Kpt. Wrona: Próbowaliśmy wypchnąć podwozie przez przeciążenie grawitacyjne

- 500 razy leciałem tym samolotem, zawsze wysuwało się podwozie. Myśl, że będziemy zmuszeni lądować awaryjnie, dotarła do mnie na 3-4 minuty przed przyziemieniem. Pełną ulgę poczułem dopiero, gdy szef pokładu zameldował mi, że pokład jest pusty - opowiadał kpt. Tadeusz Wrona, który we wtorek mistrzowsko wylądował ?na brzuchu? ogromnym Boeingiem 767.
Boeing 767, który pilotował wczoraj kpt. Wrona, wylądował na warszawskim lotnisku Chopina bez podwozia. Samolot bezpiecznie wyhamował na pokrytym wcześniej przez służby lotniskowe specjalną pianą pasie startowym. Dziś na konferencji prasowej pilot opowiadał o locie przez Atlantyk i szczegółach awarii.

Problem ujawnił się przy podejściu

- W Warszawie nie schodziliśmy awaryjnie do lądowania. Pierwsze podejście było normalne. Ten moment dla nas krytyczny pojawił się dopiero przy pierwszej nieudanej próbie wypuszczenia podwozia, w rejonie Warszawy - powiedział pilot, pytany o to, kiedy dowiedział się o problemach z samolotem. Do tego momentu, jak mówił, z samolotem nic złego się nie działo.

W tym momencie załoga przerwała podchodzenie. - Zaczęliśmy zastanawiać się, co się dzieje. Podwozie wymagało pewnego czasu, by zaskoczyły zamki, więc gdy odczekaliśmy, minęły 3 minuty, przerwaliśmy podejście informując wieżę i poprosiliśmy o to, byśmy mogli gdzieś w strefie sprawdzić co się dzieje - opowiadał kapitan.

Pilot i pierwszy oficer doszli do wniosku, że mają czas spokojnie poszukać innych możliwości. - Przy drugiej próbie sprawdziliśmy listę czynności, przy drugiej próbie lądowania, gdy podwozie nie ustawiło się w pozycji wypuszczonej, poinformowaliśmy kontrolera wieży, że możliwe będzie lądowanie awaryjne. To było 30-35 minut przed lądowaniem. Zgłosiliśmy, żeby służby zaczęły przygotowywać lotnisko na ewentualność lądowania awaryjnego - mówił.

30 minut po starcie komputer pokładowy zgłosił usterkę

Już wczoraj media podały, że do pierwszej usterki doszło 30 minut po starcie samolotu z USA. - Lot od startu z Newark do Warszawy odbywał się bezpiecznie. Komputer pokładowy wykrył usterkę w systemie hydraulicznym, ale mamy możliwości pozwalające zneutralizować taką usterkę i lecieć dalej. Nie było żadnej przesłanki do podjęcia jakiejkolwiek decyzji, bo samolot był cały czas sprawny - powiedział.

Wrona wyjaśnił, że nie musiał decydować o tym, czy lecieć do Polski, czy wracać do USA, bo "wszystko jest w instrukcji. - To są przepisy i procedury, które nas obowiązują, i kapitan z załogą zastosowały się ściśle do tych procedur - wtrącił szef LOT Marcin Piróg.

Grawitacja miała wypchnąć podwozie

- Myśl, że będziemy zmuszeni lądować awaryjnie dotarła do mnie na 3-4 minuty przed przyziemieniem - wspominał kpt. Wrona. Wcześniej załoga starała się wykonać specjalny manewr i spowodować przeciążenie grawitacyjne, które wypchnęłoby koła. O dużym przeciążeniu ostrzeżono pasażerów. - Przy tym manewrze zwiększyliśmy obciążenia na te zamki, ale nie pomogło to - mówił.

- Poprosiliśmy szefa pokładu, by przekazał pasażerom, by przygotowali się do awaryjnego lądowania. W tym momencie wiedziałem już, że nic nas nie uchroni od tego awaryjnego lądowania - opowiadał kpt. Wrona.

- Nigdy nie miałem żadnych przypadków kłopotliwych na Boeingu czy Antonowie, którym wcześniej latałem. 500 razy leciałem tym samolotem, zawsze wysuwało się podwozie - dodał.

"Zdziwiłem się, że piany jest tak mało"

- Gdybym miał wybrać, czy wolałbym, żeby wyszło jedno główne podwozie, czy żadne, to wybrałbym żadne - mówił kpt. Wrona.

Jak tłumaczył, konstrukcja samolotu "przygotowana jest do tego, że samolot może oprzeć się na gondolach silników i kadłubie i on to obciążenie wytrzyma". Mogłaby ona ulec uszkodzeniu, gdyby kontakt z ziemią był twardy. - Przy uderzeniu czy przeciążeniu mogłoby to doprowadzić do urwania się czy osłabienia jakiejś części, np. silnika. Skutki trudno przewidzieć, mogła to być utrata kierunku i wylecenie z pasa - opowiadał.

- Oczywiście wiedzieliśmy, że pas pokryty jest pianą, który wygasza, gdy coś się zapali i ułatwia poślizg. Wcześniej nie widziałem piany na pasie i zdziwiłem się, że jest jej tak mało - wspominał.

Natychmiast po zatrzymaniu samolotu zarządzona została ewakuacja, wysunęły się klapy do zjeżdżania dla pasażerów. - Ulgę poczuliśmy, gdy samolot się zatrzymał i można było rozpocząć ewakuację. Pełną ulgę odczułem, gdy szef pokładu zameldował, że pokład jest pusty - powiedział Wrona..

"Bohater? Każdy w Locie postąpiłby tak samo"

Polskie i światowe media błyskawicznie odwołały kapitana Wronę bohaterem. - Bohater to za dużo powiedziane - odpowiedział z uśmiechem pilot - Jestem pewny, że każdy u nas w Locie by tak postąpił - dodał.

Przedstawiciele LOT i Okęcia poinformowali, że loty zostaną wznowione prawdopodobnie po godzinie 20. - W sobotę mam lecieć do Hanoi. Mam nadzieje, ze komisja nie zmieni tych planów, bo chętnie bym się tam przeleciał - zażartował kapitan Wrona.

DOSTĘP PREMIUM