Masz już blog? Dodaj wpis po zalogowaniu.

21.07.2013 00:39

Wszyscy jesteśmy szczurami laboratoryjnymi

 

Piszę w związku z artykułem pt: „Ekościema”, który pojawił się w 29 numerze tygodnika „Polityka”, a którego autorem jest pan Marcin Rotkiewicz. Jestem absolwentem kierunku Zaawansowane Materiały i Nanotechnologia ze specjalizacją biomateriały na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Wcześniej studiowałem kierunek Farmacja na Collegium Medicum na tej samej uczelni. Jestem również trenerem personalnym. Od wielu lat interesuję się zdrowiem, odżywianiem i medycyną. Propaguję zdrowy tryb życia.

Zobaczywszy tytuł wspomnianego artykułu bardzo się ucieszyłem. Wiele się słyszy o firmach, które bezpodstawnie doklejają do swoich produktów przedrostki bio, eko, nano i inne, żeby wprowadzając klienta w błąd zwiększyć sprzedaż lub cenę swoich produktów. „Ekologiczne” owoce zza oceanu są tutaj świetnym przykładem. Jabłko, wyhodowane nawet w najczystszym rejonie świata, zachowując standardy sprzed zrodzenia się przemysłu chemicznego, a następnie w atmosferze azotu transportowane na drugi koniec świata niewiele ma wspólnego z ekologią - ekologiczne to między innymi lokalne.

Mimo pozytywnego nastawienia lektura artykułu nie była dla mnie miła. Byłem wręcz zszokowany, w związku z czym postanowiłem zareagować. Nie chodzi tutaj o aspekty biochemiczne, sposoby interpretacji wyników badań, czy modele statystyczne i zasadność ich stosowania w określonych przypadkach. Nie chcę również używać skomplikowanych słów, gdyż z własnego doświadczenia wiem, że wiele osób, mimo że nie zna podstaw biologii lub chemii o fizjologii, toksykologii czy farmakologii nie wspominając, chce dostać jasny przekaz. Nie chodzi tu również o przerzucanie się wynikami badań. Chodzi o rzetelność. Wziąłem więc długopis do ręki i zacząłem czytać raz jeszcze.

Jedną z pierwszych rzeczy jakie zwróciły moją uwagę, poza zapewnieniem że do ludzi „nie dociera głos specjalistów od toksykologii, żywienia, chemii, rolnictwa i ekologii” jest zwrócenie uwagi na fakt, że rolnictwo ekologiczne, zostało wymyślone w pierwszej połowie XX wieku w „aurze niemalże okultystycznej”. Jak więc uprawiono ziemię i hodowano zwierzęta przed „wynalezieniem” rolnictwa ekologicznego? Rolnictwo ekologiczne istniało od wielu setek i tysięcy lat doprowadzając na drodze prób i błędów sztukę tę do perfekcji. Trudno mi sobie wyobrazić, że przez setki i tysiące lat ludzie używali pestycydów, herbicydów, antybiotyków, sztucznych hormonów, a potem w początkach XX wieku jacyś „okultyści” wymyślili, że to jest złe. Co zatem skłoniło ludzi do stworzenia nazwy „rolnictwo ekologiczne”? W Gazety Wyborczej, w wywiadzie z profesorem Andrzejem Elżanowskim opublikowanym 17.07.2013 pod tytułem „Jesteśmy zwierzętami”, dowiadujemy się, że masowa hodowla zwierząt zrodziła się w 1923 roku, czyli w pierwszej połowie XX wieku i to przez przypadek – dostawca kurczaków zamiast zamówionych pięciu sztuk przywiózł gospodyni aż pięćset. Zostały one „stłoczone w jakiejś szopie i karmione paszą, aż urosły do zabicia”. Początek XX wieku to również okres, kiedy zaczął rodzić się przemysł chemiczny, pojawiać leki m. in. antybiotyki. Rolnictwo, to jakie znali ludzie na początku XX wieku zostało nazwane ekologicznym, by odróżnić je od tego, które zaczęło się rodzić. Warto zauważyć, że masowa produkcja zwierząt nie zrodziła się z potrzeby większej produkcji jedzenia, ale z czystego przypadku. Dawało to duże zyski, co spowodował, że zaczęto rozwijać te techniki.

