homoloquens
Blog pisze
homoloquens
23.01.2012 16:26
Felieton niepoprawny politycznie
Nie całkiem na temat: Szympans w porschaku czyli cichcem od tylca
Jestem osobą starej daty, z komputerami mam do czynienia od 1982 roku, a w Internecie siedzę od początku (oczywiście tego polskiego początku). Tym samym czuję się „laikiem uprawnionym“ do formułowania pewnych uogólnień. Przyznaję, w zamierzchłych czasach korzystałam z Napstera, ale od czasu jego kłopotów i hucznego zamknięcia starałam się nie ściągać z Internetu niczego, czego ściąganie nie było pobłogosławione przez właścicieli praw autorskich i majątkowych. Najwyżej odsłuchiwałam na stronie i jeśli lubiłam, próbowałam kupić. Zwykle się udawało. Poza jedną piosenką: „I a broken dream“ Roda Stewarta, moim zdaniem najlepszą w jego twórczości. Tę jeszcze wcześniej próbowałam kupić w USA. Nie udało się – nakład wyczerpany. I dopiero za Napstera ściągnęłam ją z netu. Po prostu nie mogłam jej nie mieć. Od tego czasu reklamuję ją, gdzie mogę. Myślę, że już odpracowałam moje przewinienie.
Moim zdaniem im agresywniejsze działania podejmują autorzy w celu obrony swych praw majątkowych, tym większą szkodę sobie wyrządzają. Po tym, jak pan Kazik rozprawił się ze swym wielbicielem, który od lat prowadził stronę opisującą jego twórczość, obiecałam sobie, że nie będę już kupować tego pana, bo zwyczajnie przestałam go lubić. Dwie oryginalne płytki opchnęłam komuś za grosze i od razu poczułam się lepiej.
Z drugiej strony przypominam sobie, jaką „medialną karierę“ zrobił w naszym domu Therion, podłapany gdzieś w Internecie przez syna. Było to w czasach, gdy ten szwedzki zespół był w Polsce zupełnie nieznany. Trzy czy cztery ściągnięte nielegalnie melodie leciały u nas do znudzenia, aż syn, gdy dowiedział się, że ojciec jedzie do Szwecji, zaordynował: Musisz mi kupić wszystie płyty Theriona, jakie znajdziesz. Po tygodniu mąż wrócił triumfalnie z dwiema płytkami, notebene uchodziwszy się pierwiej jak ksiądz po kolędzie. Od tego czasu Therion panował w naszym domu niepodzielnie przez lat kilka, a liczba oryginalnych płyt znacznie urosła.
Bardzo podobnie przebiegła u nas kariera Marizy. Usłyszałam gdziejś w necie jej piękne pieśni fado i nie mogłam się powstrzymać od poinformowania rodziny, że z prezentów to interesuje mnie tylko Mariza w oryginale. Nigdy bym jednak jej pewnie nie poznała, gdyby reklamowano ją w necie 30 sekundowymi dżinglami. Po prostu nigdy czegoś takiego nie słucham – jak można ocenić, czy się coś lubi po 30 sekundach? No, może wyjątkiem jest guma do żucia. Szczerze mówiąc, nie wiem, czy strona, na której słuchałam Marizy po raz pierwszy, była legalna. Ale zadziałała jak najlepsza reklama – mam już sporą biblioteczkę fado, same oryginalne płyty.
Internet jest znakomitym miejscem do reklamowania swej twórczości. Artyści trzęsący się z obawy, że ktoś nielegalnie ich zobaczy lub podsłucha, narażają się na niechęć, a przynajmniej na obojętność. Tymczasem, jak mówi Cory Doctorow, „Problemem nie jest piractwo, problemem jest niewidoczność“. Otóż to, prawdziwym problemem twórców jest ich niewidoczność, zapomnienie, nieobecność. Można oczywiście przypominać o sobie skandalami, ekscesami, pokazywaniem się u boku męża-prezydenta czy procesami o odszkodowania za naruszenie praw majątkowych, ale czy to czasem nie jest kuchenne wejście do Panteonu?
