie media opisywały bezskuteczne i wieloletnie próby ukrócenia molestowania kleryków przez Juliusza Paetza, arcybiskupa z Poznania. Mniej więcej w tym samym czasie na drugim końcu Polski, w Tylawie na Podkarpaciu, pani Lucyna Krawiecka nagrywała relacje dziewczynek, które z płaczem opowiadały, jak ksiądz wkłada im ręce w pochwę i język do buzi. Artykuł miał szansę wywołać w polskim Kościele podobny efekt, jak teksty opublikowane w "Boston Globe" przez grupę
dziennikarzy śledczych "Spotlight", o której jeszcze napiszę.

Autorzy i szefowie "Wyborczej" nie mieli wątpliwości ani obaw, gdy rzucali poważne oskarżenia. O molestowaniu nieletnich pisali w czasie teraźniejszym, jakby chcieli dać do zrozumienia, że proceder wciąż trwa. Sam naczelny, Adam Michnik, podkreślał, że w krytycznych tekstach dotyczących Kościoła każde zdanie i słowo były przemyślane, a informacje sprawdzone w różnych źródłach. Autorzy bardzo rzetelnie przedstawili stanowisko Kościoła. Rozmawiali nie tylko z biskupem Stefankiem, lecz zwracali się też z prośbą o zajęcie stanowiska do antybohatera tekstu, Andrzeja D., bo tak na początku o nim pisali. Obraz, jaki wyłaniał się z publikacji, był przygnębiający. Siedem lat po pierwszym skandalu seksualnym - molestowaniu kleryków przez arcybiskupa Paetza opisanym przez "Rzeczpospolitą" w artykule Grzech w Pałacu Arcybiskupim (2002 r.) - artykuł w "Wyborczej" zwiastował kolejny wielki kryzys w Kościele. Sprawa Dymera,który już dzień po publikacji, żeby podkreślić swą niewinność, postanowił występować pod pełnym
nazwiskiem, skupiała w sobie wszystkie kościelne patologie. Bierność hierarchów, a w najlepszym razie wstrzemięźliwość, jeśli chodzi o podejmowanie decyzji w sprawie oskarżanych w diecezji szczecińskiej, była szokująca. O oskarżeniach wysuwanych przez ofiary księdza Dymera wiedziało przynajmniej trzech hierarchów, żaden jednak nie podjął kroków, by sprawę wyjaśnić, ukarać sprawcę i kryjących go przełożonych. Żaden nie znalazł czasu ani nie wyraził woli, by porozmawiać z ofiarami, od których wszyscy zwierzchnicy diecezji byli odwróceni.

Dokładnie tak samo działo się w Gdańsku czy w Tylawie - o tych skandalach napiszę w kolejnych rozdziałach. Lokalna społeczność, tak jak w innych przypadkach, przyjęła ustalenia dziennikarzy z oburzeniem i niedowierzaniem. Błyskawicznie zawiązała się nieformalna grupa obrońców księdza dyrektora, jak tytułowano Dymera. Większość z nich stanowili jego wychowankowie z Katolickiego Liceum
Ogólnokształcącego w Szczecinie. Niechętnie zabierali głos publicznie, choć były wyjątki. Nie wiemy, jak patrzą na tę sprawę po latach, nigdzie nie spotkałem osoby, która wyraziłaby żal, że stała się obrońcą złej sprawy… A przecież żaden z oskarżających nie wycofał swoich zeznań.

Rozmowy z Radosławem Grucą w Aplikacji TOK FM posłuchasz na telefonie!

Więcej o:

Dostęp Premium TOK FM

Serwis informacyjny

Komentarze (64)
"Hipokryzja. Pedofilia wśród księży i układ który ją kryje". Jak to działa? Publikujemy fragmenty książki Radosława Grucy
Zaloguj się
  • marudna.maruda

