O autorze ewa.wanat

redaktor naczelna Radia TOK FM

Statystyki bloga:
  • Liczba odwiedzin: 5117
  • Wpisów na blogu: 16
  • Liczba komentarzy: 963
  • Jestem pod wrażeniem

    26.01.2012 18:58

    Nie sądziłam, że tak szybko i w tak sensowny sposób zacznie żyć to blogowisko. To jest w ogóle niewykła rzecz, że tylu ludziom chce się pisać! Czy to znaczy, że tak wielu z nas pisało kiedyś, w erze przedinternetowej, pamiętniki do szuflady? Czy też dopiero szansa na to, że się będzie czytanym wyzwoliła w tak wielu ludziach wenę twórczą? Ciekawe byłoby porównianie badań dotyczacych spadku czytelnictwa z badaniami pisalnictwa blogów. Może mniej czytamy, ale za to więcej piszemy?

    Bardzo gorąco witam Wszystkich blogerów i cieszę się, że przyszliście własnie do nas, obiecuję że my, czyli Radio TOK FM, będziemy uważnie śledzić Wasze wpisy, brać pod uwagę Wasze opinie, zajmować się tematami, które zaproponujecie. Witajcie na pokładziesmile

    P.S.

    Rzecz nie warta osobnej notki, ale nie mogę się powstrzymać - rozumiem, że posłowie Dziedziczak i Suski szacunku do bliźniego uczyli się na lekcjach tej religii, która jest źródłem ich wartości życiowych? Też chodziłam na lekcje religii - mam jednak wrażenie, że to była jakaś zupełnie inna religia...

  • Szatnia męska

    12.11.2011 16:53

    Dlaczego posłowie i posłanki dostają ataku śmiechu, kiedy Robert Biedroń używa jednego z najbardziej wyświechtanych związków frazeologicznych, jakim jest określanie pewnego rodzaju argumentów jako argumenty ?poniżej pasa?? Skąd te skojarzenia? Co się kłębi w głowach posłów i posłanek PIS , PO, PSL że duszą się ze śmiechu?

    1--> Śmiech często bywa bronią, czasami w słusznej sprawie, czasem przykrywa lęk przed tym, czego nie rozumiemy i czego się boimy. Ale w jaki sposób posłom i posłankom z PO, PIS i PSL może zagrażać Robert Biedroń? Czego boi się posłanka Julia Pitera, premier Donald Tusk, poseł Grzegorz Schetyna? Ludzie, którzy na użycie zupełnie zwyczajnego określenia "poniżej pasa" reagują neurotycznym, lękowym śmiechem, boją się zapewne tego, że ci "oni", którzy do tej pory maszerowali w paradach równości, w bezpiecznej odległości od gabinetów i sal plenarnych, właśnie się znaleźli w fotelach obok i można się od nich zarazić - homoseksualizmem, transseksualizmem, feminizmem. Jak grypą. Stara prawda głosi, że takie irracjonalne lęki biorą się ignorancji, z braku wiedzy. Ja te lęki nawet rozumiem, moja babcia bała się latać samolotem, bo nie mogła uwierzyć, że coś tak wielkiego i ciężkiego jest w stanie oderwać się od ziemi. Poziom wiedzy o prawach człowieka tych, którzy się śmiali jest dokładnie taki sam, jak poziom wiedzy mojej babci na temat praw aerodynamiki. Ale jakoś jeszcze mogę ten lęk zrozumieć - znam ten poziom niewiedzy, konfrontuję się z nim co tydzień prowadząc program o zdrowiu seksualnym z dr. Andrzejem Depko. Niestety - w tym śmiechu słychać obok lęku coś o wiele gorszego - słychać pogardę Robert Biedroń mówił dziś w radiu TOK FM: "Musimy się zmierzyć się z różnorodnością, z ludźmi, którzy do tej pory byli marginalizowani, a dziś są w parlamencie. To oswajanie może być trudne" Ono będzie nie tylko trudne, ale jak właśnie zobaczyliśmy będzie również raniące i nie tylko dla Biedronia, ale również dla kilku milionów polskich obywateli i obywatelek, do których ten pogardliwy śmiech był skierowany. Mnie ten śmiech również zranił. Oglądając ten sejmowy wybryk czułam się tak, jak zapewne musi się czuć klasowa oferma w męskiej szatni. Poseł Biedroń mówi: "poniżej pasa". W Sejmie wybuch śmiechu [SŁUCHAJ]>>

  • W przeciwieństwie do Jarosława Kaczyńskiego, Mariusza Kamińskiego, Jerzego Wenderlicha i Janusza Piechocińskiego, którzy krytykują ministra Rostowskiego za jego wypowiedź w Parlamencie Europejskim, wysłuchałam całego wystąpienia ministra, a nie tylko ostatniego fragmentu i uważam, że zamiłowaniem do taniego efekciarstwa zepsuł swoją, naprawdę ważną, wypowiedź.