Ja rozumiem – każdy chce mieć czerwone Porsche czy terenowego Lexusa z napędem na 4 koła. Również artysta. Ale prawdziwa sztuka to nie sztabka złota – nie da się jej wycenić na podstawie masy i ceny za uncję. Kto się bierze za sztukę, ten wypływa dość niepewną łódeczką na bardzo burzliwe wody. Czy zyska uwielbienie tłumów zależy nie tylko od jego talentu, ale i od jego osobowości – ale na pewno nie zależy od zastępu prawników, którzy w dzień i w nocy strzec będą jego praw majątkowych. Czasem nielegalnie ściągnięta piosenka może się stać przebojem otwierającym wrota kariery.
Pewnie nikt już nie pamięta, poza matuzalemami takimi jak ja, kartek dźwiękowych tłuczonych za komuny bez jakiegokolwiek szacunku dla praw majątkowych. To dopiero był przemysł piracki. Z tych kartek (no i z Radia Luksemburg) dowiadywaliśmy się, co się śpiewa za granicą – i to nie wschodnią. Czy zaszkodziło to tym sławom? Czy Paul McCartney rwał włosy na myśl, że całe demoludy słuchają pirackich nagrań „Michelle“? Czy Aznavour pochlastał się z rozpaczy, że jego „Apres l’amour“ wysyłano do ukochanej na kartce dźwiękowej z gigantyczną różą w technikolorze?
Najbardziej piratów lęka się była modelka Carla Bruni – ile zaśpiewała w życiu? Ile jej piosenek zyskało światową sławę? Dwie, trzy? Czy nie jest tak, że najbardziej trzęsą się o nielegalne ściąganie ci, których dorobek jest mikry? A tym samym strzelają sobie w stopę – obwarowując swój malutki dorobeczek, skazują się na nieobecność, a nieobecność dla artysty jest gorsza niż spiratowanie jego twórczości.
Iluż to malarzy marzyło po cichu, by do ich pracowni włamał się ktoś i skradł cały ich dorobek, łącznie z paletą, dając tym samym powód do ogłoszenia światu, że „malarz X jest jednak wielkim malarzem, bo ktoś się nieźle natrudził, by znieść z poddasza po piorunochronie trzydzieści półtorametrowych płócien. Pewnie to był włam na zamówienie, a odbiorcą jest jakiś bogaty koneser“. Policyjną wiadomość powtórzyłyby wszystkie bulwarówki, a następnego dnia malarz otrzymałby pewnie ofertę zorganizowania wystawy, pewnie nawet od kilku galerii.
Warto byłoby się zastanowić, co bardziej się opłaca. Czy darmowa reklama w necie, czy twórczość wystawiona za stalową kratą, jak szympans w ZOO, ze znakiem ostrzegawczym: „Nie zbliżać się, bo choć krewniak, to opluwa i rzuca odchodami“?
Warto byłoby się zastanowić, czy stawiamy na dziś, czy na jutro naszej kariery? Czy wchodzimy do Panteonu już dziś, ale cichcem od tylca, czy kiedyś, za to wejściem frontowym? Korzyści z obwarowania twórczości zakazami mogą dać twórcy doraźne zyski i wystarczyć nawet na Porsche. Ale co potem? Od czego odcinać kupony, jeśli powoli odjeżdżamy tym swym porschakiem w artystyczny niebyt?
Zobacz także
-
Euro2012 skonsumowane
Połknąłem haczyk. Niechcący skonsumowałem Euro. Świąteczna atmosfera od regału do półki, piłk...
przedwczoraj www.tokfm.pl/blogi/punktator
-
(Anty)reklamy PZU
PZU wprowadza nowe logo. Mnie się nowe nie podoba, ale to pewnie kwestia gustu. Może zbadano, że now...
wczoraj www.tokfm.pl/blogi/kotmf
-
Nie bagatelizować!
