Obirek: "Wydaje się, że w Polsce język Kościoła zawłaszczyli fanatycy i fundamentaliści"

"Jeżeli Kościoła nie stać na powrót do korzeni, jeżeli nie stać go na nazwanie swojej misji jako szerzenie nauki Jezusa Chrystusa, to znaczy, że przestał być samym sobą i traci swoją tożsamość chrześcijańską" - pisze dla TOKFM.pl prof. Stanisław Obirek, antropolog kultury. Prof. Obirek jest kolejnym dyskutantem w naszej debacie dot. wpływu mediów Tadeusza Rydzyka na misję ewangelizacyjną Kościoła.
Problem relacji Kościoła z mediami ks. Rydzyka jest bardzo złożony. Trzeba więc zacząć od pewnego uporządkowania - wskazania tego, co stało się pretekstem do naszych rozważań, czyli problemów Telewizji Trwam i miejsca na multipleksie.

Po tekście Jana Turnaua, po wysłuchaniu wielu głosów publicystów i polityków, po milczeniu Kościoła w tej sprawie mam wrażenie, że nie była ona dotychczas rzetelnie przedstawiana. Chodzi o to, że głos przedstawicieli Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji jest wciąż bagatelizowany, a tymczasem jest to źródło podstawowych informacji i bardzo rzeczowych argumentów. Wydaje mi się, że tutaj jest pies pogrzebany - sam Kościół, czyli hierarchowie, biskupi czy prowincjał redemptorystów - powinni zabrać głos jako przełożeni ks. Rydzyka. U źródeł całej tej awantury jest brak jasności.

Obserwuj naszą debatę NA ŻYWO>>>

Wydaje mi się, że to Kościół powinien powiedzieć jasno, że tu nie chodzi o żadne matactwo i dyskryminowane katolików, lecz o decyzje podejmowane według reguł gry, którym wszyscy w tym konkursie powinni się poddać, również Telewizja Trwam. Tymczasem Rydzyk robi z siebie męczennika, pokazując, że "oto tutaj jedyny głos katolicki jest prześladowany". Poza tym wbrew temu, co mówią i piszą obrońcy tej stacji telewizyjnej, wcale nie wydaje mi się, by był to jedyny głos katolicki w naszych domach. Głos katolicki nie powinien być utożsamiany z mediami, tylko z podstawowymi tekstami chrześcijaństwa - Ewangelią i tradycją Kościoła katolickiego, dzisiaj to oznacza dokumenty Soboru Watykańskiego II i encykliki papieskie.

"Czy Kościół ws. Telewizji TRWAM nie stosuje podwójnych standardów?"*

W tekście Turnaua pojawiają się też akcenty, które wymagają dopowiedzenia. Publicysta "Gazety Wyborczej" pisze o mediach Rydzyka: "Zakładanie sobie na kościelną twarz maski takiej wersji katolicyzmu, odrzucanej przecież przez wielu najbardziej gorliwych katolików, wydaje mi się z punktu widzenia ewangelizacji niemal samobójstwem". Muszę zapytać: co to znaczy, że biskupi popełniają ewangeliczne samobójstwo? Przecież nic takiego się nie dzieje, co wskazywałoby na zmianę podejścia polskich biskupów do retoryki obecnej w medium o. Ryzyka. Owszem, obecnie widzimy tylko kolejny przejaw tego, co trwa przynajmniej od 20 lat, czyli od kiedy istnieje Radio Maryja i wyrazisty głos jego założyciela. Gdy powstała Telewizja Trwam, to tak naprawdę nic się nie zmieniło, tylko to, co słyszeliśmy w radiu i czytaliśmy w "Naszym Dzienniku", mogliśmy zobaczyć. Innymi słowy te media stały się reprezentatywnym głosem dla wielu biskupów i księży, którzy ochoczo tam występują. Pojawia się więc pytanie, czy nie odcinając się w tej chwili, w momencie takiego zagmatwania sprawy, od tego radia, od tej telewizji, od sposobu, w jaki domaga się dla siebie miejsca na multipleksie, Kościół nie wikła się w pewne niejasności wręcz natury prawnej.

Pytanie więc brzmi: czy Kościół, jako instytucja domagająca się etycznego i moralnego postępowania od innych, nie stosuje podwójnych standardów? W tym sensie Turnau ma rację, że samobójstwo oznacza niwelację swojego własnego etosu i nauki. To bardzo poważny problem, z którym warto się zmierzyć i zastanowić się nad jakością obecności Kościoła katolickiego w przestrzeni publicznej. W tym sensie należałoby to dokładnie rozpracować i powiedzieć, o co tak naprawdę Kościołowi chodzi, jeśli nie odcina się od tych matactw i niejasności Tadeusza Rydzyka i jego zwolenników. Dla pełnego obrazu muszę podkreślić jednak, że w samym Kościele (wszak Kościół to nie tylko biskupi i nie tylko ks. Ryzyk) są głosy rozsądku, ale są albo marginalizowane, albo zupełnie niesłyszalne w przestrzeni publicznej. Mam na myśli głosy koncyliacyjne, pełne dialogu, otwarcia na innych, akceptujące pluralizm w przestrzeni publicznej, jak to widzimy w "Znaku", "Więzi" czy "Tygodniku Powszechnym". Nie dostrzegam jednak poparcia Kościoła wobec tych otwartych form katolicyzmu. Nie ma obecnie żadnych spotkań inicjowanych przez hierarchów, jak to bywało w Lublinie za biskupa Życińskiego czy Gnieźnie, gdzie próbuje coś takiego robić emerytowany biskup Muszyński.