    1--> W naszej redakcji trwał gorący spór - wygłupił się czy nie, miał prawo do takiej metafory po to, by wstrząsnąć europejskimi decydentami, czy też użył jej nietrafnie i potrząsnął nie tymi, którymi chciał i w zupełnie innej sprawie niż ta, o którą mu chodziło? Jeżeli minister szukał chwytu retorycznego mającego być mocnym końcowym akcentem, podkreślającego zagrożenia, skłaniającego do refleksji może powinien był najpierw siłę swojej metafory wypróbować na jakimś życzliwym mu słuchaczu i uniknąłby wpadki. Przecież minister, który nie pierwszy raz w życiu przemawia, nie pierwszy raz posługuje się chwytami retorycznymi doskonale wie, jak działa umieszczona na końcu przemówienia silna metafora, jak się zapamiętuje takie wystąpienia, co media wybiją jako lead. Opowieść o znajomym, poważnym prezesie banku, który wysyła swoje dzieci na inny kontynent, bo boi się wysyła swoje dzieci na inny kontynent, bo boi się wojny , która może zagrażać Europie... W głowie mi się nie mieści, że minister nie wiedział, jakie to może wywołać reakcje. Ktoś mi dziś tłumaczył: "to taka metafora, wciąż się mówi o froncie walki z inflacją, wojnie z bezrobociem etc". Trzeba bardzo dużo dobrej woli, żeby tak zrozumieć słowa ministra Rostowskiego. Minister finansów jest przedstawicielem aparatu państwa, członkiem rządu - dla przeciętnego Polaka jest kimś, kto jest bardzo dobrze poinformowany, wie więcej niż inni, może na kilka kroków naprzód przewidywać, co się wydarzy. I ktoś taki mówi, że są poważni ludzie, którzy sądzą, że być może grozi nam wojna, może trzeba się zacząć zabezpieczać, może trzeba zacząć przeciwdziałać... Gdyby te słowa były skierowane tylko do rządów, do polityków to pół biedy, ale skrzydlata myśl ministra dotarła pod strzechy - co może zrobić zwykły szaraczek, jeśli minister jego rządu ostrzega, że poważny człowiek -prezes banku, były członek rząd - uważa, że możliwa jest wojna? Wykupić cukier, konserwy, naftę i zapałki z okolicznych sklepów? Wypłacić oszczędności z banku i kupić za nie złoto? Wyemigrować do tych jakże bezpiecznych Stanów Zjednoczonych? Wszelkie głupoty (lub prawie wszelkie) mogą na takim forum wygadywać przedstawiciele opozycji - ich wilcze prawo, z którego zresztą często bez skrupułów korzystają. Ale członek rządu jest jak członek zarządu firmy. Wyobraźmy sobie taką sytuację: prezes jakiejś dajmy na to spółki akcyjnej w trakcie debaty na temat kryzysu opowiada gdzieś na publicznym forum, że jest źle i że kolega z zarządu proponuje, żeby w najbliższym czasie przeprowadzić w tej spółce zwolnienia grupowe? Jaka od tej chwili zapanowałaby atmosfera w tym przedsiębiorstwie? Jak wyglądałaby motywacja pracowników, wydajność pracy? Odpowiedzialny szef nigdy by nic takiego w żadnych okolicznościach nie powiedział. Nie w ten sposób się ogłasza takie wieści - jeśli są prawdziwe. Bo jeśli nie są prawdziwe, a mają być tylko chwytem retorycznym - to może tylko znaczyć, że prezes nie ma wyobraźni i nie rozumie, jak taki "chwyt retoryczny" może wpłynąć na jego pracowników i w rezultacie na kondycję firmy. Ciekawe co powiedzieliby o takim złotoustym szefie akcjonariusze tej spółki? Maciej Głogowski, szef redakcji ekonomicznej TOK FM> Posłuchajcie całego wystąpienia Blog Ewy Wanat>> Wszystkie felietony na Tokfm.pl>>

  • Każdy pretekst jest dobry, żeby nie rozmawiać. Prezes PiS Jarosław Kaczyński odmówił udziału w debacie, na którą Radio TOK FM zaprasza przedstawicieli siedmiu największych komitetów, które zarejestrowały ogólnopolskie listy. Tym razem pretekstem jest niezapraszanie przez nas pracowników ?Gazety Polskiej?.