Następnie dowiadujemy się o środkach stosowanych w ochronie roślin w rolnictwie ekologicznym. To prawda, że substancje takie są dozwolone. Warto zastanowić się, czy „ekologiczne” warzywa i owoce w produkcji których stosuje się niektóre związki na pewno zasługują na takie miano. Tego oczekiwałem od tego artykułu! Autor wspomina o rakotwórczych pyretrynach stosowanych w uprawach ekologicznych. Tymczasem pyretryny są bezpieczne dla kręgowców. Występują w kilku gatunkach chryzantem. Jak czytamy na stronie ATSDR (Agency For Toxic Substances and Disease Registry - http://www.atsdr.cdc.gov/toxfaqs/tf.asp?id=786&tid=153) że nie ma dowodów na to, że pyretryny powodują raka! W artykule czytamy także o tlenochlorku miedzi. Jest on sklasyfikowany jako środek „mało toksyczny” (według ŚOZ – Światowa Organizacja Zdrowia). Co ważne, jest to środek odstraszający owady, a nie je zabijający. Jest także stosowany jako środek grzybobójczy. Autor podaje, że jest on „mniej skuteczny”, oraz, że „jest kilkukrotnie bardziej toksyczny dla ludzi i środowiska naturalnego niż ich syntetyczne odpowiedniki” – autor nie podaje jednak o jakich odpowiednikach mówi.

Dalej czytam, że „opublikowano bardzo ważną pracę dwojga uczonych”, którymi byli Bruce Ames i Lois Gold. Udało mi się znaleźć publikację, która odpowiada informacjom jakie podał autor (http://toxnet.nlm.nih.gov/cpdb/pdfs/handbook.pesticide.toxicology.pdf). Z pracy tej dowiedziałem się, że zatrucie naturalnym pestycydem występującym na przykład w pomidorze, pomarańczy, czy ziemniaku jest od kilkudziesięciu to kilkuset tysięcy razy mniej prawdopodobne niż zatrucie kofeiną z kawy. Jasne jest więc, że nikt nie mówi o takich jako o zagrożeniu. Dalej czytam, że nie badanie tych substancji to „absurdalność antychemicznej histerii”. Otóż sam fakt, że istnieją badania o których właśnie przeczytałem we wspomnianej publikacji świadczy o tym, że naukowcy badają i te substancje, również szacując prawdopodobieństwo zatrucia nimi. Zapewne, jeżeli ktoś wpadnie na pomysł, by izolować te naturalnie występujące w przyrodzie pestycydy i zacznie nimi opryskiwać warzywa i owoce zwiększając tym samym ich ilość w naszej diecie będzie trzeba zacząć bić na alarm.

