Żaden weterynarz nie przyjechał do rannego łosia. Po kilku godzinach zwierzę trzeba było zastrzelić

Pani Eliza, nasza czytelniczka, potrąciła łosia na drodze przebiegającej przez Puszczę Kampinoską. Szybko wezwała na miejsce policjanta i leśniczego, a później wspólnie próbowali ściągnąć pomoc do rannego zwierzęcia. Ale żaden z ponad 40 weterynarzy, których obdzwonili, nie chciał im pomóc. - Przez ponad siedem godzin odbijaliśmy się od ściany. W końcu myśliwy zastrzelił zwierzę - mówi kobieta.
- W sobotę w nocy, jadąc z rodziną samochodem potrąciliśmy łosia. Miał po tym zderzeniu połamane nogi. Od momentu wypadku, około godz. 20 do ok. 3 nad ranem nie pojawił się nikt, kto mógłby temu zwierzęciu pomóc czy podać narkozę - mówi pani Eliza w rozmowie z TOK FM.

Pani Eliza od razu po wypadku powiadomiła policję z Nowego Dworu Mazowieckiego i leśniczego z Kampinoskiego Parku Narodowego. - Dzwoniliśmy do weterynarzy. Ja, policjanci i leśniczy, do klinik weterynaryjnych, weterynarzy dyżurnych, nawet do ZOO. Wszyscy odmówili pomocy - mówi nasza czytelniczka. Weterynarze nie byli chętni, nawet kiedy zapewniała, że pokryje koszty pomocy, czy dojazdu.

Z ZOO zostali skierowani do kliniki dużych koni SGGW. - Profesor Zdzisław Kłos z SGGW stwierdził od razu, że może zwierzę operować, nawet w środku nocy, natomiast trzeba je dowieźć do Warszawy.

Do transportu potrzebny był jednak lekarz, który przygotowałby zwierzę do transportu. Zwierzak miał otwarte złamania kończyn, a mimo to wyrywał się i próbował uciec. - To wyglądało makabrycznie. Leśniczy, policja, pilnowaliśmy zwierzęcia, żeby nie wbiegło na ulicę, próbowaliśmy odnaleźć lekarza, który chciałby przyjechać, podać środek uspokajający czy znieczulający. To był koszmar. O trzeciej nad ranem leśniczy podjął decyzję, żeby zwierzę zastrzelić - mówi pani Eliza.

Profesor SGGW: Mogłem operować, ale zwierzę trzeba było dowieźć

Profesor Zdzisław Kłos z SGGW twierdzi, że gdyby zwierzę trafiło do kliniki, mógłby w każdej chwili ściągnąć zespół i operować. - Ta pani zadzwoniła z informacją, że jej mąż potrącił łosia w Puszczy Kampinoskiej. Zwierzę, według jej relacji, miało złamania otwarte kości piszczelowych obu kończyn. Przedstawiłem jej możliwości leczenia. Opatrunek zewnętrzny nie wchodził tu w rachubę, bo trzeba byłoby unieruchomić dwa sąsiednie stawy. To jest w wypadku czworonoga problematyczne. My przeprowadzamy badania nad stabilizatorem z przeznaczeniem dla konia. Eksperymentalnie moglibyśmy zastosować go dla łosia - mówi profesor.

Jak dodaje, wymagałoby to jednak przewiezienia łosia do kliniki. - Trzeba byłoby zebrać zespół, ale mogłem to zorganizować, z tym nie byłoby problemu - mówi. Dodaje, że przy kolejnej rozmowie telefonicznej z leśniczym, mógł postawić precyzyjniejszą diagnozę, która poprawiała rokowania - zwierzę mogło mieć złamane kości śródstopia i wtedy wystarczyłoby unieruchomić kość zewnętrznie. Szukanie pomocy dla potrąconego łosia trwało godzinami. - Możemy się domyślać, jak bardzo zwierzę w tym czasie cierpiało. Z relacji telefonicznej kobiety wiem, że gdy podchodziła do niego, ten próbował uciekać. A przy takich złamaniach tylko potęgowało to jego cierpienie - mówi prof. Kłos. Jego zdaniem decyzja jak postąpić w takiej sytuacji, powinna zapaść natychmiast: albo leczymy i organizujemy transport, albo decydujemy się na eutanazję.

- Jeśli zorganizowano by transport, na miejsce powinien przybyć lekarz weterynarii, który założyłby opatrunki unieruchamiające, żeby przygotować zwierzę do transportu - mówi profesor Kłos.

Czy nikt nie ma obowiązku pomóc rannemu zwierzęciu?