    1--> Panie Prezesie - ale my nie zapraszamy nie tylko członków tej redakcji - nie zapraszamy również pracowników takich "pism" jak "Fakty i Mity", "Nasz Dziennik", gazetki Tesco czy "Prześlij swój przepis". W naszym radiu podajemy informacje - czyli fakty, a nasi goście - eksperci i publicyści reprezentujący różne punkty widzenia - analizują je, interpretują, komentują. Zapraszamy dziennikarzy wszystkich poważnych i niezależnych mediów w Polsce. Nie zapraszamy pracowników pism reklamowych, partyjnych biuletynów oraz wydawnictw, które tylko imitują prasę. TOK FM zaprasza na debatę

  • Premier Donald Tusk wyzwał Jarosława Kaczyńskiego na pojedynek. I znowu, choć się naprawdę staram powstrzymać, mam skojarzenia westernowe - dwóch silnych mężczyzn, zakurzone miasteczko Dzikiego Zachodu, niepokojąca muzyka i kamera patrząca przez szeroko rozstawione nogi kowboja. Prosty obraz świata - jest ten dobry i ten zły, jest walka, która może mieć tylko zero-jedynkowe rozwiązanie - albo dobro zwycięży i wszytko będzie już cacy, albo zwycięży zło i miasteczko pogrąży się w kompletnym chaosie.

    Rozumiem, że ta przedwyborcza westernowa taktyka może się części wyborców spodobać - silne są tęsknoty za nieskomplikowanym obrazem świata, za jednoznacznymi rozwiązaniami. Klisze są zwyczajnie bezpieczne i wygodne - często spotykam inteligentnych ludzi, którzy z miną odkrywcy i posiadacza jedynie słusznej, a zarazem własnej oryginalnej prawdy, częstują mnie kliszami, stereotypami i każdą rozmowę na temat polityki sprowadzają do wymiarów naleśnika. I być może dla nich poetyka westernu ma uwodzicielską moc, ale myślę, że dla wielu wyborców western może być filmem, w którym nie będą chcieli zagrać - po prostu nie pójdą na wybory.

    Partia tak ustawiając wyborcze dylematy - do rozmiarów pojedynku dwóch kowbojów - pokazuje, że demokrację i debatę traktuje instrumentalnie, a słabszymi w sondażach niż PiS przeciwnikami politycznymi po prostu gardzi.

    Premier wzywa prezesa PiS do debaty, a innym wysyła sygnał: "nie chce mi się nawet z wami gadać". Dziwnie to podobne do działań PO w Warszawie w sprawie prywatyzacji SPEC - 150 000 osób podpisało się pod wnioskiem o przeprowadzenie w tej sprawie referendum, trwa liczenie głosów, jeszcze nie było głosowania w Radzie Miasta - ale już pani prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz i pan wiceprezydent Kochański powiedzieli w naszym radiu, że referendum nie będzie. Skąd oni to wiedzą? Nie mogę wyjść ze zdumienia - przed podliczeniem głosów i przed głosowaniem? A może mówią tak, ponieważ demokrację i debatę traktują instrumentalnie?

    Marzy mi się taki nieco lepszy świat, w którym politycy u władzy będą pamiętać, że w każdej chwili mogą się znaleźć w opozycji, że są tylko na pewien czas wynajęci przez społeczeństwo do rozwiązywania problemów, że większość w parlamencie czy radzie miasta nie oznacza monopolu na rację i nie zwalnia z uczestnictwa w demokracji, a jednym z koniecznych warunków dobrego jej funkcjonowania jest debata, dyskusja, wymiana argumentów - ze wszystkimi, którzy mają choćby najmniejszy demokratyczny mandat, chcą i potrafią rozmawiać.

    Dzisiaj w Popołudniu Radia TOK FM Rafał Grupiński na pytanie Grzegorza Chlasty: "dlaczego PO nie chce rozmawiać z SLD?" odpowiedział: " bo nie ma z kim w SLD rozmawiać, wszystkie znaczące osoby odchodzą od SLD". Grzegorz rozmawiając ze mną przed programem zauważył: "PO chce po prostu zniszczyć SLD, to jest w tej chwili jej przeciwnik". I właśnie jeden z najważniejszych polityków PO potwierdził to, tym samym również i to, że można demokrację czasami potraktować per noga - w imię wyższych niż demokracja celów - czyli w imię zwycięstwa tzw. dobra nad tzw. złem. Bo wiemy, co się czai za każdym węgłem naszego zakurzonego miasteczka - ten straszny kowboj PiS, a głosowanie na jakąkolwiek inną partię niż PO jest głosowaniem na PiS - ta skrzydlata fraza łopocze złowieszczo nad każdą naleśnikową rozmową o polityce.

    A ja oczyma wyobraźni widzę tę kilkumilionową armię potencjalnych wyborców, którzy podobnie jak ja, mają nieuleczalną alergię na westerny. I w październiku tego roku pozostaną tylko POTENCJALNYMI wyborcami.

    PS: Gdyby Pan Premier zmienił zdanie Radio TOK FM bardzo chętnie podejmie się zorganizowania i transmitowania debat przedwyborczych w szerszym niż tylko PiS i PO gronie.