W artykule pada bardzo ciekawe stwierdzenie, że 71% syntetycznych pestycydów obecnie stosowanych w rolnictwie ma mniejszą toksyczność niż wanilia, a 97% mniejszą niż kofeina czy aspiryna. Najpierw moja uwagę zwrócił fakt, że porównane zostały substancje chemiczne jakimi są pestycydy, kofeina i aspiryna w wanilią, która jest surowcem roślinnym. To zapewne błąd w druku, czy podczas przepisywania – jako autor artykułów, wiem że takie rzeczy się zdarzają. Fakt, że autor powtarzał te tezy również w Polskim Radio, o czym przeczytałem na stronie (http://www.polskieradio.pl/130/2351/Artykul/891075,Czy-zdrowa-zywnosc-to-sciema) upewnił mnie, że autor, popełnił błąd. Zapewne chodziło o substancję, która znajduje się w wanilii, a mianowicie o wanilinę. To prawda, że rośliny, które zjadamy zawierają substancje, które w większych stężeniach mogłyby być szkodliwe. Żeby człowiek otruł się waniliną z 50% prawdopodobieństwem śmierci, co może nastąpić przy spożyciu miligramów lub gramów pestycydu musiałby zjeść osiem kilogramów wanilii! Oznacza to, że ktoś musiałby zjeść cztery tysiące lasek wanilii, lub ponad tonę lodów waniliowych (zawartość wanilii w lodach na poziomie 0,75%). Ponieważ wanilina nie odkłada się w organizmie, trzeba to zjeść naraz. Zatem 71% syntetycznych pestycydów obecnie stosowanych w rolnictwie ma mniejszą toksyczność niż jednorazowe zjedzenie czterech tysięcy lasek wanilii. Podobnie z kawą. Okazuje się, że należałoby wypić prawie dwieście standardowych filiżanek kawy, żeby osiągnąć efekt podobny do tego jaki wywołują miligramy lub gramy (w zależności od toksyczności) pestycydów. Nie jest więc zbiegiem okoliczności, że medycyna nie zna przypadków zatrucia waniliną (to moje osobista zdanie, gdyż nie znalazłem żadnego takiego przypadku) w przeciwieństwie do zatruć pestycydami.

Kwestia co jest smaczne, a co nie to bardzo subiektywne odczucie. Osobiście uważam, że produkty ekologiczne są smaczniejsze, choć znam osoby, dla których mleko prosto od krowy jest paskudne, w przeciwieństwie do tego w kartoniku. Następnie znajduję w artykule badania naukowe, które mają dowodzić, że „z punktu widzenia zdrowia konsumenta żywność ekologiczna i konwencjonalna się nie różnią”. Badania przeprowadzone przez uczonych ze Stanford University. Wzięto pod uwagę 237 publikacji. Na podstawie tych danych odnalazłem publikację pt: „Are Organic Foods Safer or Healthier Than Conventional Alternatives?” (http://annals.org/article.aspx?articleid=1355685). W podsumowaniu czytam:

„The published literature lacks strong evidence that organic foods are significantly more nutritious than conventional foods. Consumption of organic foods may reduce exposure to pesticide residues and antibiotic-resistant bacteria. „

co można przetłumaczyć: w opublikowanej literaturze brak mocnych dowodów na to, że organiczne jedzenie jest znacząco bardziej odżywcze niż konwencjonalne. Spożywanie produktów organicznych może ograniczyć ekspozycję na pestycydy, czy infekcje spowodowane bakteriami antybiotykoopornymi.

Fakt, że autor wybrał tylko ten fragment publikacji, który pasował do jego teorii ignorując pozostałą jej część bardzo mnie rozbawił. Wesołość minęła jednak szybko, gdyż zdałem sobie sprawę, że manipulacji tej zostały poddane tysiące polskich rodzin. Po pierwsze w badaniach nie ma mowy o wpływie na zdrowie, ale o wartościach odżywczych. Po drugie z badań wynika, że ryzyko zakażenia szczepami antybiotykoopornymi jest wyższe u osób jedzących produkty konwencjonalne niż organiczne. Po trzecie, badania te mówią, że w moczu dzieci spożywających produkty organiczne znajduje się znacząco mniej pestycydów niż w moczu dzieci spożywających produkty nieorganiczne. Po czwarte, ryzyko zatrucia pestycydami jest mniejsze w przypadku produktów organicznych. To wszystko potwierdza sens istnienia rolnictwa ekologicznego, którego celem jest między innymi ograniczenie ilości pestycydów jakie spożywamy. Uzasadnione jest więc działanie rządu, który dofinansowuje rolnictwo ekologiczne dbając o zdrowie Polaków. W kolejnych badaniach przytoczonych w artykule autor znowu wybrał tę cześć, która pasowała do jego tezy. Na podstawie informacji zawartych w artykule udało mi się odnaleźć tę publikację. Jest to praca pod tytułem „Comparison of composition (nutrients and other substances) of organically and conventionally produced foodstuffs: a systematic review of the available literature” (http://www.food.gov.uk/multimedia/pdfs/organicreviewappendices.pdf), w której autorzy porównują zawartość odżywczą żywności ekologicznej z tą konwencjonalną. Autor nie wspomniał ani słowem że naukowcy stwierdzili, że wyniki są bardzo zróżnicowane i potrzebne są dalsze badania. Ważne jest też zrozumienie na czym polegają badania wartości odżywczych. Posłużę się tutaj przykładem: nalewamy sok z jednej butelki do dwóch szklanek. Następnie do jednej z nich dodajemy łyżeczkę arszeniku po czym oddajemy sok z oby dwóch szklanek do badań. Okazuje się, że w oby dwóch szklankach sok ma taką samą wartość odżywczą – ta sama ilość witamin, ta sama ilość kalorii, przeciwutleniaczy itp. To nic dziwnego, wszak pochodzi z jednej butelki. Jednakże jeżeli wypijemy sok z jednej z tych szklanek nic nam nie będzie, a gdy z drugiej – umrzemy.

