Prof. Kuźniar: "Ratownik powiedział nam: szedłem po wasze ciała"

- Jestem w pełni uprawniony, żeby powtórzyć słynne ogłoszenie Marka Twaina "Pogłoski o mojej śmierci okazały się mocno przesadzone" - mówił w TOK FM doradca prezydenta prof. Roman Kuźniar. Opowiadał o swojej dramatycznej przygodzie podczas wspinaczki na Elbrus. - Ratownik, który nas znalazł powiedział "Szedłem po ciała. Uważaliśmy, że nie mieliście szans tam przetrwać" - opowiadał Kuźniar.
Prof. Kuźniar i jego kolega Jacek Kranz 21 lipca zaginęli podczas wspinaczki na Elbrus. Zostali odnalezieni następnego dnia. Prof. opowiadał w TOK FM, jak doszło do zdarzenia. - Ten czwartek był ogłaszany w prognozach jako dzień pewny. Kilka zespołów szykowało się na ten dzień. Kaukaz to jednak góry bardzo kapryśne. Ruszyliśmy o godz. 2 w nocy, żeby "zrobić" Elbrus zachodni. W partii podszczytowej gdzieś na wysokości 5,2 - 5,3 tys. metrów, więc stosunkowo niedaleko, pogoda zaczęła się dramatycznie załamywać. Śnieg, wicher i mgła - opowiadał Kuźniar.

- Gdzieś czytałem, że prawie w klapkach tam szliście - pytał prowadzący program Grzegorz Chlasta.

- To skrajna nieodpowiedzialność mediów. Byliśmy dobrze przygotowani, właściwie ubrani, mieliśmy wystarczający zapas jedzenia. Mam spore doświadczenie. Cztery lata mieszkałem w Alpach, co drugi weekend byłem wysoko w górach. Mam wiele alpejskich 4-tysięczników. Kilka razy byłem złapany w pułapkę atmosferyczną, że musiałem zostać na wysokości ok. czterech tysięcy metrów, żeby przetrwać. Tak było i tym razem. Zdążyliśmy wejść na szczyt w kompletnej zamieci. Nic nie było widać. Zeszliśmy z kopułki szczytowej na takie podszczytowe plateau. Tu się zaczęły pierwsze trudności. Można się zwalić i nie przeżyć, nawet jeśli trafi się we właściwe miejsce, w którym się schodzi. Potem w siodle, między Elbrusem wschodnim i zachodnim jest rozległy, mocno pocięty szczelinami lodowiec. Wiedzieliśmy, że przy załamaniu pogody Elbrus zabija w zejściu. Około 30 osób ginie w sezonie, większość to przypadki związane z załamaniem pogody. Kiedy nas złapała ta burza śnieżna, wiedzieliśmy, że nie możemy zejść. Wchodząc widzieliśmy na skałach metalowe tabliczki z nazwiskami osób, które tam zostały. Nie chcieliśmy ryzykować, że trafimy na taką tabliczkę.

- Bał się pan?

- To naturalne. Jeśli ktoś się gór nie boi, nie powinien w góry chodzić. Myśmy nie mogli schodzić, bo to byłby rodzaj samobójstwa. Zakopaliśmy się w śnieżnej jamce. Niestety śnieg był suchy, przewiany. Nie można było wykopać głębokiego dołu, bo się osypywał. Nie można było postawić żadnej ścianki. Na siebie naciągnęliśmy kawałek brezentu. Sądziliśmy, że tak gwałtowne uderzenie nie może być długie. Że za trzy-cztery godziny będziemy mogli schodzić. Czas okazał się jednak znacznie dłuższy. Zrobiła się noc i pogoda się odmieniła. Chmury się rozsłoniły, wyszedł wspaniały księżyc, gwiazdy takie, że można ręką sięgać. Wyjrzałem na plateau, a tam śnieg skrzył się jak diamenty. Wiedziałem, że to oznacza bardzo silny mróz. Mówię do kolegi: "Jacek, musimy się przygotować na najgorsze, nie możemy spać, a jeżeli już to na zmianę". Musieliśmy przetrwać, aż zacznie dnieć. Wtedy wyszliśmy prawie sztywni z zimna.

- Zaczęliśmy chodzić. Odczuliśmy efekty braku tlenu. W Himalajach wiele osób z tego powodu zginęło, bo brak tlenu pociąga za sobą radykalne obniżenie instynktu samozachowawczego. Mieliśmy pierwsze tego sygnały. Najpierw zeszliśmy przez ścianę, potem udało nam się pokonać lodowiec, choć lodowiec zasypany świeżym śniegiem to pole minowe. Weszliśmy na trawers okalający wschodni Elbrus. Kiedy weszliśmy na wysokość ok. 5,2 tys. metrów natknął się na nas pierwszy z ratowników, wysłanych gdy na noc nie zeszliśmy. Widziałem tę radość dziecka w jego oczach, gdy nas zobaczył. Potem spoważniał i mówi "Ja szedłem po ciała. Uważaliśmy, że nie mieliście szans tam przetrwać". Ratownicy pomogli nam zejść na niższą wysokość. U mnie stwierdzono odmrożenie palców. Błyskawicznie wezwano helikopter, który zawiózł nas do szpitala - opowiadał Kuźniar.

DOSTĘP PREMIUM