Jacek Żakowski, w poniedziałkowym felietonie w Gazecie Wyborczej...
3 dni temu www.tokfm.pl/blogi/grzegorzjaniczak
-
Nie reanimujcie Szymborskiej, czyli nie najlepsze wiersze
Za co ko...
25 dni temu www.tokfm.pl/blogi/karolgorski
Skomentuj:
Komentarze (10)
-
Po pierwsze - lubię zespół Therion. Może nie aż tak, żeby mieć ich płyty, ale dzięki internetowi, mogłem sobie najpierw sobie ściągnąć to i owo, aż zdecydowałem się na zakup płyty (też przez sieć).
Po drugie - karty dźwiękowe, pamiętam! Bambino też :-) Prawdę mówiąc, była ich masa w naszym domu. Powalało to się wszędzie na 'pięknym' dywanie. Dobre spostrzeżenie z tym piractwem. Jutro zadzwonię do rodziców i powiem im, aby już zaczęli się bać (bo cały czas mają tą PRZECUDNĄ KOLEKCJĘ):-)
I nie wiem dlaczego, ale przypomniała mi się teraz nasza wspaniała DIVA, która niedawno odeszła - Violetta Villas. Wiemy, że ZAiKS jest za ACTA. Ale wiemy też, że tenże ZAiKS jakoś nie interesował się kasą dla Violetty Villas. Szkoda, że prawo nie działa wstecz. Podejrzewam, że po wprowadzeniu ACTA posypałyby się pozwy. A może się tylko mylę? -
@bmxtom11 będzie mi bardzo miło wymieniać uwagi. Proponuję też mówić sobie na "ty", jak to zwykle w Internecie. Oczywiście jeśli mój wiek nie jest zbyt wielką przeszkodą. :)
-
Niestety lobby biznesowe jest silniejsze od tysięcy obywateli, z tego co się orientuję na piractwie głównie traci Appstore oraz inne sklepy tego typu, gdyż mnóstwo ludzi sciąga muzykę z internetu i słucha w przenośnych odtwarzaczach i nie są w stanie tego amerykanie upilnować. Tak to jest gdy państwo jest dla wybranych i tych z pieniędzmi...
Co do wpisu to na pewno częściej będę na Pani bloga zaglądał ;) -
Jedna uwaga:
te działania nie podejmują "autorzy w obronie swoich praw majątkowych" tylko WŁAŚCICIELE i zarządczy tychże praw autorskich majątkowych. To jest duża różnica.
"Autorem" jestem też ja (z tego żyję) ale za cholerę nie podpisałbym się pod taką pełzającą formą faszyzmu. -
Mnie pytasz dlaczego nie protestują? Sądzisz, że wiem też dlaczego Jasiu postanowił odmrozić sobie uszy, żeby zrobić na złość mamie? Przecież wszyscy jak mantrę powtarzają, że są za ochroną praw twórców, przeciw kradzieży własności intelektualnej. Ja też. Tylko nie rozumiem dlaczego prawa są chronione także po śmierci zainteresowanego? I to przez taki okres, że niejeden wnuk nie doczeka? Jakie korzyści z tej ochrony odnosi denat? A rozważa się dalsze przedłużanie tego okresu...
Ale nawet nie o to chodzi - ludzkość rozwija się dzięki wymianie. To nie Beatlesi, a Joe Cocker rozsławił "With a little help from my friends". Mało kto zdaje sobie sprawę, że rygorystyczna "ochrona praw autorskich" to cenzura nie mająca precedensu w dziejach ludzkości. Dlatego prawo działa wybiórczo i nie karze np p. Prezydenta za rozpowszechnianie pieśni patriotycznych, do których kancelaria nie posiada praw.