Pod koniec artykułu czytam o ekologii. Jestem przekonywany, że nowoczesne uprawy wymagają mniej pestycydów. Niestety autor nie powołuje się na żadne wyniki badań. Pisze za to, że kukurydza GMO, wytwarza pestycyd całkowicie bezpieczny dla ludzi i zwierząt. Tymczasem kukurydza ta jest zakazana przez wiele krajów, do których 12 lipca tego roku, czyli przed tygodniem dołączyły Włochy. Miało to związek z opublikowanymi badaniami, który wykazały, że pestycyd produkowany przez tę kukurydzę może wpływać negatywnie na różnorodność biologiczną oraz stanowi ryzyko dla organizmów wodnych (http://www.politicheagricole.it/flex/cm/pages/ServeBLOB.php/L/IT/IDPagina/6560). Również wkoło środka o nazwie glifosat, który pojawia się w artykule jako „łagodny” jest sporo kontrowersji. Jest to substancja, która jest wolno rozkładana przez środowisko – w tempie 2% w ciągu 4 tygodni, co oznacza, że w ciągu roku rozkłada się go zaledwie około 25%. Całe reszta trafia wraz z deszczem do rzek i jezior. Sąd we Francji skazał producenta za zatajenie tej informacji i kłamstwo jakim było twierdzenie, że produkt ten jest biodegradowalny oraz że pozostawia ziemię czystą. (http://articles.mercola.com/sites/articles/archive/2009/11/21/France-Finds-Monsanto-Guilty-of-Lying.aspx). Musimy jednak ufać temu co mówi producent, gdyż jak czytamy między innymi w podręczniku do toksykologii („Toksykologia współczesna” pod redakcją Witolda Seńczuka, Wydawnictwo Lekarskie PZWL, 2006) o nowych pestycydach: „Brak jest dla tej grupy szerszych informacji o toksykodynamice ich oddziaływania na organizmy wyższe. Istniejące pochodzą z materiałów rejestracyjnych”. Materiały rejestracyjne to badania przeprowadzone przez producenta. „Weryfikacji praktycznej tych informacji mogą dostarczyć tylko obserwacje po dłuższym okresie stosowania tych związków podobnie jak i danych w zakresie możliwych zatruć ostrych”. Co się właśnie dzieje i kolejne kraje zakazują tych nowych pestycydów ku niezadowoleniu producentów. Co najgorsze, już wiele razy przyłapano producentów na wprowadzaniu na rynek toksycznych substancji. Mimo że znali oni zagrożenie, z chęci zysku decydowali się na oszustwo.

