Była stewardessa LOT: "Boeingi 767 jak starsze modele volvo - niezbyt nowoczesne, ale niezawodne"

- Wszystkie te szkolenia i pranie mózgów, jakim poddawany jest personel, okazuje się, mają sens - mówi o wczorajszej akcji ratunkowej Boeinga 767 w rozmowie z "Tygodnikiem Powszechnym" Magdalena Liberus-Partyka, stewardessa LOT w latach 1998-2008. O samej ewakuacji pasażerów dodaje: świetnie zorganizowana.


Liberus-Partyka latała wiele razy samolotem, który lądował wczoraj bez wysuniętego podwozia na warszawskim Okęciu. - Nigdy nie miał opinii feralnego - mówi w rozmowie z dziennikarzem "Tygodnika Powszechnego". - O stanie technicznym tych samolotów nie mam prawa się wypowiadać, powiem tylko, że już w czasach, kiedy pracowałam w LOT, miały one opinię podobną do tej, jaką cieszą się starsze modele volvo - niezbyt nowoczesne, ale niezawodne. Jak widać, do czasu - podkreśla.

Według byłej stewardessy LOT akcja ewakuacyjna pasażerów była świetnie zorganizowana, co potwierdza tylko potrzebę i uzasadnia istnienie wielu szkoleń personelu. Jak wygląda sama procedura awaryjna? - Zależy ona od tego, ile czasu pozostało do lądowania - opowiada Liberus-Partyka. - Jeśli mniej niż 10 minut, personel musi błyskawicznie przygotować kabinę. Zebrać posiłki, zbędne przedmioty, usunąć kotary, bagaż umieścić tak, by nikogo nie zmiażdżył. Trzeba usnąć wszystkie rzeczy z przejść. Kapitan ustala dwa hasła: jedno do ewakuacji, drugie w przypadku, gdy można jej zaniechać. Przed samym przyziemieniem krzyczymy: "chwyć stopy", po lądowaniu "Rozpiąć pasy, zdjąć buty, zostaw wszystko".

"Bohaterstwo"



- W tym przypadku wszystko przebiegło wzorowo, co nie jest łatwe, jeśli pomyśleć, że na pokładzie jest 230 przerażonych osób - ocenia wczorajszą akcję stewardessa. Podkreśla, że to dzięki "fenomenalnemu lądowaniu" samolot nie odkształcił się i zadziałały wszystkie drzwi i trapy - dlatego wszystko przebiegło "błyskawicznie". - Zauważyłam jedynie, że pierwsze osoby, które zjechały po trapach, zaczęły uciekać od samolotu. Zazwyczaj personel wyłania grupę pomocników, którzy zjeżdżają jako pierwsi i pomagają pozostałym. Wola życia bywa jednak silniejsza. Jeśli tak było, nie wolno mieć o to do nich pretensji. Nie jestem do dziś w stanie wyobrazić sobie, ile hartu ducha mają moje koleżanki, które w podobnych sytuacjach nie uciekają jako pierwsze, tylko opuszczają samolot na samym końcu. To wielkie bohaterstwo - podkreśla Liberus-Partyka.

Samo opuszczenie samolotu przez pasażerów to jeszcze jednak nie koniec sytuacji awaryjnej - stewardessy mówią prosty komunikat do tych, którzy wychodzą: "Uciekaj jak najdalej od samolotu". - To, że samolot wylądował, to połowa sukcesu. Nie wiadomo przecież, czy silniki nie wybuchną - zauważa rozmówczyni "Tygodnika Powszechnego".

Kpt. Wrona? "Od dzisiaj bohater"

Liberus-Partyka zauważa, że według części obserwatorów lepiej byłoby wylądować na wilgotnej trawie, zamiast w sposób, na jaki zdecydował się kpt. Wrona. - Nic bardziej mylnego. Grunt prawdopodobnie ugiąłby się pod ciężarem tych 100 ton. Samolot zaryłby w ziemi, wybuchłby pożar. To byłaby katastrofa. Mało kto wie, że płoną również samoloty, których piloci decydują się również na manewr wodowania. W tym przypadku poduszka z piany i specjalnych środków chemicznych okazała się niezastąpiona - podkreśla stewardessa.

A sam kpt. Tadeusz Wrona, który pilotował wczoraj samolot? "Wspaniały człowiek, bardzo koleżeński". - A od teraz również bohater - podsumowuje Liberus-Partyka.

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM