Płk. Przybył tłumaczy: "Chciałem, żeby zaczęto mnie słuchać"

- Nie manipulowałem dziennikarzami. Wierzyłem, że to najlepszy sposób, by dać przekaz. Żeby zaczęto mnie słuchać, że prokuratura wojskowa jest potrzebna - mówi w rozmowie z Marcinem Kąckim z "GW" płk Mikołaj Przybył. Tydzień temu prokurator strzelił do siebie w przerwie konferencji prasowej.
- Moje wystąpienie miało na celu pokazać, że zagrożone jest bezpieczeństwa państwa (...). Zaczęła się nagonka mediów, a ja czułem się bezradny, bo nie mogłem przebić się do mediów ze swoimi argumentami, że nie złamałem prawa, gdy szukaliśmy przecieku - tłumaczy Przybył dziennikarzowi "Gazety Wyborczej".

Chodzi o przeciek ze śledztwa ws. katastrofy smoleńskiej. Prokuratura wojskowa badając tę sprawę sięgnęła po billingi dziennikarzy: Cezarego Gmyza z "Rzeczpospolitej" i Macieja Dudy z TVN. Według informacji "Gazety Wyborczej" - bezprawnie.

- Nie mieliśmy pewności, że to dziennikarze - wyjaśnia Przybył. - Nie mieliśmy pewności, które numery należą do dziennikarzy - powtarza. Dodaje, że w sobotę (prokurator strzelił do siebie w poniedziałek - red.) "czuł się zaszczuty".

Więcej w dzisiejszym wydaniu ''Gazety Wyborczej''

DOSTĘP PREMIUM