Autor twierdzi również, że praktyki ekologiczne narażają zwierzęta na „niepotrzebne cierpienia” gdyż zwierzętom podawane są w pierwszej kolejności leki roślinne. Warto wiedzieć, że lekiem roślinnym jest na przykład morfina, atropina, kodeina, aspiryna i wiele innych słabiej lub mocniej działających substancji. Jeżeli podawanie takich leków zwierzętom jest narażaniem zwierząt na niepotrzebne cierpienia jak autor określi wypalanie dziobów gorącym żelazem kurczakom by stłoczone w stresie się nie poraniły, albo stymulowanie świń hormonami by w 20 dni po porodzie znów mogły zajść w ciążę, co ma miejsce w hodowlach nieekologicznych. To nie jest narażaniem zwierząt na niepotrzebne cierpienia? Kolejnym twierdzeniem jest fakt, że kompostowanie jest źródłem emisji gazów cieplarnianych. Rozumiem, że krowi gnój i resztki roślin, jeżeli nie są kompostowane, „znikają”. Otóż jeżeli mamy do wyboru użyć mniej sztucznych nawozów i wykorzystać to co już mamy, czyli kompost albo nie wykorzystać kompostu, ale kupić więcej sztucznego nawozu lepiej skorzystać z tej pierwszej opcji. W ten sposób zmniejszymy ilość azotu i fosforu jaki trafia do środowiska. Z kompostu można również robić biopaliwa lub biogaz jak np. w Szwecji, która dzięki śmieciom i ściekom uniezależnia się od dostaw gazu i ropy. Już nawet importują śmieci, ale to zupełnie inna historia.

W artykule pojawia się więcej informacji, z którymi trudno się zgodzić, nie są one jednak tak rażące jak wspomniane fragmenty. Pozostaje pytanie: czy organizmy modyfikowane genetycznie, pestycydy, insektycydy, fungicydy i nowe metody hodowli zwierząt i uprawy roślin są bezpieczne? Nie wiem tego ani ja, ani naukowcy – co przyznają zwracając uwagę że potrzeba więcej badań w tej dziedzinie. Na razie wszyscy jesteśmy szczurami laboratoryjnymi prywatnych koncernów.

 

P.S.

Wrzucając ten wpis na mój blog, zauważyłem artykuł podający informację o śmiertelnym zatruciu pestycydami 23 dzieci na stołowce w Indiach. To pokazuje, do czego prowadzi nazywanie toksycznych substancji występujących obok nas w dużych stężeniach łagodnymi środkami ochrony roslin.

Czytaj więcej na blogu miejsce na twoją reklamę.

Zobacz także

Komentarze (24)

  • grzegor-zkowal

    Oceniono 75 razy 57

    Zapoznałem się dzisiaj z odpowiedzią pana Marcina Rotkiewicza na mój komentarz do artykułu Ekościema w tygodniku Polityka.

    Marcin Rotkiewicz zarzuca mi, że ja mu zarzucam, że początki rolnictwa umieszcza dopiero po II wojnie światowej. Nie wiem, w którym miejscu sformułowałem ten zarzut.

    To nie ja przywołałem to konkretne badanie Bruce Ames'a tylko pan Rotkiewicz w swoim artykule. Dziwi mnie fakt, że pan redaktor o tym nie wie.

    Uproszczenie jakim nazwał pan Marcin Rotkiewicz porównanie waniliny z wanilią, których toksyczność różni się od trzydziestu do stu razy (zawartość waniliny w wanilii to 1 3%) może ciut wprowadzić w błąd co do siły pestycydów.

    I tak dalej i tak dalej...

    Marcin Rotkiewicz czerpie swoją wiedzę, jak sam podaje nie z badań naukowych, ale z blogów. Być może dlatego nie wie o których badaniach pisze i co się w nich znajduje. W pierwszym linku podanym przez pana Marcina Rotkiewicza odesłany zostałem do bloga gdzie znajduje się fragment:

    They found absolutely no evidence for any differences in content of over 15 different nutrients including vitamin C, -carotene, and calcium. There were some differences, though; conventional crops had higher nitrogen levels, while organic ones had higher phosphorus and acidity none of which factor in much to nutritional quality.

    a w Polityce czytam: pod względem zawartości 15 składników odżywczych, takich jak np. witamina C, beta-karoten czy wapń, oba rodzaje żywności się nie różnią. Jeżeli zaś jakieś odmienności się pojawiły to nie miały znaczenia dla zdrowia człowieka.

