Masz już blog? Dodaj wpis po zalogowaniu.

06.02.2014 11:15

KACZMARCZYK: Dla kogo Polska jest zieloną wyspą?

W Polsce większość cudzoziemców to osoby aktywne zawodowo, często typowi migranci zarobkowi. A to oznacza, że z ekonomicznego punktu widzenia ich obecność niesie raczej korzyści niż koszty – mówi Paweł Kaczmarczyk w rozmowie z Marzeną Haponiuk

Paul Schaeffer w książce pt. „Druga ojczyzna”, poświęconej tematyce imigracji, przytacza żart, że znana z rozmiarów imigracji Kanada ma najlepiej na świecie wykształconych taksówkarzy. Jak wygląda poziom wykształcenia imigrantów w Polsce?

Poziom wykształcenia zależy mocno od tego, o jakiej grupie imigranckiej mówimy. Rzeczywiście, można – skupiając się na przykład na grupie imigrantów np. z byłego ZSRR – sformułować tezę, że są imigranci wykształceni lepiej, niż wskazywałoby na to miejsce ich pracy w Polsce. Czy tak rzeczywiście jest – tego do końca nie wiemy.

Ciekawe w odniesieniu do tej tezy są doświadczenia z badania przeprowadzonego w roku 2012 w aglomeracji warszawskiej, które dotyczyło imigrantów z Ukrainy, Białorusi i Rosji. Wynikało z niego, iż większość imigrantów była zatrudniona na pozycjach zawodowych zgodnych z ich kwalifikacjami. W tym przypadku powyższa teza się więc nie potwierdzała. Powszechnie dostępne dane, przytaczane choćby przez OECD, wskazują, że teza Schaeffera jest jednak prawdziwa: generalnie imigranci są przeciętnie lepiej wykształceni niż pracownicy rodzimi, ale zwykle zatrudnia się ich poniżej kwalifikacji.

Jaki jest profil społeczno-demograficzny imigrantów w Polsce? Jakie miejsce na rynku pracy zajmują?

Przez długi czas była widoczna dualna struktura popytu na pracę cudzoziemców. Z jednej strony mieliśmy obywateli krajów Europy Zachodniej i Stanów Zjednoczonych, głównie specjalistów zatrudnianych w korporacjach międzynarodowych. Z drugiej strony byli nisko wykwalifikowani pracownicy, zatrudniani w rolnictwie, budownictwie i innych sektorach prac sezonowych.

Dziś do tych dwóch sektorów, nadal ważnych, należałoby zapewne dodać jeszcze jeden sektor: sektor gospodarki etnicznej. Rozwija się on głównie za sprawą imigrantów z krajów azjatyckich. To ludzie przybywający do Polski głównie z Wietnamu, a od niedawna na bardziej niż dotychczas masową skalę także przybysze z Chin.

Dla kogo Polska może być „zieloną wyspą”? Z czego to wynika?

Wciąż najważniejszą grupą imigrancką w Polsce są obywatele byłych republik ZSRR, przede wszystkim obywatele Ukrainy. Wynika to z wielu czynników. Pierwszy to oczywiście bliskość geograficzna. Po drugie, istotne są powiązania kulturowe i historyczne. Po trzecie – obecność sieci imigracyjnej, czyli tradycje migracyjne. Ostatnim elementem skłaniającym do migracji jest czynnik czysto dochodowy.

W Polsce przybysze z tamtych rejonów mogą uzyskać lepiej płatną pracę, a wielu w ogóle może pracować. Dla licznych jest to czynnik decydujący. Biorąc pod uwagę rozwój sytuacji na Ukrainie, może się okazać, że do tych czynników można by dodać jeszcze jeden: stabilność polityczną. Z drugiej strony te czynniki, związane z sytuacją na Ukrainie, spotykają się z popytem na pracę cudzoziemców, który generują polskie przedsiębiorstwa.

