Krasnodębski: "Droga do niewierzących wcale nie musi wieść przez liberalny stosunek do wiary"

"Gdy dzisiaj spytamy, kto przyciąga więcej wiernych do Kościoła - o. Tadeusz Rydzyk czy Jan Turnau, to odpowiedź chyba będzie oczywista" - pisze dla TOKFM.pl prof. Zdzisław Krasnodębski. Socjolog tym samym zabiera głos w naszej debacie dotyczącej misji ewangelizacyjnej Kościoła i wpływu na nią mediów ks. Tadeusza Rydzyka.
Tekst Jana Turnaua mnie nie tylko nie zaskoczył, ale również nie przekonał. Wyraża stanowisko, które znane jest od lat.

Myśląc o stawianym przez niego problemie, przypominam sobie lata 70. i 80., kiedy chrześcijaństwo w Polsce, wypchnięte z uniwersytetów i ich innych przybytków "rozumu", do nich powracało. Wtedy nastąpił w naszym kraju zwrot ku religii, odkryto chrześcijaństwo jako tradycję intelektualną, jako sposób widzenia człowieka, który okazywał się głębszy i intelektualnie bardziej wymagający niż to, co głosili ówcześni "oświeceni", a to byli ci, którzy wówczas wierzyli w socjalizm i wyznawali laicki "naukowy" światopogląd. Wiele osób w środowiskach akademickich miało bardzo uproszczoną wizję chrześcijaństwa - jako zabobon, wyraz zacofania. To podejście zaczęło się zmieniać, np. dzięki esejom Leszka Kołakowskiego czy Józefa Tischnera oraz działalności duszpasterskiej takich duchownych, którzy potrafili spotkać się na gruncie intelektualnym z "poszukującymi".

Obserwuj naszą debatę NA ŻYWO>>>

Zgadzam się więc z Turnauem, że wychodzenie Kościoła do środowisk ludzi niewierzących wymaga czasami przyjęcia bardzo różnych postaw ewangelizacyjnych, różnego komunikatu - istnieją w końcu bardzo różne wrażliwości. Czy to jednak znaczy, że media o. Tadeusza Rydzyka nie spełniają takiej funkcji, że nie przyciągają do chrześcijaństwa? Nie sadzę, żeby tak było. Znam wiele osób, które były wobec nich bardzo krytyczne i podzielały obiegową negatywną opinię. Potem jednak przekonywały się do tej rozgłośni. I chodzi tu o ludzi z różnych środowisk. Przecież różne są formy wiary i religijności w ramach katolicyzmu. Wszystko zależy więc od adresata.

"Ks. Popiełuszko też głosił proste prawdy..."*

W tekście Jana Turnaua niepokoi mnie skłonność do dyktowania innym, jak mają się zachowywać, jak mają przeżywać i praktykować swą wiarę. I to w ogóle jest rys myśli liberalno-lewicowej czy "otwartego katolicyzmu" - chce ona wszystko ujednolicić i nie znosi różnorodności, wbrew własnym deklaracjom. Jak pamiętamy, kiedyś toczył się w Polsce spór między katolicyzmem tzw. otwartym a katolicyzmem tzw. ludowym. Ale ów często krytykowany i lekceważony katolicyzm ludowy pokazywał swoją siłę w trudnych czasach. Pamiętam, jak w stanie wojennym przyjechał do mnie mój angielski przyjaciel i poszliśmy na mszę. Był zaskoczony siłą wiary, która była źródłem oporu i nadziei, a była postponowana przez ludzi o bardziej wyrafinowanych smakach religijnych. Wtedy ta prosta wiara pokazywała swoją siłę. Ksiądz Jerzy Popiełuszko także głosił bardzo proste prawdy, które zresztą nie straciły na aktualności.

Zgadzam się z panem Turnauem, że są ludzie, którzy by chcieli pewnego innego typu kazań, innego sposobu komunikowania się, podejmowania innych problemów, dialogu z innymi nurtami myślowymi w Europie. Nikt jednak nikomu tego nie zabrania. Nie zabraniajmy zatem również tym, którzy chcą słuchać Radia Maryja, oglądać Telewizję Trwam i czytać "Nasz Dziennik". Skoro półtora miliona ludzi podpisuje się pod protestem w ich sprawie, tysiące wychodzą na ulice - ja sam bym manifestował, gdybym był wówczas w Warszawie - i są wśród nich nawet ludzie niewierzący, to pojawia się pytanie: kto może tym ludziom tego zabronić lub cokolwiek narzucić? Musimy uszanować tę tak masowo wyrażaną wolę. Ostatecznie Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji nie jest prywatnym przedsięwzięciem. I nikt przecież nie ma obowiązku słuchania Radia Maryja - tak samo jak nie ma obowiązku słuchania Radia TOK FM.

"Misja publiczna mediów ks. Rydzyka"

Jan Turnau może przekonywać do swojego przeżywania i rozumienia wiary katolickiej, pewnie niektórych przekona. Na szczęście Kościół w Polsce jest w granicach wyznaczonych przez dogmaty wiary różnorodny. Nawet hierarchowie różnią się w sposobie, w jakim przekazują nam wiarę, co mówią o świecie.