    Oceniono 22 razy 20

    Pedofilia wśród księży- temat głośny po filmie Sekielskiego, burzliwe dyskusje i ..... cisza. Jakieś stowarzyszenie wzajemnej adoracji księża założyli, jakiś pomnik obalony, jakieś odszkodowanie przyznane. I ucichło, nie ma problemu, zwłaszcza kk tego problemu nie widzi. Nie widzą, że młody ksiądz o znanym nazwisku (znana osoba nie pochwaliła się publicznie przyrostem naturalnym w rodzinie, więc może plotka?) uprawiał seks tuż po przysięgach celibatu, a panienka miała jeszcze kawałek do pełnoletniości..., nie widzą, coraz więcej dorosłych osób ujawnia, że w dzieciństwie czy wieku nastoletnim były molestowane przez księży. Z radością obwieszczają, ze sprawa się przedawniła, a w ogóle to niemożliwe, żeby ksiądz w szkole czy na oazie stanowił zagrożenie. Co innego gej, idący w paradzie czy lesbijka, wchodząca do klasy- oni swoim widokiem od razu przekonują dzieci do porzucenia rodzin, do zostania gejem, do spacerów pod tęczową flagą. I jak się wtedy we wsi pokazać? Co innego seks z księdzem, to nobilitacja, bo ksiądz we wsi autorytetem najwyższym.

  • sztucznypolak

    Oceniono 15 razy 13

    O zabawach ksiezy z dziecmi wiadomo od dawna. Ale wierni wola tego nie widziec, a jesli sie nie da, to w najlepszym razie lekcewaza to zjawisko.
    Ten system by nie dziala, gdyby nie ciche przyzwolenie ogromnej woekszosci wiernych.

    Sami tego chcieliscie! Sami chcieliscie takiego losu dla swoich dzieci! Jestescie wspowinni.

  • felicjan.dulski

    Oceniono 17 razy 13

    Winni są rodzice, którzy swe dzieci posyłają na religię, "w ministranty", pozwalają uczestniczyć w przedsięwzięciach organizowanych przez parafię i zakony.
    Bo moich dzieci żaden ksiądz nie molestował, bo nie miały z żadnym bliskiego kontaktu, a jakoś wyrosły i funkcjonują w życiu, więc można się obejść bez "czarnych".
    Jest takie powiedzenie, że chcącemu krzywda się nie dzieje, więc nie do końca rozumiem tych narzekań ze strony katolików. Przecież nie są chyba ślepi i głusi, wiedzą już chyba TERAZ co się dzieje, a nadal prawie wszystkie dzieci chodzą na religię itd...
    NWWD!

  • 11krzych

    Oceniono 10 razy 10

    "Lawendowa mafia" w Kościele to pedofile. Ale jest też w kościele mafia zajmująca się praniem pieniędzy z dziwek i narkotyków, jest mafia zajmująca się wałkami skarbowymi, jest mafia zajmująca się wyłudzeniami majątków, jest mafia zajmująca się okradaniem starych ludzi, jest mafia zajmująca się szantażowaniem polityków.
    Cały kościół katolicki jest jedną wielką mafią.

  • ola-blue

    Oceniono 10 razy 10

    Jestem wkur..na na kościół. Głęboko zawiedziona. Zraniona. Postrzegam go już nie jako podporę człowieczeństwa, dobra i wiary (tak było kiedyś), ale jako mafijną organizację, żerującą na ludziach wierzących. Ofiary kościoła - idące w miliony, to, co robiły zakonnice katolickie w Irlandii (Tuam), pedofilia klechów, gwałty księży katolickich na zakonnicach i zmuszanie ich do aborcji (raport w Planete+), niewyobrażalne zakłamanie, pycha, materializm -czyni mi tę organizację ODRAŻAJĄCĄ.

  • claudiusz

    Oceniono 12 razy 10

    wlasnie otrzymalismy zezwolenie od prokuratury na nazwanie polskiego pedofilskiego kosciola ..CZARNA ZARAZA...

  • zmudzin_jozef1

    Oceniono 13 razy 9

    Wiadomo od wieków,iż osobnicy w habitach i czarnych sukniach cudzołożą /celibat/ z dziećmi - a możni kościoła chronią tych umazanych pedofilią.

  • dryl1

    Oceniono 12 razy 6

    Nie ma miejsca na osoby homoseksualne w kościele, zresztą wszędzie gdzie mogą wykorzystać swoją przewagę , w szkołach , szpilkach wśród ciężko chorych. A lawenda w kościele rządzi.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX