"Kitesurfer nie sprawdził sprzętu GPS" vs "Nadajnik niewłaściwie działał". Lisewski odpiera zarzuty

Jan Lisewski wypożyczył sprzęt niespełna dzień przed wyjazdem. Nie zmienił kluczowych danych, nie zrobił nic, żeby zapewnić sobie bezpieczeństwo. Kompletnie nie miał pojęcia, jak używać sprzętu - atakuje pracownik firmy, od której zaginiony na Morzu Czerwonym polski kitesurfer wypożyczył nadajnik GPS. Sam Lisewski odpiera zarzuty i twierdzi, że sprzęt nie działał tak, jak powinien.
Przypomnijmy: Jan Lisewski wybrał się na rejs kitesurfowy po Morzu Czerwonym - miał przepłynąć z Egiptu do Arabii Saudyjskiej. W trakcie przeprawy wiatr zgasł. Polak próbował poderwać latawiec, ale nie udało mu się to i po jakimś czasie wezwał sygnał SOS.

Przez dwa dni surfera szukały służby ratunkowe Arabii Saudyjskiej. W tym czasie Lisewski wysyłał urządzeniem sygnały SOS oraz Check in/OK. Został znaleziony po dwóch dobach spędzonych na morzu. W rozmowie z mediami twierdził, że atakowało go 11 rekinów, przed którymi się obronił, dźgając je nożem.

"Nie sprawdził sprzętu, nie ustawił, nie zrobił NIC"

Dziś na blogu firmy Korjar Polphone.pl, z której Lisewski pożyczył lokalizator GPS, pojawił się wpis ostro atakujący kitesurfera. Pracownik firmy pisze, że Lisewski zamówił lokalizator jeden dzień przed wyprawą.

"Czyli, na wyprawę (bez zezwoleń, bez wizy, bez asekuracji), na którą zabiera JEDYNY przedmiot, który umożliwi mu ewentualne wezwanie pomocy, dostaje niespełna jeden dzień przed wyjazdem. Sprzęt nie zostaje przez niego sprawdzony, nie zostaje poznana jego obsługa, nie zostaje USTAWIONY - nie zostaje zrobione kompletnie NIC w celu zapewnienia sobie bezpieczeństwa" - twierdzi autor wpisu (pisownia oryginalna).

"Nie zmienili podstawowych i kluczowych danych"

Następnie pisze, że w piątek 2 marca wieczorem na jego komórkę zaczęły dzwonić "jakieś dziwne numery zagraniczne". "Zadzwonił do mnie również znajomy, któremu wypożyczyłem kiedyś SPOTa na rajd z informacją, że ktoś do niego dzwonił, że ktoś inny zaginął na jakimś morzu" - wspomina. SPOT jest jedynym w swoim rodzaju urządzeniem, który za pomocą sieci satelitarnej GPS podaje współrzędne, a następnie wysyła swoje położenie - z linkiem do Google Maps.

Autor wpisu podaje, że przy ustawieniach SPOT-a podaje się informacje (imię, nazwisko i numer telefonu) osoby, która ma być powiadomiona w razie wzywania pomocy przez posiadacza SPOT-a. "Wynika z tego, że Jan Lisewski ani jego obsługa, nie zmienili tak podstawowych i kluczowych danych na koncie lokalizatora!!!" - wytyka.

"Pytali o rzeczy oczywiste"

Pracownik podaje, że obsługa Jana Lisewskiego w Polsce (m.in. szwagier surfera) dzwoniła regularnie na jego prywatną komórkę i pytała o "rzeczy oczywiste, z punktu widzenia użytkownika, z zakresu obsługi SPOT-a" - "co, jak, kiedy, gdzie się wciska, co, jak, gdzie i czemu SPOT wysyła, na jakiej zasadzie to w ogóle działa itp. itd.".

Autor pisze, że "rzucił wszystko" i "w obliczu tragedii" przez całą sobotę odbierał telefon i udzielał informacji, m.in. interweniował u GEOS (firmy obsługującej komunikaty 911 ze SPOT-a), śledził wiadomości, lokalizator itp.

"Wciskał co popadło, nie wiedział jak obsługiwać"

W niedzielę, po wznowieniu poszukiwań, pojawiały się sprzeczne informacje - kitesurfer miał wciskać przycisk SOS, a potem Check in/OK, co rzekomo miało świadczyć o jego uratowaniu. "Nieprawda - wiecie o czym to świadczyło? O tym, że Jan Lisewski KOMPLETNIE nie miał pojęcia jak się używa urządzenia i wciskał co popadło" - twierdzi autor wpisu.

Następnie, jak pisze, po telefonicznej prośbie przeliczył współrzędne geograficzne wysłane przez SPOT na stopnie/minuty/sekundy i podał nawet odległość kitesurfera od portu. "1,5 godziny później dostałem SMS-a, że znaleźli Jana Lisewskiego, całego i zdrowego - jak już wiemy" - pisze.