Jak to możliwe, że w tej sytuacji nie tylko pani Eliza, ale także policja oraz leśniczy byli bezsilni?

- Policjanci dbali o bezpieczeństwo zwierzęcia, ale przede wszystkim pilnowali, żeby nie doszło do kolejnego wypadku - mówi Iwona Jurkiewicz, oficer prasowy policji w Nowym Dworze. Stwierdza, że zgodnie z ustawą o zwierzętach, łoś został "przekazany" leśniczemu. Policja, według niej, nie ma nawet obowiązku kontaktu z weterynarzem.

Zastanawiające, dlaczego żadnej pomocy nie udzielił Kampinoski Park Narodowy. - Mamy szereg lekarzy i weterynarzy, z którymi się kontaktujemy - mówi Magdalena Kamińska, rzecznik Kampinoskiego Parku Narodowego. - Jednak lekarze nie są zatrudniani przez Park, działają tylko na zasadzie współpracy. Do tej pory nie mieliśmy sytuacji, kiedy weterynarza nie dało się znaleźć. To musiał być jednostkowy przypadek - stwierdza. Dodaje też, że trudno jej mówić o całej sprawie, bo nie ma dokładnych informacji od leśniczego.

Gdyby łoś został potrącony w Warszawie...

Piotr Mostowski z Eko Patrolu stołecznej straży miejskiej tłumaczy, że Warszawa ma swoje procedury: - Regulują to rozporządzenia wydane przez prezydent miasta z 2009 roku. W zależności od rodzaju wezwania - na miejsce przyjeżdza straż miejska, eko patrol albo lekarz weterynarii. I wówczas jest podejmowana decyzja, jak postąpić z poszkodowanym zwierzakiem. Dodatkowo miasto ma podpisane umowy z dyżurnymi weterynarzami i całodobowymi klinikami dla zwierząt.

W rozmowie z TOK FM pani Eliza zapowiada, że nie zamierza zostawić tej sprawy: - Chcę się spotkać w tej sprawie z dyrektorem Parku Kampinoskiego, zwrócę się także do innych służb, od których oczekuję wyjaśnienia, co można zrobić w takiej sytuacji , żeby pomóc.

W piątek o sprawieinformowały "Komentarze" radia TOK FM. Wicedyrektor Kampinoskiego Parku przyznał w TOK FM, że park nie posiada dyżurnego weterynarza. A problem mógł wyniknąć z tego, że "była sobota wieczór".

DOSTĘP PREMIUM

Serwis informacyjny

Komentarze (100)
Żaden weterynarz nie przyjechał do rannego łosia. Po kilku godzinach zwierzę trzeba było zastrzelić
Zaloguj się
  • ilpadrino666

    Oceniono 5 razy 3

    Droga Pani Elizo!
    W zaistniałej sytuacji trzeba było OD RAZU zastrzelić łosia z połamanymi nogami (otwarte złamania - tak napisano) a nie męczyć zwierzę przez 7godzin. Z całej "zielonej" chęci ocalenia łosia wyszło to, że biedne zwierzę SIEDEM GODZIN konało z połamanymi nogami zanim leśniczy zlitował się i go zastrzelił nie czekając na "pomoc" profesora z SGGW - ŁOŚ to nie zabawka do eksperymentów.
    Kasę wydaną na:
    -przygotowanie do transportu,
    - transport,
    -operację,
    -leczenie,
    -rehabilitację łosia
    (ostatnie trzy myślniki można zebrać w klamrę opisaną "zabawa prof z SGGW")
    można by spożytkować na inseminacje łosiowych samic co znacznie bardziej przyczyniło by się populacji łosi w Parku niż "ratowanie" i "pomoc" łosiowi z połamanymi nogami.....
    ---
    W normalnym kraju przyjeżdża myśliwy i kładzie łosia jednym strzałem tak żeby nie musiał przez SIEDEM GODZIN próbować ucieczki na połamanych kikutach kości wystających z mięsa i skrawków skóry....
    ---
    Dzięki Pani Pani Elizo Łoś męczył się te godziny. Poprawność, żal dla skrzywdzonego zwierzęcia, chęć czynienia dobra ponad wszystko MUSI iść w parze ze zdrowym rozsądkiem....
    ---
    Ciekawe ilu weterynarzy poinformowało Panią Elizę przez telefon, że zwierzę należy zastrzelić bo połamanych nóg u łosia jak i u konia nie da się tak po prostu "wyleczyć" Już sam profesor z SGGW stwierdził, że posiadają eksperymentalny stabilizator cyt. "My przeprowadzamy badania nad stabilizatorem z przeznaczeniem dla konia. Eksperymentalnie moglibyśmy zastosować go dla łosia - mówi profesor".
    ---
    ---
    Proszę sobie "ratować" dalej takie łosie za swoje. Ja wolę zasponsorować jako podatnik pocisk do karabinu. Można też jechać parkiem wolniej - znaki z łosiami są wszędzie.
    ---
    Czy policja sprawdziła ile jechał Pani mąż? Czy dziennikarze podadzą nam informację nt. ewentualnego postępowania wobec kierującego pojazdem który potrącił łosia???