Niezależnie od tego, w Polsce od lat 90. mamy do czynienia także z imigrantami z krajów azjatyckich, głównie z Wietnamu. Uwarunkowania związane z ich przyjazdem są jednak inne niż w przypadku obywateli byłego ZSRR. To imigracja, która jest zakorzeniona w historycznych przepływach imigracyjnych jeszcze z okresu socjalizmu. Pierwsi obywatele Wietnamu napływali do Polski głównie na podstawie wymiany studenckiej czy naukowej. Dzisiaj dopływ tej grupy warunkuje silna obecność gospodarki etnicznej. Ten proces jest typowy także dla innych krajów, gdzie wyraźnie zaznacza się obecność migrantów, zwłaszcza z Chin.

Czy imigranci dobrze adaptują się w Polsce? Jak im się u nas mieszka?

Opinie naukowe w tej kwestii są rozbieżne. Z jednej strony Polska jest krajem wciąż homogenicznym kulturowo, co może sugerować, że pojawianiu się cudzoziemców będą towarzyszyły dość negatywne opinii na ich temat. Rzeczywiście, takich opinii wciąż jest sporo. Wydaje się jednak, że imigranci w Polsce są przyjmowani relatywnie dobrze i dość dobrze się integrują. To pochodna prostego faktu: gros spośród imigrantów to osoby z krajów bliskich nam kulturowo, zwłaszcza z Ukrainy czy innych krajów byłego ZSRR.

Wyłomem w tej tezie byłaby sytuacja imigrantów z Wietnamu. Integrują się oni w Polsce relatywnie efektywnie, choć z pewnością nie bez problemów. Ale to też może wynikać z wielu czynników, np. z tego, że są to osoby aktywne zawodowo i wchodzą do gospodarki etnicznej. Ale może to też być pochodną dużej roli organizacji imigranckich, które ich reprezentują.

Nie zmienia to faktu, że w Polsce mamy negatywny stosunek do wielu grup imigranckich, które – być może to dobrze dla Polski – są relatywnie mało liczne. Mówię tu o losie imigrantów z krajów odległych nam kulturowo, którzy nie są aktywni na rynku pracy, ale przybywają jako uchodźcy czy poszukiwacze azylu. Jest to niezwykle ważny punkt. Jeżeli bowiem spojrzymy na Europę Zachodnią tam nastroje antyimigranckie są napędzane przede wszystkim przez obecność tego typu migrantów.

W Polsce większość cudzoziemców to osoby aktywne zawodowo, często typowi migranci zarobkowi. A to oznacza, że z ekonomicznego punktu widzenia ich obecność niesie raczej korzyści niż koszty.

Wróćmy do rynku pracy. W krajach Europy Zachodniej nastroje antyimigranckie spowodowane są – często sztucznym – napędzaniem niepokoju. W efekcie obywatele tych krajów, mówiąc kolokwialnie, obawiają się, że „imigranci przyjadą i zabiorą pracę”. Z czego to może wynikać? Czy w Polsce możemy mówić o występowaniu takiego zjawiska?

Obecność imigrantów na rynku pracy może wywoływać pewne negatywne efekty, np. poczucie zagrożenia u pewnych grup uczestników rynku pracy – np. wśród osób słabiej wykształconych albo takich, które sobie na rynku pracy radzą sobie słabiej. Generalnie jednak doświaczenia Zachodniej Europy pokazują coś innego.

Jeśli mamy do czynienia z udziałem imigrantów w rynku pracy, to jest to udział w specyficznym segmencie tego rynku. Mowa tutaj przede wszystkim o przetwórstwie przemysłowym, budownictwie, usługach, ale tych nisko kwalifikowanych czy też zawodach, które nie wymagają kwalifikacji. Dodatkowo są to często prace trude, wyczerpujące, relatywnie nisko płatne. Prace, które nie cieszą się wysokim prestiżem społecznym.

Co to oznacza?