"Kościół po prostu nie chce rezygnować z agresywnej retoryki"

Tradycje katolicyzmu otwartego na świecie pokazują inną drogę, zwłaszcza w krajach, gdzie od dziesiątków lat jest on postrzegany jako jeden z elementów pluralistycznego kontekstu kulturowego i religijnego, jak w Europie Zachodniej, Stanach Zjednoczonych czy Azji. Tam katolicyzm nie jest kojarzony z jakąś sektą, zamkniętym, agresywnym językiem. Wręcz przeciwnie. Język Soboru Watykańskiego II, który radykalnie odmienił Kościół katolicki, jest językiem, którym Kościół w rożnych krajach potrafi się posługiwać i to robi. Natomiast w Polsce wydaje się, że ten język w przestrzeni publicznej został zawłaszczony przez fanatyków i fundamentalistów, którzy uzurpują sobie prawo do jednego i wyłącznego reprezentowania Kościoła katolickiego. To zaś jest niezgodne nawet z normatywnymi dokumentami tego Kościoła.

Jest faktem, że coraz więcej ludzi odchodzi z Kościoła, coraz więcej ludzi chce się z tego Kościoła wypisywać, bo nie utożsamia się z agresywną grupą ludzi, którzy domagają się dla siebie dodatkowych praw, etykietują innych, piętnują i wykluczają, nie potrafiąc dostrzec belki w swoim oku. Jeżeli ta retoryka, a prezentuje ją Radio Maryja, Telewizja Trwam i "Nasz Dziennik", jest wciąż utożsamiana w Polsce z katolicyzmem, to oznacza, że po prostu nie ma chęci rezygnacji z tej agresywnej retoryki. Będzie więc postępowało zamknięcie tej grupy w swoim świecie, a to z kolei doprowadzi do coraz większej polaryzacji przestrzeni publicznej. To niedobrze, bo to powoduje społeczny niepokój i wzrost agresji w społeczeństwie. W interesie samego Kościoła jest, żeby jak najszybciej się zdystansować od całej tej sprawy, a zwłaszcza od ks. Rydzyka jako niby-przedstawiciela katolicyzmu polskiego. Jest on przedstawicielem jedynie specyficznie pojętego katolicyzmu, który niewiele ma wspólnego z Soborem Watykańskim II, o nauczaniu Jezusa z Nazaretu nie wspominając.

"Powrót do korzeni"

Wydaje mi się, że Kościół powinien zająć się tym, z czego wyrósł, czyli ewangelią. Wiem, że to brzmi bardzo utopijnie, ale tak naprawdę czytanie ewangelii, przypatrywanie się rozwojowi chrześcijaństwa w pierwszych wiekach, a więc tych najbardziej istotnych dla tożsamości chrześcijańskiej elementów, pokazuje, że chrześcijanie nie chcieli różnić się niczym innym od reszty świata, w którym żyli, tylko wprowadzeniem w życie przykazania miłości Boga i bliźniego, jakiego nauczył ich Mistrz z Nazaretu i Jego uczniowie. Nie chcieli żadnych dodatkowych praw, ale chcieli szanować bardziej pewne prawa, które są dla nich ważne, czyli przede wszystkim prawo miłości każdego człowieka.

Tematy, jakie podejmuje ojciec Rydzyk ze swoimi przekaźnikami, nijak się mają do tej nauki Jezusa Chrystusa. Jeżeli Kościoła nie stać na powrót do korzeni, jeżeli nie stać go na nazwanie swojej misji jako szerzenie nauki Jezusa Chrystusa, to znaczy, że przestał być samym sobą i traci swoją tożsamość chrześcijańską. W moim przekonaniu odcięcie się i zdystansowanie nie tylko od Rydzyka, ale od tego języka agresji, nienawiści, jest kwestią "być albo nie być" Kościoła. Historia pokazuje, że tyle razy, ile udawało się Kościołowi nawiązać do Ewangelii i nauki Jezusa, tyle razy się odradzał. Jak długo wikłał się w kontekstowe, kulturowe kontrreformacje i konflikty, to skazywał się na niebyt.

Wcale nie jest powiedziane, że Kościół musi przetrwać. Zależy to od tego, czy podejmie rozrachunek z własną tożsamością. Przypadek Radia Maryja i jego założyciela może być przykładem, że katolicyzm polski fatalnie utożsamił się z mową nienawiści i językiem pełnym zacietrzewienia i nieumiarkowanych roszczeń. Głos rozsądku, który wyczuwam w tekście Jana Turnaua, budzi nadzieję, że odrodzenie jest możliwe. Pytanie, czy to się uda, trzeba pozostawić bez odpowiedzi. Zobaczymy.

* Tytuł i wszystkie śródtytuły pochodzą od redakcji

DOSTĘP PREMIUM