,
Obserwuj
Świat

"Jeżeli historia się powtórzy, będziemy winni my". Polska bomba atomowa odstraszy Rosję?

oprac. Katarzyna Rogowska tokfm.pl
7 min. czytania
29.03.2026 10:13

"Prognozowanie sytuacji, w której Polska nawet nie tyle wchodzi już w posiadanie broni jądrowej, co w ogóle prowadzi aktywny program jej zdobycia, wymaga przyjęcia podstawowego założenia - a mianowicie, że Stany Zjednoczone (zmuszone do tego lub dobrowolnie) dokonają zmiany swojej wielkiej strategii (...)". Prezentujemy fragmenty książki autorstwa Alberta Świdzińskiego pt. "Nasza bomba. Czy Polska potrzebuje strategii jądrowej?".

Wrzesień 2025 r. Głowice nuklearne prezentowane na paradzie wojskowej w Pekinie (zdjęcie ilustracyjne)
Wrzesień 2025 r. Głowice nuklearne prezentowane na paradzie wojskowej w Pekinie (zdjęcie ilustracyjne)
fot. ZHANG CHENG / XINHUA / XINHUA VIA AFP

Poniższy fragment pochodzi z książki autorstwa Alberta Świdzińskiego pt. "Nasza bomba. Czy Polska potrzebuje strategii jądrowej?", która ukazała się 25 lutego 2026 roku nakładem Wydawnictwa Literackiego.

Nasza droga do bomby

(...) Polski establishment polityczny co prawda odczuwa - jak wynika przynajmniej z publicznych deklaracji elit, ale mniej z faktycznych działań - poważne zagrożenie będące wynikiem ekspansywnej polityki zagranicznej Rosji. Jednocześnie obawy te są moderowane bezgraniczną, jak się wydaje, wiarą w dalsze trwanie w niezmienionej formie obecnej architektury bezpieczeństwa w Europie, którą definiuje dalsza obecność i niezmienny poziom zaangażowania Stanów Zjednoczonych w stabilizowanie sytuacji oraz odstraszanie Rosji. Dopóki przekonanie to pozostaje niezachwiane, Polska nie tylko nie rozważy rozwinięcia aktywnego programu broni jądrowej, ale też nie zmieni strategii hedgingu technicznego na jej bardziej "agresywną" formę, a więc hedging ubezpieczeniowy.

Trudno jest mi ocenić, co jest źródłem tej wiary. Wydaje się, że to kolejna zwrotka tej samej pieśni, która pozwoliła polskim elitom (ale też polskiemu społeczeństwu!) uwierzyć w latach trzydziestych XX wieku w gwarancje udzielone przez Francję (która gros swoich wydatków obronnych pożytkowała na utworzenie stricte defensywnej Linii Maginota) oraz - udzielone ostatecznie dopiero w marcu 1939 roku - jednostronne gwarancje brytyjskie. Jeszcze raz: państwa skonfrontowane z tak dojmującym dziedzictwem klęski i traumy, jakie stało się udziałem Polski, mogą albo wybrać drogę bezwzględnie trzeźwego realizmu, albo też podążyć w kierunku dokładnie odwrotnym - jeszcze intensywniej marzyć o powstaniu świata innego niż ten, w którym przydarzyły nam się te wszystkie straszne rzeczy. Problem z takim poglądem polega na tym, że przyjmując rolę ofiary - wskutek zdrady aliantów, agresji Stalina czy Hitlera - Polska w gruncie rzeczy nie tylko zrzuca z siebie brzemię odpowiedzialności, ale też pozbawia się sprawczości i podmiotowości. Obarczanie winą za swoją klęskę czynników zewnętrznych - Chamberlaina, Churchilla, Roosevelta, Lebruna czy kogo tam jeszcze - oznacza, że tak naprawdę Polska i jej elity nie są za nic odpowiedzialne! Oznacza również, że nieszczęścia spadają na Polskę albo w wyniku knowań innych państw, albo po prostu - deus ex machina. A skoro tak, to nic nie da się z tym zrobić; nie można w żaden sposób uczyć się na swoich błędach, analizować ich, wyciągać z nich wniosków na przyszłość. Takie rozumienie rzeczywistości, owszem, pozwala nam smarować ropiejące rany i źle gojące się blizny kojącym balsamem wyższości moralnej, ale też skazuje nas na powtarzanie tych samych błędów, raz za razem. Prawda jest inna: to Polska, a w szczególności jej elity, są w największym stopniu odpowiedzialne za wszystko złe, co się jej przydarzyło. To właśnie niezdolność elit do odczytania intencji rywali i sojuszników, do zrozumienia układu sił, sprowadziła na Polskę te wszystkie tragedie. I jeżeli historia się powtórzy - albo chociaż zrymuje - winny temu będzie nie Putin, nie Xi, nie Scholz, Merkel, Biden, Trump, Macron czy Łukaszenka, ale my sami.