Oznacza to, że imigranci są w przeważającej większości zatrudniani w sektorach czy zawodach, w których relatywnie trudno pozyskać pracowników rodzimych. Obecność imigrantów na rynku pracy nie jest powodowana jedynie tzw. presją podażową, czyli oczekiwaniami i chęciami imigrantów. Jest ona raczej skutkiem strukturalnego popytu na pracę, który nie może być zaspokojony przez pracowników rodzimych. W związku z tym, teza o zabieraniu pracy przez imigrantów, o której Pani wcześniej wspominała, jest o tyle mało trafiona, że tak naprawdę niewiele jest takich osób, z którymi imigranci mogą konkurować.

To o tyle ciekawe, że nawet w krajach zachodnioeuropejskich, które przechodziły ostatnio przez poważny kryzys gospodarczy, nie uwidoczniło się wspomniane zjawisko konkurencji. Jako przykład weźmy rynek irlandzki czy brytyjski. Nawet wtedy, kiedy pojawia się w tych krajach zagrożenie bezrobociem, nie ma jednoznacznych emipirycznych dowodów na to, że miało miejsce wypieranie pracowników rodzimych przez imigrantów.

Czy do końca tak jest? Wracając do przykładu Wielkiej Brytanii: wydaje się, że nastroje społeczne w ostatnim czasie są tam nieprzychylne imigrantom. Choć trzeba przyznać, że są one często podsycane przez polityków

Bardzo dobrze, że odwołała się Pani do tego przykładu. Świetnie pokazuje on generalne tendencje, jeżeli chodzi o stosunek do imigracji i imigrantów. Wielka Brytania to kraj, który w okresie poakcesyjnym zanotował bardzo duży napływ cudzoziemców. Ale jest to specyficzna kategoria imigrantów – imigranci zarobkowi. Większość z nich pracuje legalnie, płaci podatki. Wszystkie badania, które znam, pokazują, że wpływ imigrantów poakcesyjnych na gospodarkę brytyjską jest pozytywny. Jeżeli by więc przyjąć kryterium czysto ekonomiczne, to należałoby się raczej cieszyć z ich obecności.

Ale też wiemy, że na poziomie debaty politycznej, gdy pojawia się temat imigracji, podnoszone są raczej elementy społeczne czy kulturowe. Natomiast argumenty ekonomiczne przedstawiane są często w sposób nieoczywisty, by nie powiedzieć – zafałszowany. Jak choćby toczona w ostatnich tygodniach dyskusja dotycząca świadczeń społecznych: tak naprawdę imigranci z Polski czy innych nowych państw członkowskich raczej wpłacają potężne kwoty do budżetu brytyjskiego. Znacznie większe niż z niego czerpią.

Przykład ten pokazuje, jak łatwo jest politykom wykorzystywać imigrację w doraźnej debacie politycznej. I jest to poniekąd zrozumiałe. Politycy mają tendencję, by wyszukiwać łatwego do identyfikacji wroga, a imigranci są bardzo łatwym celem. Są widoczni, wyróżniają się w społeczeństwie i nie mają głosu, bowiem zwykle nie mają swojej reprezentacji politycznej,

Niski przyrost naturalny oraz emigracja Polaków do Europy Zachodniej uszczupliły zasoby pracy w Polsce. Starzejące się społeczeństwo, aby móc się rozwijać, będzie potrzebowało rąk do pracy. Czy w związku z tym należałoby się w Polsce spodziewać wzrostu imigracji?

Jeśli mówimy o przyszłości, to oczywiście bardzo trudno tutaj wyrokować jednoznacznie, jak będzie ona wyglądała. Natomiast jest co najmniej kilka przesłanek, które wskazywałyby, że będziemy mieć do czynienia z napływem większym niż obecnie. Gospodarka Polski, niezależnie od wahań tempa wzrostu, rozwija się.

To oznacza, że zmniejszają się różnice między Polską a krajami Europy Zachodniej. Przy czym różnice między Europą a krajami słabiej rozwiniętymi nie tylko się nie zmniejszają, ale często wręcz pogłębiają. Ta luka dochodowa będzie działała na korzyść Polski i wydaje mi się, że z dużą dozą prawdopodobieństwa możemy to przyjąć.