    I nawet tu, nutritional quality przeistoczyło się na zdrowia człowieka...

    Wydaje mi się, że całe to zamieszanie wzięło się z rozbieżności w sposobie dobierania argumentów. Ja czerpię jej bezpośrednio z badań, a pan Marcin Rotkiewicz z blogów ludzi, z którymi się zgadza nie tego oczekuję od redaktora naukowego. Nie mam czasu ani ochoty czytać wybrakowanych tłumaczeń z angielskiego na polski.

    • kulgre

      Oceniono 15 razy -3

      - wyjebiste te badania, gdzie w polowie artykulu miedzy jednym panicznym krzykiem a drugim jest fraza: "No matter where you live in the United States, please donate money to these labeling efforts through the Organic Consumers Fund." - no, ale jebać monsanto i bigpharme, oni tylko chca sie nachapac :]
      also, polecam moze przejrzec jednak te blogi, ktore MR linkuje - teksty na nich umieszczane sa niebieskie od linkow do bezposrednich badań. zwlaszcza, ze "sam prowadze bloga" - linka nie widze, ciezko ocenic co tam wypisujesz.

    • kulgre

      Oceniono 6 razy -4

      strzal w stope - to jest blog :] myslalem, ze tokfm amatorszczyznie daje pieniadze za pisanie ;]

    • Oceniono 16 razy -10

      @grzegor-zkowal
      They found absolutely no evidence for any differences in content of over 15 different nutrients including vitamin C, -carotene, and calcium. There were some differences, though; conventional crops had higher nitrogen levels, while organic ones had higher phosphorus and acidity none of which factor in much to nutritional quality.

      a w Polityce czytam: pod względem zawartości 15 składników odżywczych, takich jak np. witamina C, beta-karoten czy wapń, oba rodzaje żywności się nie różnią. Jeżeli zaś jakieś odmienności się pojawiły to nie miały znaczenia dla zdrowia człowieka.

      I nawet tu, nutritional quality przeistoczyło się na zdrowia człowieka...

      A co tu jest nie tak? To przecież nie dosłowne tłumaczenie. Wyraźnie napisane jest, że pod względem składników odżywczych oba typy jedzenie nie różnią się. Odmienności, czyli N, P i kwasowość nie mają znaczenia dla właściwości odżywczych, czyli zdrowia, patrz tytuł artykułu, z którego pochodzą te konkluzje: Nutrition-related health effects of organic foods: a systematic review.

    • grzegor-zkowal

      Oceniono 16 razy 16

      @zaczarowanypierniczek
      W artykule "Ranking bezpieczeństwa żywności" (www.tokfm.pl/Tokfm/1,103085,14323140.html) napisano:
      "(...)w tym wypadku oceniana jest różnorodność i wartość odżywcza żywności oraz jej bezpieczeństwo." - to wszystko razem(!) daje wpływ na zdrowie. Utożsamianie wpływu produktu na zdrowie z jego wartością odżywczą jest błędem.