  • Dajmy już w końcu spokój temu nieszczęsnemu Rydzykowi. Przestańmy się wsłuchiwać w niczym nieograniczony strumień jego świadomości. Roztrząsając od tygodnia, co powiedział w Brukseli, podnosząc wypowiadane przez niego głupstwa i bzdury do rangi międzynarodowego skandalu, stawiamy Tadeusza Rydzyka w miejscu, w którym nigdy nie był i nie sądzę, żeby tam kiedykolwiek trafił - na agorę wymiany opinii opartych na racjonalnych przesłankach, logicznych dyskusji na argumenty. Ksiądz dyrektor ma charyzmę - a ta wieje kędy chce i nie zważa ani na iloraz inteligencji, ani na mądrość, ani na przyzwoitość.

    Kiedyś przez ponad godzinę obserwowałam w TV Trwam kazanie księdza w jakimś kościele - to było jak wezbrana rzeka, która przerwała wały i jest nie do opanowania - przede wszystkim przez siebie samą - żadne zdanie nie miało początku ni końca, sieć splątanych dygresji, piętrowych konstrukcji bez ładu i składu - nie jestem w stanie powiedzieć, o czym było to kazanie i co miało z niego wyniknąć. Myślę, że raczej było rodzajem hipnotycznej mantry - wierni w kościele kiwali się rytmicznie w przód i w tył, wyglądali jak w transie.

    Niech sobie Tadeusz Rydzyk mówi co chce, gdzie chce i kiedy chce - jeżeli wolność, to dla wszystkich. A jeżeli polski Kościół to toleruje, to widać, ze się z Rydzykiem zgadza. Więc niech się zgadza - polski Kościół też jest wolny, może robić, co chce, nawet popełniać powolne samobójstwo na oczach zrozpaczonych wiernych.

    Mnie co innego interesuje - skoro ok. 2 miliony Polaków słuchają głosu Tadeusza Rydzyka w swoim domu, czyli Radia Maryja, tzn. że dostają tam to, czego nikt inny dać im nie potrafi. To znaczy, że Rydzyk ma dla nich tak atrakcyjną ofertę, jakiej nie dostaną nigdzie indziej - ani od polityków, ani od organizacji pozarządowych, ani od ludzi tworzących kulturę, od szkół i uniwersytetów, ani od nas - dziennikarzy, ani od światłej części polskiego Kościoła (istnieje taka, naprawdę!)

    Myślę, że to jest najważniejsze pytanie - skąd się bierze popularność Tadeusza Rydzyka, dlaczego znajduje posłuch dla farmazonów, które głosi, a nawet uwielbienie u tak ogromnej rzeszy naszych rodaków? Dlaczego czują się wykluczeni, pogardzani? Jak to się mogło wydarzyć w XXI wieku, w środku Europy, w wolnej Polsce, że tak wielu Polaków myśli, że Polską rządzi jakiś żydowsko-masoński spisek? I że oni, słuchacze głosu Rydzyka nie są u siebie?

    Ci ludzie nie znikną, nie zapadną się pod ziemię, nie wyprowadzą - są u siebie. Może zacząć wreszcie z nimi rozmawiać? Może zamiast nieustająco do nich mówić, pouczać ich - zacząć ich słuchać, dowiedzieć się czego się NAPRAWDĘ obawiają, czego nie rozumieją, z czym nie chcą się pogodzić. Dlaczego wierzą w żydowski spisek i dlaczego ufają właśnie komuś tak bardzo nie zasługującemu na zaufanie jak dyrektor Radia Maryja?

     

    Ewa Wanat

  • Nie wydaje mi się, żeby piłka nożna powinna należeć do priorytetów państwa. Nie mogę znaleźć uzasadnienia dla wydawania lekką ręką setek milionów złotych na nowe stadiony, skoro na naukę i kulturę trzeba wydzierać państwu i samorządom jakieś marne ochłapy.

    Jaką kulturotwórczą, edukacyjną, rozwojową, modernizacyjną rolę spełnia piłka nożna? W czym piłka nożna jest lepsza, ważniejsza, bardziej znacząca dla demokracji, dla rozwoju cywilizacyjnego Polaków w porównaniu z teatrem, filharmonią, festiwalem, uniwersytetem, instytutem badawczych? Ponieważ sport jest ważny, bo sport to zdrowie? Owszem - ale sport, który się samemu uprawia, a nie sport, który się ogląda.

    I w kontekście tych setek milionów złotych wydanych na stadiony dziwi mnie, że państwo polskie wypowiedziało wojnę tym, dla których przecież te stadiony wybudowano. To przecież dla nich te tysiące pięknych nowych plastikowych krzesełek, kiełbaski z cateringu 'Litara', błyszczące nowością płotki, przez które tak zgrabnie się przeskakuje i bramki, którymi z taką radością można rzucać, ta świeża zielona murawa, po której tak fantastycznie się biega i od której tak lekko się odbić, by kopnąć w plecy kamerzystkę Polsatu.

    Nie zająknęłabym się ani słowem na temat piłki nożnej, kibiców i kiboli gdyby nie dzisiejszy gość Kuby Janiszewskiego w programie Nisza - Anna Dyner, na co dzień znana słuchaczom naszego radia jako kompetentna ekspertka od Białorusi. Dziś na naszej antenie zrobiła coming out jako kibolka. I właśnie jako kibolka Pani Anna ubolewała nad niesprawiedliwością mediów, przez które wszyscy kibice, oczywiście bezpodstawnie, zostali wrzuceni do jednego worka.

    Z coraz szerzej otwartymi ustami słuchałam o tym, że kibolstwo to bardzo złożone zjawisko, że clou meczu są ''kartoniady'' i ''baloniady'' (a ja naiwna myślałam, że pięknie strzelane bramki po udanych akcjach), że tzw. ultrasi w Bydgoszczy nie demolowali stadionu, nie kopali kamerzystki w plecy tylko robili piękną ''sektorówkę przedstawiającą legijnego buldoga'' (sic!), że w 2006 roku, kiedy kibice Legii zdemolowali Starówkę w Warszawie nasza rozmówczyni była z nimi do pierwszej w nocy i był '''święty spokój''. Byłam akurat wtedy na Nowym Świecie, dużo przed pierwszą w nocy i myślę, że pani Ania przebywała być może w tym samym czasie, ale jednak w jakiejś równoległej rzeczywistości.

    Kiedy Kuba Janiszewski wzruszony opowieścią o wspaniałych, pełnych dziecięcej radości wspólnotowych przeżyciach kibiców pyta naiwnie: ''to dlaczego wybiegają z zasłoniętymi twarzami, czego się boją, dlaczego nie chcą pokazać swojego radosnego uśmiechu?'' pani Ania odpowiada z rozbrajającą szczerością: ''bo prawo jest takie, jakie jest'', a kiedy Kuba pyta: ''a ci co nieśli tę bramę to nieśli ją w geście tryumfalnym?'' pani Ania z ulgą stwierdza: ''akurat to nie kibice Legii ją nieśli, więc nie będę się wypowiadała za rywali''. Za ''rywali'' Pani Aniu? Czy to znaczy, że tak jak rywalem piłkarzy Legii są piłkarze Lecha, tak rywalami dla kibiców Legii są kibice Lecha? I oni też muszą walczyć? Przenieść GRĘ jaką jest piłka nożna ze sfery umowności w sferę dosadnych konkretów? Wyrywać bramki, rzucać petardami, kopać bezbronnych ludzi? Czym różnią się od siebie kibole Legii, Lecha, Wisły, Widzewa? Bo ja nie potrafię nigdzie tych różnic dostrzec - wyglądają identycznie - wszyscy noszą dresy, kaptury, zasłaniają twarze szalikami, są ogoleni na łyso (oczywiście oprócz Pani, Pani Aniu). Zachowują się tez identycznie - i jedni i drudzy wywieszają na trybunach antysemickie transparenty, wydają odgłosy imitujące małpy, gdy widzą czarnoskórego zawodnika, demolują stadiony, które zostały wybudowane za nasze wspólne pieniądze. Wytężam wzrok ale nijak nie mogę zobaczyć tych kilku szczegółów różniących od siebie ''rywali''. Dowiedziałam się też z tej rozmowy, że chuligani są właściwie godni naśladowania, ponieważ mają swój kodeks honorowy. ''I daj Boże, żeby tak wszyscy ''.

    Jak Państwo mi nie wierzą to proszę posłuchać:

    I w tej chwili to właściwie tylko jedna konkluzja przychodzi mi do głowy - chyba nie ma wyjścia, chyba trzeba będzie piłkę nożną zdelegalizować, skoro to taka trucizna, która nawet młodym, realizującym się w życiu warszawskim intelektualistkom potrafi odebrać rozum.

  • Niepokoją mnie nawoływania do zrobienia porządku z ludźmi demonstrującymi na Krakowskim Przedmieściu, podważanie ich prawa do ''zawłaszczania przestrzeni publicznej'', wezwania do karania za obraźliwe i agresywne okrzyki i transparenty.

    Od kilku lat co roku, wraz z tysiącami innych ludzi biorę udział w zawłaszczaniu przestrzeni publicznej maszerując w Paradzie Równości przez Warszawę i wspierając w ten sposób mniejszości seksualne w ich postulatach antydyskryminacyjnych. I wkurzam się, gdy słyszę i czytam, że należy zabronić, że to propagowanie zgorszenia publicznego, że promocja zboczeń etc.

    Mniejszości mają takie same prawa do demokracji, jak większość społeczeństwa. Ba - społeczeństwo w ogóle składa się z różnych mniejszości - mniejszością są homoseksualiści, Żydzi, Romowie, Niemcy, Białorusini, Kaszubi, prawosławni, protestanci, ateiści, filateliści, rowerzyści, wędkarze, myśliwi, wegetarianie, górnicy, pielęgniarki, członkowie klubów Gazety Polskiej, słuchacze Radia Maryja, czytelnicy Gazet Wyborczej, czytelnicy ''Uważam Rze'', słuchacze Radia TOK FM. I wszystkim nam konstytucja daje prawo do zgromadzeń i wolności słowa. Mamy prawo demonstrować, nie zgadzać się, walczyć o to, co uważamy za słuszne, nawet - niestety - obrażać i werbalnie atakować władzę.

    Każdy kij ma dwa końce - nie chcę, żeby ktoś podważał prawo gejów i lesbijek do głośnej, publicznej krytyki polskich władz, do noszenia transparentów i wznoszenia okrzyków - nie zawsze łagodnych, często i obraźliwych i agresywnych - dlatego dbając o wolność tych, z którymi się zgadzam, poważnie niepokoję się o wolność tych, z którymi mi nie po drodze.

  • Wolność słowa

    23.01.2011 10:41

    Wczoraj wieczorem pod URM w Warszawie odbyła się kolejna demonstracja części środowiska dziennikarskiego w sprawie zagrożonej wolności słowa w Polsce. Pretekstem do tej i poprzedniej demonstracji, oraz do spotkania, które odbyło się w siedzibie SDP w Warszawie jest zdejmowanie programów i usuwanie z mediów publicznych dziennikarzy określanych jako prawicowi. Co o tym myślę, napisałam już na tutaj>> I zdania od tamtego czasu nie zmieniłam.

    Ale coś mi się przypomniało przy tej okazji. W wydawnictwie Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka z maja 2010 r. pt: ''Współczesna cenzura'' jest m.in. taki fragment: ''Kolejnym zagadnieniem (po paragrafie 212.k.k), jakim zajęliśmy się w ramach 'Obserwatorium wolności mediów w Polsce' jest podejmowanie interwencji przez Krajową Radę Radiofonii i Telewizji w celu ochrony m.in. przed deformacją języka polskiego, obrazą symboli narodowych, obrazą uczuć religijnych czy treściami nieodpowiednimi dla małoletnich. Z naszych obserwacji wynika, iż KRRiTV w okresie listopad 2008 do maja 2010 r. wszczęła znaczną liczbę postępowań przeciwko prywatnym rozgłośniom radiowym, w szczególności TOK FM, dotyczących obrazy uczuć religijnych'' i dalej: ''Jak wynika naszych obserwacji, wszczynając procedurę rada zmusza nadawcę do podjęcia znaczących nakładów czasowych i finansowych w celu wyjaśnienia sytuacji. W piśmie inicjującym postępowanie Rada nie wskazuje bowiem, na czym polega sprzeczność z ustawą i do czego nadawca ma się ustosunkować. Działa on więc po omacku, nie wiedząc jakie zarzuty powinien odeprzeć. Kary finansowe są nakładane niezwykle rzadko, niemniej jednak jak już zostaną nałożone są sporym obciążeniem dla nadawcy i często nie są proporcjonalne. Przykładem może być kara 1000 000 zł nałożona na telewizję Polsat w związku z programem Kuby Wojewódzkiego, w którym miał obrazić spikerkę Radia Maryja. Uciążliwość postępowania, jak i grożące wysokie kary finansowe często powodują ''autocenzurę'' wśród nadawców, którzy wolą bądź zaniechać zapraszania poszczególnych gości, bądź natychmiastowo przeprosić za wyemitowany program jeżeli budził on jakiekolwiek kontrowersje czy wątpliwości Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji''.

    Zgadzam się z Joanną Lichocką, Jackiem Karnowskim, Janem Pospieszalskim, Rafałem Ziemkiewiczem, że wolność słowa jest w Polsce zagrożona - od dawna jest zagrożona - dziwi mnie tylko, dlaczego dopiero teraz to zauważyli?

  • Na koniec roku i dwudziestolecia źle trafiłam chyba - przede wszystkim przestrzennie, co wywołało u mnie garść niewesołych refleksji...