Po drugie, populacja Polski się starzeje. W perspektywie 5 – 10 lat będziemy mieć do czynienia ze zmniejszeniem zasobów pracy. Polscy pracodawcy będą poszukiwali pracowników, czasami aktywnie rekrutując także poza granicami kraju.

Po trzecie, należy się spodziewać wykształcania się albo formowania sektorów, które dziś są w zasadzie nieobecne w Polsce. Mówię tu głównie o usługach opiekuńczych na rzecz osób starszych. Wszędzie w Europie usługi opiekuńcze są świadczone przede wszystkim przez imigrancką siłę roboczą.

Biorąc pod uwagę te elementy zaryzykowałbym stwierdzenie, ze będziemy mieć do czynienia ze zwiększeniem imigracji.

Czy w związku z tym istnieją założenia polityki imigracyjnej? Wydaje się, że w Polsce jeszcze mało się na ten temat mówi. Czy to tworzy wyzwania?

Oczywiście, że tak. Dlatego bardzo ważne jest to, żeby – oprócz mówienia, że potrzebujemy lub nie większej liczby migrantów – należycie przygotować ich do tego, by w Polsce mogli i mieli możliwość się osiedlać. Wymaga to wprowadzenia wreszcie powszechnych zasad integracji imigrantów. Do niedawna w Polsce polityka integracyjna dotyczyła przede wszystkim uchodźców. Dziś teoretycznie już tak nie jest, ale w praktyce to jest bardzo uzależnione od możliwości lokalnych czy regionalnych władz.

Teza o braku dyskusji na ten temat jest przesadzona. Nie tak dawno powstał dokument, który dotyczy polityki imigracyjnej Polski, rodzaj strategii  migracyjnej na poziomie działań publicznych. Bardzo aktywnie działa w tym zakresie zespół w Kancelarii Prezydenta RP, który jest w końcowej fazie pracy nad bardzo ważnym dokumentem programowym odnoszącym się do emigracji i imigracji. Ten temat może nie przebija się tak bardzo, jakbyśmy sobie tego życzyli na poziom debaty medialnej, ale jest obecny.

Czy Polska jest gotowa na „import migracji”? Paul Scheffer przestrzegał przed takimi pułapkami, jak np. holenderska polityka unikania. Holendrzy pozwalali imigrantom na życie w ich własnych, ciasnych społecznościach i nie integrowali ich z resztą społeczeństwa. W efekcie imigranci nie stali się częścią społecznej tkanki.

Przywilejem Polski w pewnym sensie jest to, że możemy skorzystać z doświadczeń krajów, które już mają za sobą dużą czy masową migrację, takich jak np. Niemcy. Problem jest taki, że my mówimy o tym, że możemy korzystać z tych doświadczeń od wielu wielu lat. Mam wciąż jednak niestety wrażenie, że korzystamy z nich w niewielkim stopniu.

Gettoizacja, silna segmentacja rynku pracy i wszelkiego typu procesy z tym związane to zjawiska, o których wiemy obecnie, że są zjawiskami negatywnymi. Stanowczo jest jeszcze wiele do zrobienia w tej kwestii i bez wątpienia dyskusje naukowe oraz dyskusje publiczne mogą nas przybliżyć do wypracowania bardziej efektywnych modeli imigracji i integracji imigrantów.

* Paweł Kaczmarczyk – wicedyrektor Ośrodka Badań nad Migracjami (Uniwersytet Warszawski)

Tekst opublikowany na: instytutobywatelski.pl

Czytaj więcej na blogu Instytut Obywatelski.

Zobacz także

O autorze instytut_obywatelski

avatar

Instytut Obywatelski to think tank polityczny. Stanowi eksperckie zaplecze partii Platforma Obywatelska RP.

Instytut jest ośrodkiem badawczo-analitycznym. Prowadzi działalność ekspercką, wydawniczą i edukacyjną. Działa od marca 2010 roku.

Motto IO: Myślimy, by działać. Działamy, by zmieniać.

Najczęściej czytane