"Nasza bomba. Czy Polska potrzebuje strategii jądrowej?", Albert Świdziński
fot.

Wydawnictwo Literackie

Jednak myślenie o sojuszach jako o współpracy stricte biznesowej i transakcyjnej jest polskim elitom całkowicie obce. Postawa ta sprowadza gigantyczne ryzyko błędnej oceny determinacji naszego patrona do stanięcia w naszej obronie i uniemożliwia uzyskanie realnych korzyści ze współpracy z nim. Co więcej, myślenie o sojuszach w kategoriach transakcyjnych blokowane jest także przez normę logiki stosowności (lub właściwego zachowania); jest to w oczywisty sposób błędne postrzeganie rzeczywistości. Co więcej, większość amerykańskich sojuszników wcale w ten sposób nie myśli, o czym przekonamy się dalej. (...) 

Nie można funkcjonować w paradygmacie zakładającym, że sojusznik wynagradzać będzie nas w zamian za niedomaganie się niczego i spolegliwe wykonywanie jego poleceń - uświadomienie sobie tego przez polskie elity jest pierwszym i niezbędnym krokiem na drodze do zweryfikowania gwarancji bezpieczeństwa. Bez tego będziemy tkwić w miejscu. Polskie elity polityczne i eksperckie są jednak od zrobienia takiego kroku bardzo dalekie. Doskonałym przykładem tego jest postępowanie polskich elit podczas wymiany szpiegów między Rosją a Stanami Zjednoczonymi w sierpniu 2024 roku. W jej toku Polska zgodziła się na uwolnienie osadzonego w polskim więzieniu oficera GRU Pawła Rubcowa. Jak tłumaczył prezydent RP Andrzej Duda, "to nie Polska negocjowała wymianę więźniów z Rosją. To zrobili Amerykanie i poprosili nas jako aliantów o Rubcowa. Jedyne, co mogliśmy zrobić, to próbować zablokować tę wymianę". Wymiana doszła do skutku, a w jej ramach nie został uwolniony żaden obywatel RP, nie wiadomo również, aby Polska uzyskała z niej jakiekolwiek inne korzyści. Uzasadnione jest więc podejrzenie, że władze w Warszawie wyraziły zgodę na wymianę, nie domagając się w zamian niczego. Polska miała w rękach kartę przetargową, którą oddała za darmo; kartę tym silniejszą, że mogła ona unieważnić toczone od dłuższego czasu (ponad polskimi głowami) negocjacje. To więcej niż zbrodnia. To błąd.

Być może polskie elity uznają, że zaciągają w ten sposób u swoich sojuszników "dług wdzięczności", który ci będą czuli się zobligowani spłacić, kiedy Polska tego zażąda. Trudno wyobrazić sobie bardziej infantylne, a zarazem podstępne rozumowanie. (...)

