Po porażce warszawskich Oburzonych. "Nie znamy demokratycznego kapitalizmu", "Oburzeni winni krachu"

"Odczepcie się od kapitalizmu!" - apeluje w "Rzeczpospolitej" Marek Magierowski. "Obecny model wydaje się jedyną alternatywą dla nieszczęść, które mamy szczęśliwie za sobą" - pisze z kolei Jacek Żakowski. Dzisiaj dziennikarze zajęli się oceną warszawskiego Marszu Oburzonych.
Jacek Żakowski na łamach "Gazety Wyborczej" próbuje poznać przyczynę porażki sobotniego Marszu Oburzonych w Warszawie. Pyta: czemu ten nowy nurt tak słabo się w Polsce przebija? "Pierwsza nasuwa się odpowiedź, że to przez zieloną wyspę (o której mówił Donald Tusk - red.). Ale zielona wyspa jest wyspą z papieru. Bezrobocie mamy takie jak w Stanach Zjednoczonych. Młodzi Polacy nie tracą mieszkań i domów nie dlatego, że nie stać ich na obsłużenie kredytów, ale dlatego, że nikt im kredytów nie daje, bo pracują na umowach śmieciowych. A studenci i ci, którzy podostawali kredyty, się nie wychylają, bo biegają z chałtury na chałturę, żeby przeżyć" - pisze Żakowski.

Jego zdaniem Polacy znają tylko "autorytarny socjalizm", a nie - jak reszta krajów Zachodu - "demokratyczny kapitalizm". "Większości z nas obecny model wydaje się jedyną alternatywą dla nieszczęść, które mamy szczęśliwie za sobą. To nas demobilizuje i skłania do pokornego znoszenia kolejnych pogarszających nasze życie reform oraz konwulsji kryzysu, które rewoltują inne społeczeństwa, a wielu myślących ekspertów oraz polityków Zachodu skłaniają do rewidowania wcześniej wyznawanych poglądów" - uważa publicysta.

Rzeczpospolita: "Odczepcie się od kapitalizmu!"

Z kolei Marek Magierowski pisze w "Rzeczpospolitej": "Oburzeni byliby zapewne jeszcze bardziej oburzeni, gdyby się dowiedzieli, że to w dużej mierze oni właśnie doprowadzili do obecnego krachu. Bieda i bezrobocie nie wynikają z pazerności banków, lecz z pazerności społeczeństw" - uważa. Publicysta wypomina: "Wszyscy chcą darmowej służby zdrowia, darmowych szkół, minimalnej płacy i godziwej emerytury. Kto za to płaci? Między innymi banki, udzielając pożyczek rządom Grecji, Hiszpanii, Portugalii, Irlandii, Włoch, Francji i Polski na spełnianie zachcianek obywateli".

Teraz - zdaniem Magierowskiego - ci sami obywatele domagają się ponoszenia odpowiedzialności przez bankierów. Jak miałaby wyglądać "kara" dla instytucji finansowych? "(...) wystarczy, aby każdy z protestujących wyrzucił do najbliższego kosza swoją kartę kredytową i namówił do tego kroku wszystkich znajomych. W ten sposób profity banków zostałyby znacznie uszczuplone, a członkowie zarządów nie dostaliby milionowych bonusów. Logiczne, nieprawdaż? Ciekawe tylko, ilu tych neomarksistów się na to zdecyduje" - podkreśla dziennikarz "Rzeczpospolitej".

W tej samej gazecie inny jej publicysta - Piotr Gursztyn - wytyka: "Protest zorganizowała grupa młodych ludzi ze społecznego liceum w Warszawie. Takiego, gdzie za naukę płaci się czesne i które chwali się tym, że jego uczniowie bez trudu dostają się na studia na państwowe uczelnie (czyli te lepsze i na dodatek bezpłatne). Ich inicjatywę promowały media, które trudno uznać za antyestablishmentowe. I dziennikarze - zwłaszcza Jacek Żakowski, którego też nie da się nazwać antysystemowym. Pod protest próbował się podczepić Ryszard Kalisz, potencjalny przywódca SLD. Także posłowie Ruchu Poparcia Palikota - ugrupowania, które chce się przedstawić jako prawdziwy antyestablishment i jedyna oryginalna lewica. Zabawne zresztą było to, że ktoś z demonstrantów przeganiał Kalisza z pochodu, wypominając mu jeżdżenie luksusowym jaguarem".



Orliński: "WFF, no i nie ma na co się oburzać"

Wojciech Orliński, dziennikarz "Gazety Wyborczej", postanowił sobotni Marsz skomentować na swoim blogu. I, zapewniając o swoim wsparciu dla protestujących, analizuje przyczyny porażki weekendowego protestu.

"Dlaczego frekwencja była tak skromna?" - pyta. "Jedną z banalnych odpowiedzi jest: Warszawski Festiwal Filmowy. Takie imprezy zwykle tłumnie nawiedza alternatywna młodzież. Gdyby po prostu cała widownia tego filmu poszła na manifę, frekwencja pewnie wzrosłaby dwukrotnie".

Innym powodem jest odpowiedź na pytanie: czy rzeczywiście mamy przeciwko czemu protestować? "Grecy, Hiszpanie, Anglicy, Niemcy, Francuzi, Amerykanie - oni to czują, że dziesięć lat temu żyło im się lepiej. A gdy słuchają opowieści swoich rodziców o tym, jak wyglądała ich pierwsza umowa o pracę, szlag ich trafia z zawiści. I tu się zaczyna zasadnicza różnica. Nie mamy jako społeczeństwo takiego okresu, który tłumnie byśmy wspominali z nostalgią. Mimo kryzysu, średni poziom życia jest wyższy niż 10 lat temu, a w porównaniu z czasami PRL w ogóle jesteśmy już jak w "Powrocie z gwiazd" Lema. (...) Oburzeni na Zachodzie mają świadomość, że czeka ich poziom życia niższy niż ten, którym cieszyli się ich rodzice - i żadnej nadziei na zmianę sytuacji. Młodzi ludzie w Polsce ciągle mają w sobie nadzieję, że w życiu ułoży im się lepiej niż rodzicom (może z paroma wyjątkami typu Tomasz Gudzowaty)".

DOSTĘP PREMIUM