Żeby kupić "dzieło" trzeba wiedzieć, że ktoś je stworzył. Ale to za mało. To dzieło musi jeszcze trafić w gust. Dlatego na przykład ja nie kupię i nawet gdybym mógł nie ściągnę żadnego utworu Nergala, bo przy całym szacunku jakim Go darzę to, co oferuje mi nie pasi. Zdumiewa więc bezmyślność z jaką dziennikarze powtarzają informacje o gigantycznych "stratach" przemysłu rozrywkowego. Bowiem z tego iż ktoś coś ściągnął nie wynika, że by to kupił. Często gęsto ściąga, słucha i ledwo powstrzymując mdłości kasuje...
Zadam pytanie. Czy jak w sklepie z gaciami obejrzę figi damskie i nie kupię ich, to narażam producenta fig damskich na straty? A jak nie pójdę do kina? -
@oby.watel Ale jeśli tak jest, jak piszesz, a nie mam powodu sądzić, że nie jest, to SOPA i ACTA ograniczą twórców jeszcze bardziej. Czemu zatem nie protestują? A może protestują, tylko nieśmiało? Bo słychać jedynie protesty słuchaczy i widzów, tak jakby oba akty były dla twórców czymś dobrym?
-
Pozwól, że się z Tobą nie zgodzę. Casus Johnny Hallyday'a (a nie jest to odosobniony przypadek) dowodzi, że twórcy nie mają nic do gadania. Chyba, że mamy na myśli odtwórców, którzy ładnie wyglądają, czasem umieją śpiewać i bez drogiej promocji, która prowadzona jest dzięki dobrej sprzedaży płyt prawdziwych twórców, nie sprzedaliby niczego. Jak wspomniana przez Ciebie żona pewnego prezydenta.
Żeby usłyszeć na własne uszy jak to działa proponuję poszukać i posłuchać płyt zespołu Rare Bird. Nagrali dwie płyty dla jakichś małych, niezależnych wytwórni i złapali pana boga za nogi - podpisali kontrakt z wielką - Polydorem. Ale pod warunkiem, że wpasują się w obowiązujący "trend". No to się wpasowali. Nagrali jeszcze trzy płyty, ale już zupełnie inne, sztampowe, w niczym nie przypominające dwóch pierwszych. Sama oceń. Jestem pewny, że pierwszych dwóch płyt będziesz słuchać na okrągło, aż się CD zagotuje.
www.angelfire.com/nc/jupiterspace/jspage2.html -
@oby.watel I to ostatnie stwierdzenie jest mi bliskie. Co do dalszych wniosków - mój felieton jest "na marginesie", nie w głównym nurcie dzisiejszych dyskusji.
Nie ustosunkowuję się do ACTA, bo nie czytałam i nie mam wyrobionego zdania. Wiem, że przede wszystkim chodzi o koncerny, a te powoli robią się wszechmocne. Ale w takim razie twórcy tym bardziej powinni się zastanowić nad swą sytuacją i nie dawać się wodzić za nos.
W sumie kto, jeśli nie oni, powinien być spiritus movens tego, co dzieje się w kwestii praw majątkowych. A ja mam wrażenie, że im ten stan rzeczy - to rządzenie koncernów - bardzo odpowiada. -
Bardzo celne spostrzeżenia.
Problem polega na tym, że wnioski nie do końca poprawne. Ponieważ artyści w przeważającej liczbie nie maja żadnego wpływu na swoją twórczość. Prawa na przykład do piosenek Beatlesów wykupił Michael Jackson.
Niemniej jednak przemysł rozrywkowy robi wszystko, co w jego mocy tylko i wyłącznie w celu ulżenia ciężkiej doli głodujących artystów. Dziwić więc może bezczelność niejakiego Johnny Hallyday'a, zwanego fransuskim Presleyem, który wystąpił do sądu z wnioskiem, by Universal zwrócił mu taśmy z jego nagraniami. Hallyday zerwał kontrakt z Universalem w styczniu 2004 i chciał odzyskać ponad 1 000 swoich utworów z całego okresu twórczości, czyli od początku lat sześćdziesiątych. I w pierwszej instancji wygrał. Dla przemysłu muzycznego taki wyrok stanowiłby jednak "groźny" precedens.