Lisewski groził prawnikiem? "Kopara mi opadła"

Po podaniu tej informacji autor "poczuł się jak bohater" i liczył chociaż na telefon z podziękowaniami od Lisewskiego. "A tu dziś niespodzianka. Pracownica ma dzwoni do Pana Lisewskiego z pytaniem, czy i kiedy zwróci SPOT-a, bo mamy zamówienia na wypożyczenie, a Pan Lisewski odpowiada, że musi to urządzenie przekazać do ekspertyzy żeby sprawdzić, czy było sprawne, bo przecież on mógł zginąć przez niesprawne urządzenie, i że ewentualnie jego adwokat skontaktuje się z nami. Potocznie mówiąc, kopara mi opadła" - opisuje.

"Tylko czekać, aż pozwie sponsora"

"Ja rozumiem, że można mieć wątpliwości, ale jak by nie patrzeć, urządzenie wysyłało wezwania o pomoc, podało współrzędne, które pozwoliły na jego odnalezienie - urządzenie uratowało mu życie!" - pisze. Następnie wytyka Lisewskiemu, że nie próbował nawet sprawdzić urządzenia przed "zrobieniem z siebie pieniacza".

"Swoją brawurę (napisał bym dosadniej, ale jestem kulturalnym człowiekiem) próbuje teraz zwalić na winę urządzenia, które jak by nie patrzyć, uratowało mu życie. Jaki w tym cel? Może będzie chciał zwrotu kosztów akcji ratowniczej? Czekać tylko jak pozwie jakiegoś sponsora, że sponsorował mu ch latawiec albo złą deską, która mu uciekła spod nóg. (...) Ja na pewno będę tą osobę omijał szerokim łukiem" - kończy.

Lisewski: Zapewniali mnie, że wszystko jest skonfigurowane

- Nie rozumiem obraźliwego tonu przedstawiciela firmy Korjar czyżby obrona przez atak? - mówi Jan Lisewski. Kitesurfer w rozmowie z nami odpiera zarzuty pracownika firmy Korjar i zupełnie inaczej przedstawia wydarzenia.

- Znam to urządzenie, wiem jak powinno działać. Kontaktowałem się z firmą na miesiąc, na tydzień przed rejsem. To urządzenie było zarezerwowane dla mnie. Pracownik zapewniał mnie, że wszystko jest skonfigurowane i działa. Czemu nie miałbym wierzyć "profesjonalnej" firmie? - pyta retorycznie.

Lisewski twierdzi, że urządzeniem tym interesował się od lat, bo chciał je kupić, ale dodaje, że podczas wyprawy korzystał z niego po raz pierwszy. Surfer powiedział nam, że sprzęt dostał kilka dni przed wyprawą.

"Urządzenie nie przekazywało danych jak należy"

- Jak mam wszystko dopięte, to jadę tam i potrzebuję czasu na odpowiedni moment, czekam na znalezienie odpowiedniej prognozy. A urządzenie powinno nadejść w ostatniej chwili. Wypożyczyłem je, bo chciałem mieć live tracking na stronie. Ten live track był, ale nie taki, jak powinien być - powiedział nam.

- Miało pokazywać, tak jak jest to napisane w instrukcji i przekazane mi przez pracowników firmy Korjar, tracking co 10 min... a nie kilka godzin. Tak długie przerwy utrudniały poszukiwania podczas akcji ratunkowej. Siedziałem w wodzie dwa dni, a mogłem siedzieć dzień, półtora dnia krócej - mówi kitesurfer.

Lisewski zaznacza, że urządzenie SPOT nie było jedynym zabezpieczeniem. - Do tego miałem PLB radiopławę SARSAT, Radio UKF i inne urządzenia - zaznacza sportowiec.

"Dzwonili. Widocznie boją się, że coś odkryjemy"

Kitesurfer tłumaczy, dlaczego wciskał na zmianę Check in/OK i 911. - To było prowadzone tylko po to, żeby potwierdzić nowe koordynaty widoczne na stronie. Nie byłem przekonany, dryfując w wodzie 20 godzin, że to urządzenie działa - wyjaśniał. - To dopiero będzie testowane. Nie mówię, że coś jest nie tak czy ja coś źle robiłem, To trzeba sprawdzić, póki urządzenie jest wypożyczone - mówi.

Lisewski mówi, że sprzęt wypożyczył na miesiąc i zapłacił za niego kaucję. Potwierdza, że pracownica firmy dzwoniła dziś do niego i prosiła o zwrot urządzenia. - Podobno mają dziesiątki - ironizuje. - Dzisiaj zadzwoniła rano, widocznie się boją, że odkryjemy tutaj coś nie tak. Już w Gdańsku było sprawdzane, jak powinno działać, że sygnał pobiera. Sygnał się pokazał - mówi.

DOSTĘP PREMIUM