Szpitale nie kupią niektórych leków, bo ustawa nie pozwala?

Szpitale nie mogą kupować niektórych leków - nawet jeśli potrzebują ich pacjenci, bo wprost zabraniają tego przepisy prawa. TOK FM odkrywa kolejny bubel prawny w ustawie refundacyjnej. Wielu dyrektorów szpitali jest zaskoczonych tymi regulacjami. A ci, którzy je poznali już zapowiadają, że nie będą się do nich stosować. W innym wypadku nie mogliby kupować wielu niezbędnych leków.
Wszystkiemu winien art. 9 ustawy, a konkretnie jego drugi paragraf. Wynika z niego, że szpitale nie mogą kupować leków powyżej limitu, który w danej grupie leków ustaliło ministerstwo. Szpital nie może kupić leku drożej, niż zapisano w limicie. - Problem w tym, że wiele potrzebnych i niezbędnych leków nie mieści się w limicie i jeśli szpital je kupi złamie prawo - wyjaśnia ekspert prawa farmaceutycznego Paulina Kieszkowska-Knapik.

Jak to działa? Leki zgodnie z przepisami są pogrupowane. W każdej grupie jest wyznaczony limit - maksymalna cena, jaką szpital może zapłacić za lek zaliczony do tej grupy. - Przykład: grupa insulin. Jeśli limit wyznacza insulina ludzka, która kosztuje kilka złotych, to w żadnym szpitalu nie będzie dostępna insulina analogowa krótko działająca, która kosztuje kilkadziesiąt złotych. Szpital nie może jej kupić - tłumaczy były poseł SLD i dyrektor szpitala wolskiego w Warszawie Marek Balicki. Jeśli pacjent leczył się drogą insuliną w domu, to w szpitalu trzeba będzie tę terapię przerwać i zastosować tańsze leki .

Pacjent dopłaci? To niezgodne z prawem

Co się stanie, jeśli jakiegoś leku w szpitalu rzeczywiście by nie było? Nietrudno sobie wyobrazić sytuację, że pacjent złapie za portfel i sam zechce dopłacić do leku, albo pójdzie do apteki, kupi i będzie się chciał leczyć własnym lekiem. - To byłoby niezgodne z prawem. W czasie pobytu w szpitalu pacjent powinien mieć dostęp do wszystkich leków i powinny one być dostarczane za darmo. Nie ma możliwości współfinansowania leków przez pacjenta - wyjaśnia Rzecznik Praw Pacjenta Krystyna Kozłowska.

- To jest właśnie w tej ustawie najgorsze, że dla pacjenta nie ma wyjścia. Jeśli ktoś jest poza szpitalem może pójść do apteki i dopłacić do leku w aptece, jeśli ktoś jest na oddziale musi stosować tańszy zamiennik - mówi Katarzyna Sabiłło z fundacji Lege Pharmaciae, która dodaje, że w wielu przypadkach droższe leki nie mają swoich zamienników, a wtedy sytuacja robi się dramatyczna.

Sprawa dotyczy dziesiątek leków

Problem nie dotyczy jeszcze wszystkich leków. Te stosowane m.in. w chemioterapii nadal będą w pełni dostępne - tu do czerwca obowiązują przepisy przejściowe. - Problemy najpierw będą dotyczyć leków, które są dostępne w aptekach, ale stosuje się je także w szpitalach - np. antybiotyki, insuliny - wyjaśnia Paulina Kieszkowska-Knapik. Marek Balicki jest zdania, że sprawa dotyczy mniejszości leków. - Jednak dla wielu pacjentów nowe przepisy będą szkodliwe. A dla lekarzy niezrozumiałe, jak to się dzieje, że nie będą mogli leczyć tymi lekami którymi do tej pory poprawiali czyjeś zdrowie - dodaje.

"Nie będę stosował ustawy. Najpierw jest pacjent"

Dyrektorzy szpitali głowią się, co w tej sytuacji zrobić. Wielu z nich ma jeszcze zapasy leków z poprzedniego roku i na razie problemu nie dostrzegają. Są też tacy, którzy wiedzą, co może się stać, ale na razie liczą, że ktoś karze im inaczej interpretować przepisy. - Sprawdzamy, jak to może wyglądać, bo pojawiają się wątpliwości w interpretacji. Nie dopuszczamy do siebie myśli, że jakichś leków nie będziemy mogli kupić i mamy nadzieję, że nikt na to nie pozwoli - mówi w rozmowie z TOK FM dyrektor SPZOZ z Pleszewa Agnieszka Pachciarz.

Innego zdania jest szef szpitala z Grudziądza Marek Nowak, który już wie, jak się zachowa. - Nie będę stosował ustawy refundacyjnej, która cały czas jest zmieniana, bo jest zamieszanie. Najpierw jest pacjent, któremu nie powiemy, że nie mógłby być lepszy lek, ale jest za drogi i ustawa nie pozwala nam go kupić - wyjaśnia dyrektor.

Nadzieja w gigantycznych upustach

Szpitale mają z tej sytuacji jedno wyjście. Muszą liczyć, że do ogłoszonych przez nie przetargów staną hurtownie, które sprzedadzą leki tak tanie, by te zmieściły się w wyznaczonym limicie. Oczywiście wcześniej te same hurtownie muszą kupić leki znacznie taniej od producenta i to tak naprawdę koncerny będą musiały schodzić z ceny.

- Jesteśmy dużym odbiorcą i pewnie możemy liczyć na jakieś upusty. Nie wiemy jednak, jaka była do tej pory marża producenta i ile jest w stanie obniżyć cenę by było to dla niego opłacalne. To się dopiero okaże - mówi Agnieszka Pachciarz.

Ekspert rynku Katarzyna Sabiłło jest zdania, że w wielu przypadkach szpitale nie mogą liczyć na cuda. - Jeżeli weźmiemy pod uwagę koszt wyprodukowania leku, poziom już proponowanej ceny, producent po prostu nie będzie w stanie obniżyć ceny tak, by ta zmieściła się w limicie - mówi Sabiłło i dodaje, że w wielu przypadkach limity są tak niskie, że nawet wielkie koncerny nie zmniejszą ceny o kilkaset procent, bo nie będzie im się to opłacało.

Ile musi opuścić producent, by szpital mógł kupić lek?

O przykłady takich wyliczeń poprosiliśmy farmaceutów. Aleksandra Kuźniak mówi, że problem może być na przykład z bardzo popularnymi lekami na Alzheimera zawierającymi rivastygminę. - Aby szpital mógł kupić taki lek, producent musi opuścić cenę z 239 złotych na 48. Drugi lek z tą samą substancją jest trochę tańszy, ale i tak jeśli producent nie zmniejszy ceny ze 177 na 48 to dla szpitala będzie niedostępny - wylicza farmaceutka. Zapewnia, że takie przykłady można mnożyć.

Szacunkowo można obliczyć, że aby szpital mógł kupić analogi insulinowe producent musi opuścić 40 złotych na opakowaniu. Jeden z leków stosowanych u ludzi po przeszczepie, który co warto podkreślić nie ma odpowiednika będzie dostępny dla szpitali dopiero wtedy, gdy stanieje o ponad 200 złotych. Szpitale nie będą mogły sobie pozwolić na jeden z rodzajów środków przeciwbólowych stosowanych u pacjentów onkologicznych, których w pewnych schorzeniach nie da się zastąpić. - Sprawa dotyczy też na przykład leków na nadciśnienie.

Nie ma chętnych do rozmowy

Sprawą zainteresowaliśmy się pod koniec ubiegłego roku od tamtej pory kilka razy prosiliśmy o spotkanie z przedstawicielem ministerstwa, który mógłby rozwiać nasze obawy i wątpliwości. Na początku tego tygodnia wysłaliśmy pisemną prośbę o wyjaśnienie tej sprawy do resortu zdrowia. Odpowiedzi nie otrzymaliśmy. Codziennie kontaktujemy się z biurem prasowym, które zapewnia, że będziemy mogli już niebawem uzyskać informacje.

We wtorek na oficjalnej uroczystości na jednej z oficjalnych uroczystości udało nam się spotkać wiceministra Andrzeja Włodarczyka, którego poprosiliśmy o rozmowę w tej konkretnej sprawie. Powiedzieliśmy, który artykuł nas niepokoi i jakie mam wątpliwości. Wiceminister zapewne doskonale zna sprawę, bo kilka godzin wcześniej na stronie resortu pojawiło się obwieszczenie z wykazem leków stanowiących podstawy limitów dla szpitali z komunikatem podpisanym właśnie przez Andrzeja Włodarczyka. Rozmowa z wiceministrem trwała kilka sekund. - Nie dzisiaj proszę się umówić przez biuro prasowe - stwierdził wiceminister, a my zastosowaliśmy się do jego rady. Kilkadziesiąt godzin później biuro prasowe poinformowało nas, że "nie znalazł się chętny do rozmowy na ten temat".

DOSTĘP PREMIUM