    Od 20 lat, kiedyś prawie w każdy weekend, a dziś ze trzy razy w roku, przemierzam trasę A2 z Poznania w okolice zachodniej granicy - kilkoro przyjaciół kupiło tam stare młyny, byłe leśniczówki, jeden nawet sporo zainwestował w niegdysiejszą elegancką miejscowość letniskową Berlina - za komuny senne, zapyziałe miasteczko znane tylko z letniego festiwalu filmowego - w Łagów Lubuski. Mój przyjaciel, kiedyśmy z niedowierzaniem pukali się w czoła widząc, jak się zapożycza i sprzedaje mieszkanie w Poznaniu - niezrażony, pełen entuzjazmu roztaczał przed nami widok świetlanej przyszłości Łagowa - najwyżej 10 lat i tu będzie środek Europy! Łagów w jego wizjach miał stać się - dzięki autostradzie prowadzącej prosto z Berlina - kurortem tętniącym życiem - na co zresztą z powodu swej urody, przepięknych czystych jezior i uroczego krajobrazu w pełni zasługuje. Ani po dziesięciu, ani po dwudziestu latach marzenia się nie ziściły - gdyby nie firmowe imprezy integracyjne, wesela, chrzciny i stypy przyjaciel dawno poszedłby z torbami. I dawno już zrezygnował z ambitnych planów letniego sezonu kulturalnego w Łagowie: z koncertów, teatrów, wystaw - potencjalni widzowie zamiast niecałą godzinę mknąć autostradą musieliby tłuc się z Berlina (oddalonego od 120 km od Łagowa) trzy lub cztery godziny po wyboistych drogach i dziurawych dróżkach. A miejscowych wczasowiczów poza frytkami, piwem i rowerami wodnymi nic więcej nie interesuje.

    Pamiętam jak na początku lat 90. przy tejże trasie A2 autochtoni, powodowani widocznie takim samym entuzjastycznym optymizmem, sklejali z tego, co tam kto miał pod ręką: knajpy, stacje benzynowe, budki z kiełbaskami, budy z gipsowymi krasnalami, do których dołączały co roku nowe postaci - brzuchaci kucharze, murzyńscy służący w liberiach, Marilyn Monroe z podwiewaną sukienką, antyczne fontanny, holenderskie wiatraki, a ostatnio słonie, hipopotamy oraz żyrafy naturalnej wielkości. I właściwie ten asortyment ogrodowy jest chyba jedyną rzeczą jaka się przez dwadzieścia lat zmieniła na polskim odcinku jednej z najbardziej ruchliwych tranzytowych tras Europy Berlin - Moskwa.

    Te wszystkie prowizorki, brzydactwa, blaszaki jak stały tak stoją, przydrożne miasteczka i wsie nadal wyglądają jak wyglądały - biednie, szaro, byle jako. Aha i jeszcze jedno się zmienia - powstają gigantyczne supersamy dla kierowców TIR-ów z pełną gamą usług: knajpy z golonką i kebabami, sklepy z gadżetami elektronicznymi, dresami i skarpetami w rozmiarze powyżej 44 - a przy nich wielkie parkingi i rosnące jak grzyby po deszczu burdele - ten, którego estetyka zewnętrzna jakoś szczególnie mnie ujęła nosi nazwę ''Alibi'', a na balustradzie balkonu w pozie niedbałej acz kuszącej leży gigantyczna (tak ze 3 metry długości) plastikowa goła baba z ogromnym biustem.

    Dlaczego przez dwadzieścia lat nikomu nie udało się zbudować sieci autostrad w Polsce? Nikt, najwięksi specjaliści w tej dziedzinie nie są w stanie przekonująco odpowiedzieć na to pytanie.

    Piękne tereny pojezierza lubuskiego tak jak i 20 lat temu są zamknięte zarówno dla polskich jak i dla niemieckich turystów - najpiękniejsze, najczystsze jeziora położone wśród gęstych lasów są niedostępne. Tak jak za PRL były tam poligony strzeżone tabliczkami ''Wstęp wzbroniony, grozi śmiercią'', tak jest i dzisiaj. Można owszem poprosić dowódcę tamtejszej jednostki o przepustkę na wjazd na teren poligonu, żeby się podczas upalnego lata ponurzać w krystalicznie czystej pachnącej wodzie - komendant przyjmuje interesantów raz w tygodniu w odległym o kilkadziesiąt kilometrów garnizonie, trzeba tam pojechać i złożyć podanie, po tygodniu znowu trzeba tam pojechać i odebrać przepustkę - oczywiście na czas ograniczony. Można zaryzykować kąpiele przez ten tydzień pomiędzy złożeniem podania, a odebraniem przepustki, tak jak zrobiliśmy to my, ale do średniej przyjemności należało wychodzenie z wody pod lufami karabinów (zresztą jakbyśmy mieli przepustkę, to przecież nie w kąpielówkach - też trzeba byłoby wyjść pod czujnym okiem żołnierza i ją okazać).