Redakcja poleca

Nasza (jaka?) bomba

Prognozowanie sytuacji, w której Polska nawet nie tyle wchodzi już w posiadanie broni jądrowej, co w ogóle prowadzi aktywny program jej zdobycia, wymaga przyjęcia podstawowego założenia - a mianowicie, że Stany Zjednoczone (zmuszone do tego lub dobrowolnie) dokonają zmiany swojej wielkiej strategii z prymatu na offshore balancing (albo nie będą w formalnym sojuszu z Polską - bądź też jedno i drugie). Dopiero wówczas zniknie imperatyw nakazujący Ameryce powstrzymywać proliferację broni jądrowej wśród swoich sojuszników. Osłabną również norma oraz - najprawdopodobniej - reżim nieproliferacji, a państwa pozbawione amerykańskich gwarancji bezpieczeństwa będą musiały zapewnić je sobie innymi metodami. Te najpoważniej zagrożone rozważą opracowanie własnej broni jądrowej. Pozycja geostrategiczna Polski - dla której największe zagrożenie stanowi silniejsza konwencjonalnie, ofensywnie usposobiona i geograficznie bliska Rosja - zawęża wybór odpowiedniej dla nas doktryny użycia broni jądrowej do alternatywy: doktryna katalityczna lub doktryna asymetrycznej eskalacji. Bo doktryna zapewnionego odwetu to w sytuacji Polski za mało. 

Dlaczego? Przypomnijmy: zapewniony odwet zakłada, że podstawowym scenariuszem wykorzystania broni jądrowej jest odpowiedź na pierwsze jej użycie przez przeciwnika; celem jest więc odstraszenie rywala przed użyciem broni jądrowej, ale już niekoniecznie przed zainicjowaniem konwencjonalnej agresji. Ponieważ Rosjanie są i pozostaną silniejsi od nas konwencjonalnie, nie muszą używać wobec nas broni jądrowej, aby osiągnąć swoje cele strategiczne. Zwróćmy przy tym uwagę, że rzeczywistość, w której Polska może zdobyć broń jądrową, jest rzeczywistością postnatowską - czyli taką, w której nie możemy już kalkulować, że w wypadku ewentualnej konfrontacji otrzymamy wsparcie Sojuszu (którego całościowa siła konwencjonalna jest większa niż siła Rosji). W najlepszym razie moglibyśmy liczyć na to, że wesprą nas inne państwa w regionie - podobnie jak my wystawione na niebezpieczeństwo ze strony Moskwy.

Rosyjskie zagrożenie jest więc dla Polski egzystencjalne niezależnie od tego, czy Kreml miałby sięgnąć po środki konwencjonalne, czy nuklearne. Zresztą rosyjskie groźby użycia wobec nas broni jądrowej nie będą prawdopodobnie skuteczne - tak jak nie były skuteczne wobec Ukrainy. Mało tego, ponieważ funkcjonować będziemy najpewniej w rzeczywistości po abdykacji USA ze zobowiązań, Rosja nie będzie mogła manipulować ryzykiem niekontrolowanej eskalacji względem Waszyngtonu, licząc na to, że to Biały Dom wymusi określone ustępstwa na swoim sojuszniku (w tym przypadku: Polsce). To zaś oznacza, że dla Rosji droga do uzyskania celów politycznych zawęża się do groźby użycia (lub faktycznego użycia) siły konwencjonalnej. Nasza bomba mogłaby wywrócić tę kalkulację. Jak? Poprzez urealnienie perspektywy zadania Rosji bólu (zgodnie z tym, o czym pisał Schelling). Polska musi być zdolna zniechęcić Rosję do zainicjowania agresji, sygnalizując Moskwie, że koszty takiego działania mogą przewyższyć korzyści. Innymi słowy: musi odstraszyć Kreml przez groźbę kary. Środek do tego stanowi doktryna asymetrycznej eskalacji. (...)

Redakcja poleca

Czy doktryna katalityczna jest dostępna dla Polski?