W dodatku tekst Turnaua nie zwraca uwagi na rzecz istotną (podobnie nie zauważają tego inni krytycy Telewizji Trwam i Radia Maryja): że obecnie to radio i telewizja pełnią zupełnie inną rolę niż kiedyś, bo radykalnie pogorszyła się sytuacja wolnego słowa w Polsce. Wiele osób słucha tych mediów, poszukując w nich informacji, których nie znajduje w mediach "głównego nurtu". Dzisiaj to one bronią różnorodności, wolności słowa i demokracji. Ja sam, gdy chcę dowiedzieć się, co dzieje się kraju, na przykład jak liczne były antyrządowe demonstracje, jak się toczy śledztwo smoleńskie lub jakie działania prokuratura podejmuje w sprawie ministra Grasia, zwracam się do tych mediów, bo nie mogę zawierzyć ani "Faktom" TVN, ani telewizji publicznej, ani niestety TOK FM. Radio Maryja i Telewizja Trwam zapraszają różnorodnych ludzi, także niewierzących, choć oczywiście podzielających pewne podstawowe przekonane. Jeden z moich kolegów, który jest agnostykiem, często występuje w Trwam i Radiu Maryja. Osobiście zaś jestem wdzięczny Radiu Maryja, bo jako pierwsze po 10 kwietnia 2010 roku odważyło się stawiać pytania o przyczyny tej tragedii - wtedy, gdy inne media posłusznie powtarzały rosyjską propagandową wersję wydarzeń.

Powinniśmy zatem rozróżnić dwa aspekty roli Radia Maryja, Telewizji Trwam i "Naszego Dziennika" w III RP. Jednym jest ich rola jako mediów publicznych, obywatelskich. Tu oceniam rolę tych mediów bardzo pozytywnie i uważam, że wszelkie próby formalnego ich ograniczenia są uderzeniem w podstawowe wolności obywatelskie, w pluralizm i demokrację. Kiedyś środowiska lewicowo-liberalne lubiły przytaczać myśl Voltaire'a, zgodnie z którą nawet, jeśli nie podziela się czyichś poglądów, trzeba walczyć o to, żeby można było je głosić. Niestety, w praktyce środowiska te zachowują się zupełnie inaczej, dążąc do całkowitego monopolu. Tendencje totalitarne są ciągle żywe. Półtora miliona Polaków, którzy podpisali się po wezwaniem, by Telewizja Trwam znalazła się na pierwszym multipleksie, walczy o swoje prawa. Można mieć do nich różny stosunek, ale jeżeli myśli się poważnie o demokracji, trzeba im to prawo przyznać. Wydaje się to oczywiste.

Drugą sprawą jest misja duszpasterska realizowana przez te media. Trudno mi doradzać duszpasterzom, jak mają prowadzić swoją misję. Jednak jako socjolog obserwuję życie religijne i w Polsce, i w Europie Zachodniej. Tam kiedyś panowało przekonanie, że jedyną szansą na uniknięcie odpływu wiernych jest dostosowanie się Kościoła do świata, uczynienia wiary bardziej refleksyjną, mniej dogmatyczną czy "mechaniczną". Bardzo często np. Kościołowi katolickiemu w Niemczech jako wzór stawiano Kościół protestancki, który jest bardziej otwarty na różne ideowe nurty w kulturze świeckiej, mniej wymagający, mniej dogmatyczny w interpretowaniu pewnych zasad wiary i mający luźniejszą strukturę instytucjonalną. Okazało się, że jest to fałszywa teza - to Kościół protestancki tracił więcej wiernych, ponieważ w nim wiara obojętniała, stawała się zupełnie dowolna, niezobowiązująca, zmieniła się w dowolnie interpretowaną miłość bliźniego lub działalność charytatywną. Jak wiadomo, na świecie trwa teraz wielkie ożywienie religijne. Teorie sekularyzacji same okazały się dogmatycznym mitem. W ramach tego ożywienia pojawiają się często bardzo ostro formułowane poglądy i bardzo radykalne ruchy religijne, które dużo wymagają od swoich uczestników w kwestiach moralności, stosunku do świata, przeżywania wiary, rytuałów religijnych. Spójrzmy choćby na Izrael. W Polsce niektórym wydaje się, że media ojca Rydzyka są bardzo wyraziste. Każdy, kto zna Stany Zjednoczone i zna audycje religijne w mediach amerykańskich, wie, że w tym porównaniu Radio Maryja jest wręcz liberalną i otwartą radiostacją.

"Ewangelizacja niekoniecznie przez liberalny stosunek do wiary"

Droga do wątpiących bądź niewierzących do chrześcijaństwa wcale nie musi wieść przez liberalny, luźny i przeintelektualizowany stosunek do wiary. Nic na to nie wskazuje. Kiedyś miliony ludzi przychodziły na spotkania z Janem Pawłem II. W pewnych dziedzinach miał on bardzo surowe i twarde poglądy. Z tego zresztą powodu był bardzo niepopularny w Niemczech, a jednocześnie przyciągał do Kościoła wielu ludzi niewierzących na całym świecie. Przyczynił się nie tylko do upadku komunizmu, ale też do ewangelizacji ludzi niewierzących czy stojących dalej od Kościoła i religii. I gdy dzisiaj spytamy, kto przyciąga więcej wiernych do Kościoła - o. Tadeusz Rydzyk czy Jan Turnau, to odpowiedź chyba też będzie oczywista, choćbyśmy docenili rolę tego drugiego w ewangelizacji pracowników Agory, czytelników "Gazety Wyborczej" czy słuchaczy TOK FM.

* Tytuł i wszystkie śródtytuły pochodzą od redakcji

Prof. Obirek na ten temat: "Wydaje się, że w Polsce język Kościoła zawłaszczyli fanatycy i fundamentaliści" >>>

DOSTĘP PREMIUM