  • antibacchius

    Oceniono 105 razy 67

    Brawo, świetne podsumowanie artykułu pana Rotkiewicza. Nie mam na tyle wiedzy, aby zdyskredytować jego "dokonania" na łamach POLITYKI, ale od dłuższego czasu pan redaktor, delikatnie mówiąc, gra mi na nerwach. Jego pochwała GMO, jest co najmniej dziwna, a fakt, że w numerach z artykułami na temat GMO pojawiają się reklamy koncernów biochemicznych (BASF i Monsanto), daje mi wiele do myślenia. Pan Rotkiewicz dyskredytuje przeciwników GMO, nazywając ich sekciarzami, ale sam wydaje się nie dostrzegać zagrożenia monopolizacji rynku nasion przez gigantyczne korporacje, z których jedna może pochwalić się wyprodukowaniem niesławnego defoliantu Agent Orange, odpowiedzialnego za śmierć i deformację ciała wielu Wietnamczyków. Świetnie Pan wypunktował przekłamania i półprawdy. W artykule o żywności aż prosi się o podanie źródeł, z których czerpało się informacje. U pana Rotkiewicza jak zwykle tego brakuje. Przypomina mi się też jego żałosny artykuł na temat filmów dokumentalnych o fast foodach (Supersize me), GMO (świat według Monsanto) i, zdaje się, zmianach klimatycznych Ala Gore'a. Cały czas wydawało mi się jakby na siłę starał się znaleźć jakieś przekłamania w filmach, ale nie brzmiało to przekonująco. Pan Rotkiewicz jest chyba wielkim apologetą ładu korporacyjnego, Nie za bardzo wpisuje się to w format lewicowego tygodnika opinii. Powinien poszukać tytułów bardziej na prawo.

  • 1492007gazeta

    Oceniono 64 razy 48

    Świetna robota! Szkoda tylko, że ten artykuł przeczyta wielokrotnie mniej osób, niż "teksty sponsorowane" w Polityce.

  • mufin13

    Oceniono 59 razy 27

    Pan redaktor Rotkiewicz manipuluje faktami pochodzącymi z nielicznych badań, na które się powołał. Cieszę się, że zostało to wypunktowane. Dobrze by było gdyby teksty (chociaż te z okładki) ktoś przejrzał pod względem zawartości. W mojej opinii "Ekościema" to tekst "pseudonaukowy" i autor powinien się dokształcić z dziedziny, o której starał się opowiedzieć. Nie rozumie interpretacji badań, chyba, że niewygodne dla tezy fakty pomija celowo. Wolę wierzyć, że nie rozumie. Temat - chwytliwy i kontrowersyjny. Ale publikacja na takim poziomie w "Polityce" to zawód!

  • mufin13

    Oceniono 22 razy 12

    Pan redaktor wyjaśnił genezę mojego ulubionego fragmentu o wanilii! To było uproszczenie! Pysznie! Wyniki toksyczności waniliny odniósł do wanilii. Tak... Jest pewien problem z tym uproszczeniem... Waniliny jest w wanilii około 1-3% procent. Hm... Jeśli inne fakty też są tak uproszczone... Uwielbiam redaktora! I jego prostotę! Wanilię też uwielbiam!
    Czyli w uproszczeniu toksyczność wanilii jest jednak jakieś sto razy niższa niż podał.

  • ziggizagos

    Oceniono 13 razy 3

    Jak można takie duby smalone prawić. Autor tej polemiki jest kichą intelektualna, skoro napisał o fundamentalnej pracy Loisa Swirsky Golda, Thomasa H. Slone'a i Bruce'a N. Amesa:

    "Z pracy tej dowiedziałem się, że zatrucie naturalnym pestycydem występującym na przykład w pomidorze, pomarańczy, czy ziemniaku jest od kilkudziesięciu to kilkuset tysięcy razy mniej prawdopodobne niż zatrucie kofeiną z kawy."

    Auttor albo nie zna angielskiego albo nic nie zrozumiał!!!

    Cały sens tej niesłychanie ważnej w toksykologii publikacji jest taki, że naturalnie występujące w produktach żywnościowych substancje (jak np. czerwony barwnik pomidora likopen, czy zawarte w czosnku ylidy siarkowe) wykazują w testach kancerogeniczności (takich, jakimi bada się żywność) wielokrotnie większą toksyczność niż wiele substancji wytworzonych przez człowieka, w tym pestycydów!!!

    I jak tu w ogóle gadać z eko-oszołomem, który nie uczył się na studiach!!!

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Najczęściej czytane