Na szczęście sąd apelacyjny uznał, że Johhny Hallyday nie ma praw do swoich nagrań. Owszem, mający dziś 61 lat artysta, może je wszystkie nagrać jeszcze raz po wygaśnięciu kontraktu, ale musi zapłacić wytwórni honorarium. Dodatkowo zobowiązany został do nagrania dla niej ostatniej płyty i pomocy w jej sprzedaży.
Czy da się prostymi słowami, tak by nawet zwykły obywatel zrozumiał, wyjaśnić dlaczego i przed kim twórczość twórcy jest chroniona przez 70 lat (słownie: siedemdziesiąt lat) po jego śmierci?
Kurt Hauenstein, który od lat nagrywa i koncertuje pod szyldem grupy Supermax na swojej stronie napisał: "When they stop pirating your music, you know you're dead".
www.supermax.cc/releases_pirate.html -
Bardzo celne spostrzeżenia.
Problem polega na tym, że demokratycznie wybrane władze opłacane przez społeczeństwo uchwalają prawo przeciwko temu społeczeństwu. Sprzyjając jednocześnie wąskim grupom nacisku zwanych potocznie koncernami. Koncerny chcą nam wciskać żenującej jakości towar, ogłupić, manipulować i doić z pieniędzy. Podobne zasady panują na wielu płaszczyznach naszego życia. Taki stan rzeczy uzasadnia postawienie pytania o jakość demokracji i sens finansowania partii z pieniędzy publicznych.
Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX
O autorze homoloquens
Okołopolityczna autorka limeryków i kilku wierszowanych panegiryków, w tym również panegiryku na cześć pani Fotygi. Nie pisuje wyłącznie o polityce, bo się na niej mało zna. Będzie sobie skakała z tematu na temat i pisała o różnych aspektach życia natchnionego dyskusjami w TOKFM. Nie pali marihuany....
Blogi znajomych homoloquens
-
Holland i inni egoiści...
Ktoś niedawno powiedział „…brakuje już epitetów…&rdqu...
-
Filozofia prawa, historia konwencji
Wszyscy pamiętamy naszego premiera gdy bohatersko niczym Juliusz Konstanty Ordon...
- Ks. Lemański odpowiada Terlikowskiemu: Pomówienia. Chorobliwa podejrzliwość
- KRRiT spokojna o decyzję sądu ws. Trwam: "Nie mamy słabych punktów. To proces prawny, nie - plebiscyt, co wmawia ludziom Rydzyk"
- Dyskutować nie wolno? Ks. Lemański znów zaatakowany. Przez T. Terlikowskiego
- "Żydzi bali się niedzieli, powrotu z nabożeństw". Koniec z mitem bohaterskiej polskiej wsi?
- Olejnik: Z Muchy śmieją się Niemcy, za chwilę będą się śmiać Rosjanie
- Sprawdź, kiedy pójdziesz na emeryturę [TABELA]
- ''Mięsny jeż Strzępki i Demirskiego'' - pisze Kamil Dąbrowa
- "Kaczyński zapowiada, że wprowadzi ustawy korzystne dla jednej firmy. Złamał wszelkie standardy"
- "Wszyscy jesteśmy potomkami chłopów. Stąd nasz konsumpcjonizm"
- Mikołejko: Nie dokonam aktu apostazji. Uznałbym wtedy prawo Kościoła...
- Kobieta ma żyć przede wszystkim dla męża? "Czułam się zażenowana"
- Samobójstwa księży w diecezji tarnowskiej. "Nie są z kruszcu, ale z gliny"
- Gowin przeprasza za protest taksówkarzy, ale korkami nic nie wskórają [WIDEO]
- Paradowska: Taksówkarze chcieli zyskać poparcie, a zyskali tylko niechęć











