Masz już blog? Dodaj wpis po zalogowaniu.

12.04.2016 15:52

Postdok po polsku

Naukowcem chciałem być od dawna. Na studiach karierę postanowiłem zrobić według obowiązujących światowych standardów i nawet krótko planowałem po licencjacie na UW przenieść się na UJ. Podczas magisterki, wystraszony polskimi studiami doktoranckimi, zdecydowałem się zrobić doktorat za granicą i wyjechałem do Anglii. Tamtejszy uniwerek poprosił mnie (jako obcokrajowca) abym przyjechał 2 tyg. wcześniej abym się wdrożył w tamtejszą strukturę i akademickie obyczaje. Akademik miałem zapewniony. Mając uczulenie na pleśń oraz wilgoć nie zagrzałem tam dłużej niż doktorat i wróciłem jednak do Polski, gdzie zrobiłem swojego pierwszego postdoka. Tak! POSTDOKA w Polsce! Nie zostałem w "otwartym" konkursie adiunktem na uczelni którą ukończyłem, ale zrobiłem takiego prawdziwego postdoka! Krótkoterminowy kontrakt, konkretny projekt, zero dydaktyki, czysta nauka i przy okazji pensja lepsza niż na asystenturze.

Było to w polskiej jednostce badawczej, która to cała jest zorientowana na pracę w trybie "grantowo-projektowym" i gdzie nawet dyrektor jest zatrudniony na kadencjo-kontrakt. Zająłem miejsce zwolnione przez doktoranta, który wyjechał na postdoka za granicę, a obok siedzieli koledzy, którzy nieco wcześniej wrócili z zagranicy (głównie Niemiec) lub przyszli z innych miejsc w Polsce. Niemal jak w UK czy USA. Ale to jednak polski wyjątek, może jaskółka zmian.

Drugi postdok jest poza moim rodzinnym miastem, na uczelni, w której nigdy nie byłem. I teraz też zrobiłem ruch według zachodnich mód. Ciekawy projekt, szef z dorobkiem i zdobywająca granty pracownia - wygląda super, więc przenosimy się 300 km od domu. A tu... polska uczelnia. W zestawie z obiecującym postdokiem jest polska uczelnia. Nie chodzi nawet o tę konkretną uczelnię, ale ogólnie o organizację uczelni po polsku - tak samo to działa i w Warszawie, i w Krakowie, i w Poznaniu, i w Trójmieście. Wydział jest podzielony na zakłady, zakładziki i pracownie. Nie wiadomo kto pracuje w drugim końcu korytarza, bo to inny zakład. No chyba, że razem studiowaliście (pewnie tu na miejscu) - wówczas się znacie jak łyse konie. Niedużo jest też wykładów zaproszonych gości czy otwartych seminariów (regularnie dowiaduję się tylko o tych organizowanych przez moją pracownię). Nie bardzo jak można się dowiedzieć co się dzieje w innym instytucie jeśli nie zna się człowieka w środku. A inne wydziały mogłyby być dla mnie równie dobrze za granicą. W zasadzie kiszę się tylko w swoim instytuciku. Na gruncie osobistym też nic wcześniej nie łączyło mnie z moim nowym miastem, więc z początku trudno się było odnaleźć w nowym środowisku (gdzie tu się kupuje dobre pomidory? gdzie jest uczciwy mechanik?). Szczęśliwie nie jestem obcokrajowcem, bo bez znajomości polskiego jazda jest... hmmm... zaiste wyboista. Większość stanowisk naukowych w Polsce jest w uczelniach, a nie specjalistycznych instytutach.

Jest tu pewna schizofrenia systemu. Wierchuszka polskiej profesury mówi coś o mobilności, NCN ma specjalne granty dla "młodych i lotnych", dla studentów jest krajowy program "MOST" ale na polskich uczelniach brak kultury mobilności. Nawet "erazmusy" to gorący kartofel. Gania się młodych uczonych po kraju i zagranicy bo "tak się robi na Zachodzie", ale nie ma to większych implikacji dla całego środowiska akademickiego. Przypomnijmy: mobilność, zwłaszcza początkującej kadry naukowej, służy: (1) kształceniu przyszłych liderów nauki w różnych szkołach myślenia, (2) wymianie wiedzy i doświadczenia między ośrodkami, (3) budowanie sieci kontaktów między centrami badawczymi, aby naukowcy wiedząc co robią inni napędzali się nawzajem swoimi pomysłami i lekką konkurencją. Niestety postdok, w domyśle naukowy terminator-czeladnik, jest często traktowany jako rodzaj outsourcingu kadry, dzięki czemu nie wkurza się dziekana prośbą o nowy etat. A tymczasem co potem robią twoi postdocy jest również miarą twojej klasy naukowej jako profesora.

W miejscach gdzie widziałem, że mobilność działa (również w Polsce), napędza się ona sama. Spory procent ludzi "przyjezdnych" tworzy kulturę w której łatwiej być przyjezdnym oraz wymusza zmianę komunikacji wewnątrz instytucji. Bo poczta pantoflowa przestaje działać, a dużą liczbę nowych ludzi trzeba jakoś wdrożyć, więc powstają komórki administracji pomagające wypełnić papierki, zrobić kurs BHP, dostać mieszkanie w akademiku itp. Organizowane są naukowe i towarzyskie spotkania, gdzie ludzie mają chwilę aby się poznać. Powoli pojawiają się takie miejsca i w Polsce, a ich kulturę tworzą głównie Polacy i Polki, którzy wrócili niedawno z zagranicy.

Jeżeli "postdok po polsku" ma działać, to albo musimy zwiększyć udział "przyjezdnej" kadry, np. NAPRAWDĘ otwierając konkursy na uczelniach, albo wysłać dziekanaty naszych uczelni na kursy reedukacyjne jak organizować instytucję, która umie skorzystać z mobilności nielicznej części kadry. Np. program "MOST" dla zespołów dziekańskich: przez semestr zostajesz prodziekanem na podobnym wydziale uczelni na drugim końcu Polski.

Postscriptum:

Mam znajomka, który dłuższy czas pracował w Warszawie, po czym dostał się na dwuletni projekt na uczelni w innym polskim mieście. I pytam go jak się tam mieszka? A on mówi, że w sumie to nie wie... "Tam" bywa może raz w tygodniu na seminarium, jak musi to nocuje u krewnych i znajomych, a na stałe mieszka wciąż w Warszawie. Jak potrzebuje fachowej literatury, takiej której nie da się dostać prze biblioteczne proxy, to idzie do kumpli ze swojego starego instytutu. Postdok po polsku...

-- 

Autorem jest Piotr Bentkowski - biolog, studiował w Polsce i Wielkiej Brytanii, pracował na uczelniach w Norwich (UK), Warszawie i Poznaniu.

Czytaj więcej na blogu Blog Obywateli Nauki.

Zobacz także

O autorze obywatelenauki

avatar

Obywatele Nauki to założony w 2012 r. oddolny ruch społeczny na rzecz dobrej nauki w Polsce. Skupiamy naukowców i ludzi zainteresowanych nauką i edukacją, którzy uważają, że bez dobrej nauki i edukacji w Polsce nie będzie dobrej Polski.
www.obywatelenauki.pl
www.facebook.com/obywatelenauki

Teks...

Najczęściej czytane