  • adalbert.13

    Oceniono 3 razy 3

    "Po kilku godzinach zwierzę trzeba było zastrzelić " !!? - prokurator za cierpienie, poprawność tak ale z głową.

  • boo-boo

    Oceniono 1 raz 1

    "Policja, według niej, nie ma nawet obowiązku kontaktu z weterynarzem."

    Co za durna baba- to, że nie ma obowiązku to nie znaczy, że nie mogą się wykazać odrobinę i zrobić coś co wykracza po za ich kompetencje, a nadal jest zgodne z prawem.
    Potem się dziwić, że budżetówka dostaje premie w sumie za nic nadzwyczajnego- tylko za wykonywanie obowiązków wynikających z umowy o pracę- i nic poza to.

  • atmt

    Oceniono 5 razy 1

    To jest Polska właśnie. Czytając część komentarzy typu "trzeba było zwierzę zastrzelić od razu: widzę typowych debili, którzy będą się trząść nad komórką i plemnikiem, a łoś czy inne zwierzę to dla nich rzecz.
    Co jeszcze: w artykule ciekawie zastosowano słowo EUTANAZJA. Rozumiem, że łoś wyraził zgodę na swoją śmierć? A potem dziwić się, że w tym kraju 3/4 ludzi nie rozumie tego pojęcia jeśli dziennikarze nie wiedzą co ono oznacza...

  • martinez123

    Oceniono 1 raz 1

    Niech ryczy z bólu ranny łoś,
    Zwierz zdrów przebiega knieje,
    Ktoś nie śpi, aby spać mógł ktoś.
    To są zwyczajne dzieje.

  • nom2072

    Oceniono 1 raz 1

    To jest Polska. Nie ma odpowiedzialnych za zaistniala sytuacje. Takich weterynarzy ukarac, nadaja sie co najwyzej do leczenia pchel.

  • pietia16

    Oceniono 1 raz 1

    Albo decydujemy się ,że w Polsce tworzymy nowe i dbamy o już powstałe parki narodowe, nie przecinamy je drogami, nie wpuszczamy osób nieuprawnionych. Albo likwidujemy je, wpuszczamy deweloperów i pozbywamy się problemu. Jeżeli już teraz widuje się wybudowane nowe pałace i osiedla mieszkaniowe na obrzeżach a nawet w środku kompleksów leśnych i prowadzące do nich nowe " asfalciki" to znaczy ,że ochrona przyrody w tym kraju to fikcja !

  • pawel.ccc

    Oceniono 5 razy 1

    Jak sprawczyni wypadku będzie rozrabiała to jeszcze ją Dyrekcja KPN poda do sadu i, zgodnie z rozporządzeniem ministra środowiska, będzie musiała zapłacić ekwiwalent 14.000 zł za bezprawne zabicie łosia. Tak naprawdę to tego łosia należało natychmiast uśpić zgodnie z zaleceniami Ustawy o ochronie zwierząt a nie pastwić się nad nim udając "humanitaryzm" . To jest kolejny przypadek ludzkiej głupoty. Wcześniej wydano kilkaset tysięcy PLN na "ratowanie" łosi, które wpadły do Narwi i też nic z tego nie wyszło. Duże, dzikie zwierzę jest zbyt podatne na stres aby przetrwać ludzkie eksperymenty medyczne i pseudo-humanitarne. Większość łosi, którym zaaplikowano środki usypiające i znieczulające po takim eksperymencie w ogóle się nie obudziła więc po co przedłużać ich męczarnie ? To, że żaden z weterynarzy nie podjął się akcji ratunkowej świadczy o ich zdrowym rozsądku. To zwierzę nie miało szans na przeżycie. Przeczytajcie uważnie opis uazów jakich doznał ten łoś w zderzeniu z samochodem. Pan profesor z SGGW zajmuje się końmi i chętnie by poeksperymentował na innych kopytnych bo to by dało mu kilka linijek w publikacji naukowej ale akurat ta klinika nie robi nic za darmo wiec należałoby znaleźć sponsora, który by pokrył koszty wielomiesięcznego leczenia zwierzęcia.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX