10.02.2012 01:56

Jestem Klingończykiem

Długo zbierałem się do tego wpisu. Jeżeli coś mi się „na gorąco nie uleje”, tzn. jeżeli nie siądę i za jednym posiedzeniem nie przeleję całości posta, nawet wcześniej przemyślanego i przedyskutowanego, to całość wychodzi drętwa albo nie wychodzi w ogóle.

Pewne aspekty tematu „pozaumownego” operowania dobrami kultury wyskoczyły mi już kilka razy przy okazji różnych wpisów, ale teraz postaram się wszystko usystematyzować. Sam jestem ciekaw, jak wyjdzie „systematyczność” w moim wykonaniu tongue_out

Zgodnie z opisem w moim profilu jestem fanem fantastyki, szczególnie science fiction, które czemuś ostatnio jest w odwrocie (o przyczynach kiedy indziej lub wcale), a szczególnie-szczególnie trekopodobnych space operas. Fascynacja ta sprowadza się nie tylko do konsumowania samych dzieł i połączonej z nimi franczyzy, ale też obejmuje promowanie w wirtualu i w realu, bez porozumienia z wydawcą (ale o przyczynach później), a przede wszystkim przetwarzanie, miksowanie, wykorzystywanie w różnych formach, choćby wspomnianych wcześniej dzwonków w telefonie i tapet na pulpicie.

Piszę z perspektywy „trekkie”, ale podejrzewam, że dokładnie w takim samym położeniu w odniesieniu do ACTA znajdują się miłośnicy Star Wars©, Battlestar Galactica©, Firefly©, Warhammera©, Warcrafta©, StarGate’a©, X-Files©, Harry’ego Pottera©, twórczości Tolkiena, seriali Dynastia© i Moda na Sukces©, zespołów Iron Maiden© i Nirvana©, Ghost in the Shell©, Hellsinga©, Thorgala© i Asteriksa©. Czyli wszyscy aktywni miłośnicy określonych dzieł i twórców, z którymi się utożsamiają, a co w konsekwencji wiąże się z wykorzystywaniem przez nich twórczości tych osób i firm do promowania swojego hobby. Najczęściej bez występowania o zgodę do dystrybutora i właściciela praw autorskich (ale o przyczynach później), ale z niewątpliwym pożytkiem dla tychże. Opiszę tylko pewne ulewającemiesie aspekty, co zapewne nie wyczerpie tematu.

1. Język, czyli komunikacja, której nie można wykorzystywać do komunikacji

Wrzucam ten przykład na początek, zanim mi uleci. Czy wiecie, że Quenya© i tlhIngan Hol© są najpopularniejszymi obok Esperanto sztucznymi językami? Pierwszy z nich wymyślił Tolkien, drugi Marc Okrand na potrzeby Star Treka©. Są to kompletne języki, ale martwe. Zabijają je prawa autorskie, które uniemożliwiają ich żywiołowy rozwój i ewolucję. W przypadku klingońskiego (a pewnie i eldarińskiego) wśród fanów jest mnóstwo prawdziwych znawców tego języka, najwyraźniej w przeciwieństwie do twórców późniejszych seriali na licencji startrekowej. Fani wytykali błędy i mieli rację. Znam jedną osobę, która po przetłumaczeniu książki na jeden z powyższych języków miała z tego powodu nieprzyjemności. I nieważne, że właściciele praw (poza Okrandem i nieżyjącym już Tolkienem) zapewne zielonego pojęcia o nich nie mają, zapewne nawet ich nie interesują. Ale mają prawo nimi dysponować, nawet na zasadzie psa ogrodnika.

2. Logotypy w kulturze

Gwiezdna Flota© ma swoje komunikatory, które od serialu TNG mają symbol gwiezdnej floty. Wcześniej były tylko „symbolami”. Kształt ten w czystej formie lub różne jego wariacje obecne są na wszelkich trekowych stronach internetowych, na koszulkach, smyczkach, kubkach itd. „Nibyoenzetowskie” logo Zjednoczonej Federacji Planet©, Imperium Klingońskiego© i inne również. To samo dotyczy Drzewa Gondoru©, mapy Śródziemia©, Eddiego© z Iron Maiden© itp. Są znakami zastrzeżonymi i mimo że przeniknęły do popkultury i do głębi w nią wrosły, to wszelkie produkty materialne i niematerialne z tymi logotypami są, a raczej mogą być, bezprawnym użyciem (o czym później). I nie jest istotne, że są przy okazji sposobami promowania samych utworów i twórców. Korpo są o nie zazdrosne i pozwalają je wykorzystywać wyłącznie w sposób przez siebie wymyślony, nawet jeżeli jest to sposób bezsensowny i szkodliwy.

3. Promocja

Przy okazji najnowszego kinowego Star Treka© (którego nie było, nie ma i nie potrzeba, ale to moja prywatna opinia) polskie artykuły dotyczące samego filmu i związanego z nim środowiska zbudowane były w oparciu o materiały publikowane w internecie przez fanów. Często bezczelnie skopiowane, zawsze bez podania źródła. Widocznie dziennikarze mieli taką potrzebę, a potrzeby tej nie potrafił zaspokoić dystrybutor. Wszystkie te strony są (mogą być, ale o tym później) bezprawnym użyciem znaków towarowych, cytatów itd. Czyli za darmo, jak frajerzy, kosztami często setek godzin pracy fani wykonują zadania, którym nie potrafią lub nie chcą sprostać właściciele praw autorskich. To właśnie materiały zamieszczane przez fanów w internecie stały się podstawą dla niemal całej niskokosztowej promocji filmu. Owszem, obecne były plakaty, ulotki i denerwujące migawki na ekranach bankomatów , ale dogłębna analiza społeczno-kulturowego zjawiska byłaby niemożliwa, gdyby jej autorzy opierali się wyłącznie na zajawkach dystrybutora, o ile takie w ogóle powstały. Zdaje się, że przy okazji prowadzenia fanklubu Harry’ego Pottera© nieprzyjemności miał też młody Hołdys.

Pójdźmy trochę dalej, mianowicie do realu. Spotkania miłośników fantastyki nazywane są konwentami. Konwenty bywają mniej lub bardziej ogólne, czasami bywają tematyczne – czasami poświęcone jednemu uniwersum lub kilku pokrewnym światom, czasami formie, np. komiksom lub grom planszowym.

Chcąc promować konwenty, szczególnie tematyczne, po prostu nie sposób uniknąć wykorzystania elementów graficznych, czcionek czy fragmentów utworów w merytorycznych składnikach konwentów. W Polsce konwenty (poza wydarzeniami poświęconymi wyłącznie grom bez prądu) organizują organizacje pozarządowe, nie firmy, a same imprezy mają charakter non-profit. Jeżeli jest taka możliwość, zapraszamy do współpracy wydawcę utworu lub utworów, na punkcie których mamy hopla. Jeżeli wydawcy nie ma, znaczy że organizatorów po prostu olał. Przy okazji konwentów zdarzało mi się zderzyć ze ścianą korpo. Najczęściej nie dostawałem żadnej odpowiedzi, często odpowiadano, że „nie wpisuje się w strategię marketingową” (sic! – promowanie ich produktu się nie wpisuje?), raz dostaliśmy odpowiedź, że dostaniemy nagrody do rozdania uczestnikom. To było zaledwie kilka lat temu, więc może jeszcze je kiedyś dostaniemy, bo jakoś wówczas nie dotarły (może fani Star Wars© mają łatwiej? Jeśli tak, to zazdroszczę).

Jeszcze jeden kamyczek do konwentowego ogródka: organizatorzy głową odpowiadają za wypadki na konwentach, a w przypadku deficytowych wydarzeń płacą z własnej kieszeni. Ja już płaciłem. I nigdy nie zarobiłem ani złotówki – zyskowne konwenty służą zbudowaniu potencjału do zorganizowania konwentów bardziej „wow!©” (to pod adresem Jobsa).

4. Oferta, czyli jestem Klingończykiem

Dostęp do wszelkich dóbr związanych z kulturą jest marny, również w internecie, gdzie co chwilę użytkownik klikający z polskiej dziczy (gdzie po ulicach hasają niedźwiedzie polarne) trafia na mur niedostępności w kraju klikacza. To jeszcze betka. Fan w Polsce czuje się klientem drugiej kategorii, nawet jeżeli dystrybutor zauważy nasz mikry rynek i postanowi coś wydać. Nie będę rozpisywał się o masakrze w literaturze fantastycznej, jaką poczyniły pewne wydawnictwa, szatkując teksty na fragmenty i rozrzucając jako próbki po dziesiątkach tłumaczy.

Fani są przy okazji polskich wydań po prostu pomijani w procesie wydawniczym. Nie zawsze, ale często. Przykładem jest ów Klingończyk. Jest to forma jak najbardziej poprawna, ale nie uwzględnia faktu, że fani wcześniej wkręcili sobie, że jednak Klingon i wersję tłumaczenia Star Trek Generations© z Klingończykiem uważają za potwarz, a nawet prowokację. Podobnie jest z kontrowersjami wokół tłumaczenia Władcy Pierścieni© przez Łozińskiego, bo fani przecież wychowali się na wersji Skibniewskiej i wersję Łozińskiego uważają za profanację, mimo że warsztatowo pod pewnymi względami jest lepsza.

Bardziej „globalnym” przykładem jest konflikt wokół Star Wars©. Lucas lubi sobie przy tych filmach co jakiś czas podłubać, coś dodać, coś odjąć lub zmienić (Han Solo strzelił pierwszy!). Powoduje to oczywiste oburzenie fanów, którzy uważają, że ktoś ingeruje w ich własne dzieło. Czemu ich? Bo je wielbią i poświęcają swój czas i pieniądze na jego promowanie. A po co promują? Bo jest tego warte! I tyle!

Dlatego pojawia się poniższe pytanie: na ile dzieło należy do twórcy, a na ile do odbiorcy?

4. Miksowanie

Kiedy oryginalne dzieło przestaje być oryginalnym dziełem? Myślę o tym w kontekście Andy’ego Warhola, który dziś pewnie nie wychodziłby z sądu, a jego „zupa” nie zawisłaby w muzeum z powodu protestu właściciela praw do wzoru na puszcze (i samej puszki). A przecież to było wcale nie tak dawno. Czy zaprojektowany przez trekkie własny statek, który zamieszcza później na plakatach, jest statkiem stanowiącym kopię oryginalnego, jeżeli ma jakiś talerz, kadłub i dwie (w zasadzie od jednej do czterech) gondole WARP? Nie wiem, bo to nie jest ostra granica. W zasadzie chcąc dziś cokolwiek zrobić w popkulturze i w sztuce, trzeba by wcześniej odezwać się do mnóstwa podmiotów, z których dziełami nasze dzieło będzie się kojarzyło lub do których będzie się odwoływało i spytać o zgodę. To już nie jest sprawa o „uczucia religijne”, ale o skojarzenia. Czyli najlepiej trafić na sędziego idiotę, któremu nic się z niczym kojarzyć nie będzie. W tym kontekście wręcz oburza mnie opłata nałożona na DJ-ów za wykorzystywane przez nich utwory. Te utwory, szanowne chciwe bubki, są INSTRUMENTEM. Czy Hendrix płacił komuś za korzystanie z gitary?

Wszystkie powyższe dywagacje, a przynajmniej znaczna ich część, nie miałyby znaczenia, gdyby nie ACTA, a przynajmniej nie w takim stopniu. Sensem istnienia tej umowy jest stosowanie warunków obowiązujących w państwie producenta. Czyli jeżeli w umowie w kraju producenta jest napisane, że nie wolno używać fragmentów jako cytatów, to i w Polsce znika pojęcie cytatu. Poza tym problemem pojawia się kategoria „osiągania korzyści”. Tutaj nieprecyzyjność umowy działa na moją, jako fana, niekorzyść. Namawiałem bowiem znajomych, żebyśmy założyli stowarzyszenie promujące Star Trek©. Czyli promowanie ST jest korzyścią, bo realizacją celów statutowych. I nieważne, że po zorganizowaniu czegoś wychodzimy szczęśliwi, choć spłukani; że poświęcamy często dziesiątki i setki godzin dziesiątek i setek ludzi do przygotowania czegoś, co uważamy za wartościowe i warte promowania, skoro nadal jesteśmy podłymi złodziejami i zgodnie z warunkami amerykańskimi można nas wyssać do ostatniego centa, prewencyjne pozamykać strony (z których poważne magazyny czerpały naprawdę fachową wiedzę o temacie) i nie dać niczego w zamian. Chcesz poczytać o treku? Czytaj na oficjalniej stronie! Znajdziesz tam najnowszą ofertę kubków, plakatów i innej franczyzy. Podyskutuj na forum. Wątki szkalujące nieomylność producentów, scenarzystów i reżyserów zostaną wycięte. Przyjdźcie na konwent! Odbywa się w Kalifornii i przypomina targi. Ale jest legalny! (Mieliśmy już na jednym z konwentów taką próbkę amerykańskiego konwentu. Nigdy więcej!)

Tu nie chodzi o to, że nagle przestanę robić to, co robię. Chodzi o to, że ktoś tam może sobie uznać, zupełnie niezależnie, że to, co robię, jest złe (i ukarać) lub dobre (i nie pomóc). A jak chcę mieć pewność, że, jak obecnie, jeżeli cytuję, twórczo przetwarzam i nie czerpię z tego korzyści materialnej, to wara ode mnie. To moje, bo to moje hobby i to na takich jak ja zarabiacie. Savvy?

Myślę, że trochę naświetliłem obawy osób mocno związanych z popkulturą. Gdzie pisałem bzdury, poprawcie. Gdzie nie wyczerpałem, dodajcie. Bo nie wyczerpałem.

Na koniec pozwolę sobie dopisać parafrazę 111. "Zasady Zaboru" Ferengi: Fanów traktuj jak rodzinę - wyzyskuj ich. 

(screen z pilotażowego odcinka "Star Trek: The Next Generation, Encounter at Farpoint", w którym załoga sądzona jest przez wszechmocną istotę za przewiny całej ludzkości)

Zobacz także

Skomentuj:

Musisz się zalogować, by dodać komentarz. Jeśli nie posiadasz konta zarejestruj się.

Komentarze (5)

  • dzikowy

    0

    Dziękuje za komcie. Następnym razem podrzucę ino temat na dwie linijki. :)

    Jeden błąd, który znalazłem w swoim wpisie. Zostawiam go, bo jest wymowny:Prawa do komercyjnego wykorzystywania nazwiska Tolkiena należą do "Tolkien Estate". :)

  • xerpenta

    Oceniono 2 razy 2

    "W tym dniu, wszyscy jesteśmy Klingonami"

  • xerpenta

    Oceniono 3 razy 3

    Sprawa jest prosta, jeśli znikną piraci, znikną moje pieniądze. Niczego nie kupuję w ciemno, odzwyczaiłem się. Nie pójdę do kina na film, zanim go nie obejrzę (sic!), ponieważ opisy dystrybutorskie są pisane albo przez copywriterów, albo przez debili (ostatnio dowiedziałem się, że Idy Marcowe - dobry film, choć nie wybitny, ale zapłacić warto - to "rozgrywka o tajemniczą kobietę" - no wszystko mi opadło) i często kończyłem na fatalnym filmie, którego opis mnie zainteresował i przegapiałem dobre a na oglądanie wszystkich jeszcze mnie nie stać (pomijam uprzejmie fakt, że muszę mieć jeszcze czas, żeby zap******** na kasę, którą mam grzecznie oddać producentowi).

    Ostatnio zagrałem w Modern Warfare 3 (nie kupiłem), całe 5h rozrywki za 129,90 (oczywiście jest niby-przedłużka w postaci multi, ale skandalem jest, że muszę kupić wersję single i multiplayer w jednym produkcie. To jak zmuszanie do zakupu kawy razem z paliwem, albo pakowanie Office'a do Windozy, kiedy są bezpłatne zamienniki. A w multi w FPSach nie gram, bo nie lubię i co mam zrobić?). Wolę Skyrim (kupiłem), albo nowego Deus Ex (kupiłem).

    A w temacie wpisu powiem tak: korpo chcą ograniczenia naszej wolności twórczej i przetwórczej. Ponieważ są skostniałymi tworami nie potrafią się komunikować z prawdziwymi ludźmi, czyli fanami. Dla fanów ST, czy SW, to Uniwersum, dla nich, to produkt. Chcą go sprzedać i zarobić na kubeczkach, nie potrafią zaoferować niczego lepszego. I tu natura wypełnia próżnię, bo fani żyją tym, mają zajawkę i budują na podstawie własnej kreatywności, zastępują producentów, w sposób o wiele lepszy, bo budują międzyludzkie doświadczenie. Aftermarket staję się lepszy od samego produktu wyjściowego, pogłębiony, rozwinięty, zmodyfikowany, ulepszony. Jest produktem pasji i kreatywności, cech, których odosobniony i biurokratyczny twór nigdy nie posiądzie. Jak korpo może z tym nie walczyć? Problem polega na tym, że rządy chcą im dać atomówkę a nas zostawić z patykiem.

    Ale ma to swoje plusy. Jakie? Ludzie staną się rozgniewani, nie będą tego łykać - przemysł fantasy, steampunk, gier wróci do korzeni, kiedy to pasjonaci tworzyli swoje dzieła i przeżywali je razem z "odbiorcami". "Gamers for gamers". To hasło upadło, bo rynek gier przejęły firmy software'owe. Ale to już mija, a ACTA i inne SRACTY będą ostatnim akordem. Ludzie mają własną wyobraźnię i poradzą sobie bez substytutów, a na rynku powstaną nowe możliwości - dzięki internetowi, tego jednego trzeba strzec, tego i CC. Tak przynajmniej bym sobie życzył.

  • ippix

    Oceniono 4 razy 4

    Mogę z czystym sumieniem powiedzieć o sobie, ze jestem twórcą. Architektura, malarstwo, projektowanie graficzne - jak ta lala pasuje do rozdmuchiwanej od jakiegoś czasu ochrony praw autorskich. Rzekomo moich praw. Szczerze? Z mojej perspektywy całą ta burza nie ma żadnego znaczenia. Panowie (i panie zapewne) którzy chcą mnie chronić przed paskudnymi złodziejami zapewne nic nigdy nie wymyślili, a jedynie wypromowali i teraz trzepią kasę na gadżetach. Współpraca z nimi, to zazwyczaj odrabianie pańszczyzny za głodowe stawki (podpisujesz umowę, płacą Ci grosze + jak masz szczęście - grosze od sprzedaży). I to właśnie tacy "tfu-rcy" krzyczą najbardziej. Ja wychodzę z prostego założenia - jak wrzucam coś do sieci, muszę się liczyć z faktem, że ktoś to skopiuje, przerobi, zapożyczy... cokolwiek. I doprawdy zainteresowanie w sieci, wszelkie przeróbki itp są moim zdaniem dodatkową korzyścią - taka darmowa reklama. Niechaj się rebiata cieszy. Natomiast pan, który nie zapłacił, a i tak korzysta trzepiąc na czymś kasę - od tego mamy sądy, nieprawdaż? Pozdrawiam. Gratuluję pasji.
    IP

  • oby.watel

    Oceniono 3 razy 3

    Czy publikacja zdjęcia zawierającego te same elementy, kolorystykę i podobnie skomponowanego jak już istniejące narusza prawa autorskie? Tak! - zdecydował sąd patentowy w Londynie

    bi.gazeta.pl/im/7/11037/z11037757X.jpg
    m.wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,117915,11037752,Kary_za_robienie_podobnych_zdjec___Szalony_wyrok_sadu_.html
    Pirat to facet (lub facetka), który korzysta, a nie płaci. Ideał to facet, który płaci (lub facetka), a nie korzysta. Zdumiewające, że jeszcze nie jest obciążony opłatą na rzecz twórców papier toaletowy. Jeśli w ten lub inny sposób piractwo zostanie wyeliminowane, to zyski firmy zaczną czerpać z pozywania się nawzajem. Ponieważ w Gwiezdnych Wojnach wykorzystano statek kosmiczny który z daleka przypomina wykorzystany w Star Treku. Albo odwrotnie.

    Z drugiej strony trzeba zrozumieć ludzi, którym zawalił się świat jaki znali. Jeśli nie chwycą za mordę internetu, to zginą. Warto zwrócić uwagę, że (prawie) nikt nie domaga się permanentnej kontroli i jawności w realu. Natomiast w internecie użytkownicy mają przestać być anonimowi, za to co napiszą odpowiadają administratorzy, którzy także zobligowani są do przechowywania i udostępniania logów. Oczywiście wszystko to dla naszego bezpieczeństwa. Wynika z tego, że Stalin, Kim Ir Sen i im podobni to w sumie bohaterzy pozytywni. Co prawda trzymali za twarz, ale wyłącznie dla dobra obywateli i ich bezpieczeństwa.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Blogi znajomych dzikowy

  • DIE ANTWOORD

     Die Antwoord to w afrikaans "odpowiedź". Tak nazwało swój zesp&oacu...

  • Ja pana ko..., panie Nowak!

    Pamiętam z dzieciństwa taką wyliczankę: Ja cię ko... ale nogą, ja cię lu..., ale...

Infografika