    Tam, gdzie akurat jednych z najpiękniejszych miejsc ziemi lubuskiej nie okupuje wojsko (a co to za różnica dla prostego miłośnika przyrody czy to Armia Czerwona czy NATO) - tam sprawę załatwiły władze gminy Torzym wyprzedając na lewo i prawo gminne działki nie bacząc na to, że np. niezwykłej urody jezioro Garbicz stało się kompletnie niedostępne dla zwykłego człowieka - wszędzie prywatne działki, z prywatnymi pomostami i wbrew przepisom zamknięte przez właścicieli dojścia do jeziora. Ba - gmina Torzym sprzedała nawet stawy w Parku Krajobrazowym. Wokół tych stawów wiedzie gminna ścieżka rowerowa - kiedy się dwa lata temu zapuściliśmy tam rowerami przegonił nas właściciel ze sztucerem - bo niebacznie na chwilę zeszliśmy z rowerów, żeby podziwiać łabędzie na stawie - nie wolno się zatrzymywać na tej ścieżce, tylko można nią przejeżdżać, bo on ''i tak łaskę robi gminie, że ją udostępnia'' (to publiczna, gminna droga!) - moje wątpliwości, co do prawomocności tych uwag właściciel stawów rozwiał strzelając na postrach ze sztucera - nie wdawałam się dalej w dyskusje, dobrze, że rowery mieliśmy sprawne! Sprawę zgłosiliśmy do prokuratury, a prokuratura co zrobiła? Umorzyła sprawę. I tyle.

    Tak tam wygląda latem, a zimą... Wracałam po świętach z tych zachodnich rubieży płatną autostradą do Poznania - tzw. autostrada cała oblodzona, zawiana śniegiem wiła się smętnie przez równie smętny krajobraz zachodniej Polski, o której mówiło się kiedyś, że ma być pionierem zmian... Kiedy to było....

    Potem jeszcze próby zjedzenia obiadu 26 grudnia w dużym wojewódzkim mieście w środku Europy. W Poznaniu - w centrum otwarte dwie restauracje na krzyż (obie zresztą wyjątkowo marne). Ciekawe co mają zrobić w taki dzień obcokrajowcy, turyści, innowiercy, czy też nasi miejscowi ateiści, którzy nie świętują, a nie mogą, nie chcą lub nie lubią gotować?

    Byłam niedawno przez chwilę na Białorusi - jest pokryta siecią autostrad, a lady sklepów w Mińsku uginają się pod różnorodnością smakołyków z całego świata - inna sprawa kogo na to stać. To jedna z najsmutniejszych moich konstatacji tego roku - wbrew temu, w co wierzyliśmy na początku lat 80. - do osiągnięcia rozwoju gospodarczego wcale nie jest niezbędna wolność (Chiny są tego najlepszym przykładem). Jakim kosztem ludzkim się to odbywa - o tym w tej chwili nie piszę. Piszę tylko, że rozwój materialny jest możliwy bez wolności - trudno, jakoś się z tym odkryciem muszę pogodzić.

    A poza tym przez dwadzieścia lat istnienia wolnej Polski wciąż nie dajemy sobie rady z zimnem zimą, upałami latem, oraz: wodą, PKP, służbą zdrowia, przedszkolami na wsiach, finansowaniem kultury i nauki, wychowaniem seksualnym w szkołach, coraz bardziej odhumanizowanym rynkiem pracy - przez cały rok...

    I jakoś nie mogę pogodzić się z tym, że wolność (i osobista, i polityczna, i gospodarcza) nie jest wystarczającą motywacją do tego, żeby tworzyć to, co potrzebne i pożyteczne - jak np. drogi. I że ta wolność nie uwolniła jezior w Lubuskiem - no to, to jest jeden z największych skandali dwudziestolecia! Coś nam z tą wolnością nie do końca wychodzi. Umiemy za nią ginąć, ale jako żywi - nie wiemy jak z niej korzystać. Może byśmy się jakoś podzielili rolami z inną nacją, która ma jakieś inne niż my wady? - tak np. o Czechach pisze Mariusz Szczygieł w ''Zrób sobie raj''. Może tak - my będziemy o tę wolność walczyć, a Czesi nauczą nas jak z niej korzystać?

    A może polscy politycy to jakieś przegrane pokolenie, pokolenie nieudaczników, czasami pewnie pełne dobrych chęci - tylko kompetencji brak. Bo niby skąd je brać - całe życie w PRL. Ale czescy politycy też przecież żyli w komunie. No i po niektórych to widać aż nadto. To musi być coś w wodzie jednak, albo w powietrzu...

    W niewesołym nastroju kończę ten rok.

    A na Nowy Rok - Państwu i sobie życzę, żebyśmy potrafili uczyć się od innych - tego, co inni potrafią robić lepiej niż my: - np. od Chorwatów budowy autostrad, od Czechów - dystansu do samych siebie i do życia, od Francuzów, Włochów, Hiszpanów - radości z biesiadowania z rodziną i przyjaciółmi w knajpach - a nie w domu, gdzie ktoś zawsze musi najpierw nagotować a potem pozmywać - itd., itp. - lista jest otwarta...

Zobacz także

Komentuj, dodawaj zdjęcia i znajomych!