Prezes LOT gratuluje załodze boeinga: To duma naszej firmy

"Cały czas mieliśmy nadzieję, że to podwozie wyjdzie", "wszyscy byli zgrani, jedni pilnowali drugich", a "pasażerowie zachowywali się wzorcowo, współpracowali", "to dzięki naszemu kochanemu kapitanowi..." - wspominała na konferencji załoga boeinga, który we wtorek awaryjnie wylądował na Okęciu.
- Ludzie, to duma naszej firmy, pokazali wartości. Taka chce być nasza firma: odpowiedzialność i praca zespołowa. To pomogło uratować samolot i 231 osób - mówił Marcin Piróg, prezes LOT.

"Jestem dumna z moich kolegów i koleżanek"

Jak się udało załodze tak szybko ewakuować ponad 200 osób? - Mieliśmy dużo czasu żeby przygotować pasażerów. Poza tym byliśmy zgraną załogą. Wydaje mi się, że była dobra atmosfera - wszyscy spokojni, opanowani, profesjonalni... To pomogło przekazać pasażerom nasze emocje. Oni też w jakiś sposób się wyciszyli - mówiła stewardesa.

- Najtrudniejszy był czas. To, że to wszystko tak długo trwa. Cały czas mieliśmy nadzieję, że to podwozie wyjdzie, że się uda. Zawsze wychodziło. Ten moment... Jak przyszedł do nas szef i powiedział, że na 99 proc. podwozie nie wyjdzie. Wytłumaczył, że najpierw lekko ogonem uderzymy o ziemię, później silniki, że może być pożar i musimy jak najszybciej ewakuować pasażerów. Każdy stał przy oknach. Nikt nie uciekał. Jestem dumna z moich kolegów i koleżanek. Było super - wspominała stewardesa.

Jej koleżanka mówiła, że pasażerom początkowo trudno było opuszczać samolot. - Ale dosłownie trzy osoby zjechały po trapie i byli już strażacy. Pomogli nam momentalnie - mówiła.

"Dzięki naszemu kochanemu kapitanowi..."

- Wszyscy byli zgrani, jedni pilnowali drugich. Pewne sekwencje były powtarzane nawet trzy razy, chodziło o pewność, że wszystko co jest robione z naszej strony, robione jest dobrze. Zrobiliśmy to, co potrafiliśmy, to do czego nas szkolono - mówił steward Wojciech Winiarski. - Kiedy usiadłem i powiedziano nam, że zostało pięć minut do lądowania, wtedy myśli do głowy człowiekowi napływają... Każdy się zastanawiał, czy to nie są ostatnie minuty życia. Dla mnie to był najtrudniejszy moment. Nie chodziło nawet o to, że się bałem, po prostu myślałem o rodzinie i moich znajomych. Bardzo chciałem ich zobaczyć - mówił.

"Pasażerowie płakali, ale nikt nie wpadł w panikę"

- Pasażerowie zachowywali się wzorcowo, współpracowali. Słuchali naszych poleceń, nie było paniki, był strach. Część osób płakała, ale nikt na szczęście nie wpadł w typową panikę - mówiła stewardesa.



DOSTĘP PREMIUM