Czy Polska, wzorem Pakistanu i Izraela, mogłaby liczyć na wdrożenie doktryny katalitycznej? W ujęciu historycznym te państwa, które miały podstawy sądzić, że doktryna ta jest dla nich osiągalna, wybierały właśnie ją. To zaskakująca obserwacja, jeśli przyjmiemy, że broń jądrową zdobywa się przecież w celu pozyskania samodzielności i suwerennego kontrolowania gwarancji przetrwania państwa. Wynika z tego wniosek, że państwa nie uznają egzystencjalnego odstraszania za wystarczającą strategię. (...)

Czy więc doktryna katalityczna byłaby właściwym wyborem dla Polski? Jest wiele powodów, by tak uważać. Przede wszystkim wybór ten "kupowałby" Polsce czas niezbędny na okrzepnięcie i rozbudowę arsenału nuklearnego. Rozbudowa zaś jest niezbędna, jeśli chce się w przyszłości realizować odstraszanie nuklearne wykraczające poza doktrynę katalityczną. Arsenał nuklearny, który ma służyć odstraszaniu przeciwnika - a nie tylko katalizowaniu reakcji nieformalnego sojusznika - musi być również odpowiednio zoperacjonalizowany. Trzeba więc nie tylko opracować, a następnie wprowadzić do produkcji głowicę nuklearną ze wszystkimi jej elementami, ale też upewnić się, że jest ona niezawodna. Ale na tym nie koniec. Oprócz ilościowej i jakościowej rozbudowy trzeba jeszcze utworzyć odpowiednie struktury zarządzania i kontroli nad bronią jądrową, procedury komunikowania rozkazu jej użycia, przemieszczania, składowania, uzbrajania, konserwacji, a także mechanizmy zabezpieczające przed jej nieprawomocnym użyciem. A do tego niezbędne są jeszcze odpowiedzialne za to kadry, właściwie dobrane (i prześwietlone) pod kątem psychologicznym i intelektualnym oraz starannie przeszkolone.

Zajmuje to mnóstwo czasu i kosztuje dużo pieniędzy. Być może państwa, które prowadzą hedging ubezpieczeniowy od dekad, jak Japonia, Korea Południowa czy nawet Niemcy, mogłyby skrócić czas potrzebny do rozwinięcia tych zdolności. Jednak w przypadku Polski wiele z nich należałoby stworzyć od zera. Przyjęcie strategii katalitycznej umożliwia stopniowe rozbudowywanie zdolności, jednocześnie dając jakąś perspektywę na - w razie potrzeby - plausible deniability (wiarygodną wymówkę, zaprzeczenie) zarówno w odniesieniu do prowadzenia programu nuklearnego, jak i faktu posiadania broni jądrowej. Zwiększa to (podobnie jak nieformalna - chociaż trudna do ukrycia - współpraca z patronem) szanse na odstraszanie państw wrogich od prób prewencyjnego zniszczenia rozwijającego się programu nuklearnego i innych form agresji. W ostatecznym rozrachunku potencjalny przeciwnik musi brać pod uwagę, że w wyniku działania doktryny katalitycznej patron stanie w obronie interesów swojego klienta - jeżeli nie poprzez bezpośrednią interwencję zbrojną, to poprzez dostawy sprzętu wojskowego, dzielenie się informacjami wywiadu czy też naciski dyplomatyczne. Przeciwnik nie może też wykluczyć ewentualności, że nieformalny patron opowie się po stronie klienta zbrojnie, a to - w toku niezamierzonej eskalacji - może doprowadzić nawet do eskalacji nuklearnej. Oczywiście prawdopodobieństwo takiego scenariusza jest niższe niż w przypadku istnienia formalnego sojuszu - ale wyższe niż w sytuacji, gdy nieformalna relacja gwarant-klient w ogóle nie istnieje. Wreszcie zarówno nieformalny mecenat mocarstwa, jak i to, że nie dochodzi do publicznego potwierdzenia posiadania broni jądrowej, obniża ryzyko tego, że państwo proliferujące narazi się na sankcje wspólnoty międzynarodowej i zostanie poddane naciskom gospodarczym czy politycznym. (...)

Posłuchaj: