15 lat, 160 cm wzrostu i ok. 40 kg. W bidulu leczyli ją gripexem

15-letnia Kamila, podopieczna warszawskiego domu dziecka przy Łukowskiej, przez 10 dni zgłaszała wychowawcom i pielęgniarce, że źle się czuje. Ale pielęgniarka kurowała ją ?domowymi? metodami i nie wysłała do lekarza. Gdy w końcu trafiła do szpitala na Szaserów, usłyszała: - Jeszcze trzy dni i byś się przekręciła na tamten świat.
Kamila od trzech lat mieszka w placówkach opiekuńczo-wychowawczych w Warszawie. Ostatnie dwa spędziła w bidulu przy ul. Łukowskiej. Wiele razy z tej placówki uciekała, bo - jak tłumaczy - źle się w niej czuła. Ostatnio była "na ucieczce" siedem miesięcy. Ostatniego dnia ucieczki, w piątek 9 marca, Kamila akurat była u taty, kiedy do drzwi zapukała policja. Tata otworzył, a policja zawiozła ją wprost do Domu Dziecka nr 4 przy ul. Łukowskiej w Warszawie. Tego, z którego uciekła.

15 lat, 160 cm wzrostu i ok. 40 kg. Nikogo to nie zdziwiło?

Kamila zawsze była szczupła, ale po ucieczce ważyła niewiele ponad 40 kg przy 160 cm wzrostu. - Można było kości liczyć - mówi anonimowo pracowniczka placówki i dodaje, że stan Kamili był w placówce zauważony i komentowany. Dziewczynka powinna trafić do lekarza na kontrolne badanie.

- To oczywiste, że bada się dziecko, zarówno nowo przyjęte, jak i po długiej ucieczce. Nie wiadomo, co się z nią działo przez ten czas, gdzie była, czy ktoś jej nie skrzywdził, czy na coś nie choruje. Mogła też stanowić zagrożenie dla innych dzieci - mówi pracowniczka i dodaje, że dyrektorka placówki nie zleciła takich badań, bo przez następnych 10 dni żaden lekarz dziecka nie oglądał.

Kamila czuje się coraz gorzej... Temperatura nie spada

Już w weekend po powrocie do domu dziecka Kamila źle się czuła, miała wysoką temperaturę, bardzo kaszlała. Zgłosiła to wychowawczyni, która podała jej gripex i poleciła pokazać się pielęgniarce, kiedy ta pojawi się na dyżurze.

Przez tydzień Kamila chodziła do pielęgniarki niemal każdego dnia. Czuła się coraz gorzej. Gorączka nie spadała, dochodziła do 39 stopni. Pielęgniarka kazała dziewczynce leżeć, leczono ją "domowymi" sposobami: gripexem, scorbolamidem. Kamila opowiada, że raz zasłabła w gabinecie pielęgniarskim. I choć przychodnia sąsiaduje z bidulem (przejście z drzwi placówki do drzwi przychodni zajmuje minutę), to pielęgniarka tłumaczy Kamili, że ta nie może pójść do lekarza, bo lekarz jest na zwolnieniu. Sugeruje jej, że "ściemnia". Nikt też nie wzywa do bidula żadnej pomocy z zewnątrz.

Chcę porozmawiać z pracownikami placówki, dlaczego objawy zgłaszane przez dziewczynkę zostały zlekceważone, ale dowiaduję się, że dyrektorka domu dziecka zabroniła swoim podwładnym rozmawiać z mediami.

Wychowawcy po partyzancku prowadzą dziewczynkę do lekarza

Po kilku dniach Kamilę zaczynają bardzo boleć stawy rąk i nóg. Na nogach pojawiają się czerwone wybroczyny. W poniedziałek, 19 marca, nie jest już w stanie samodzielnie się poruszać. - W ogóle nie mogłam wstać. Na szczęście była taka pani praktykantka, która pomogła mi dojść do pielęgniarki. Gdyby nie ona, nie mogłabym zejść na dół, po schodach, bo w ogóle już nie mogłam iść.

Mimo wyraźnie nasilających się objawów, mimo że temperatura nie spada, i tego dnia pielęgniarka nie wysyła Kamili do lekarza. Każe dziewczynce leżeć w łóżku. - Spotkałam ją na schodach, ledwo szła, była zgięta, każdy krok sprawiał jej ból. Powiedziała mi, że pielęgniarka stwierdziła, że to zakwasy. Jak może mieć zakwasy dziecko, które od ponad tygodnia leży w łóżku? - mówi pracowniczka, która pomogła dziewczynce.

Decyzję o tym, żeby zabrać wreszcie Kamilę do lekarza, wychowawcy podjęli samowolnie, nie czekając dłużej na decyzję pielęgniarki i dyrektorki:

- Było widać, że sprawa wymyka się spod kontroli, stan dziecka się pogarsza i nikt z "dołu" [dyrekcja placówki mieści się na parterze - przyp. red.] nie reaguje - więc trochę po partyzancku, doczepiając Kamilę do wizyty innego dziecka, które było już umówione w przychodni obok placówki, zabrałyśmy ją do lekarza. Dziecko chore przez tydzień, to nie jest dziecko, które dwa razy kichnęło - dodaje. - Odpowiedzialność za dziecko w placówce ponosi dyrektor. Brak reakcji to sytuacja kuriozalna, nie miała prawa się zdarzyć.

Lekarka: natychmiast do szpitala!

Lekarka w przychodni tylko rzuca okiem na wybroczyny na nogach dziewczynki i natychmiast wypisuje skierowanie do szpitala. Zatrzymuje Kamilę w przychodni, mówi, żeby nie czekać na karetkę, szybciej będzie prywatnym samochodem, a Kamilę trzeba do szpitala zabrać jak najprędzej. Prosto z gabinetu dwie pracowniczki placówki wiozą dziewczynę do szpitala na Szaserów. Na oddział dosłownie wciągają ją po schodach, bo ta już nie jest w stanie sama chodzić. - Czułam się, jakbym nie miała nóg - opowiada Kamila.

- Jak zdjęła spodnie, wyglądała jak kościotrup, miała czerwone plamy, wyglądała po prostu strasznie, płakała z bólu - dodaje pracowniczka. - Byłam przerażona.

Przy przyjęciu ważyła 41,8 kg. "15-letnia pacjentka przyjęta do Kliniki w trybie pilnym z powodu objawów infekcji dróg oddechowych, bólów brzucha oraz stawów rąk i stóp, od kilku dni gorączkująca, w dniu przyjęcia na skórze podudzi i przedramion chorej pojawiła się wysypka o charakterze wybroczyn" (fragment dokumentacji medycznej).

Lekarze podejrzewają chorobę Schoenleina-Henocha (powikłania po infekcji) oraz nieswoiste zapalenie jelit. Kamila słyszy od pielęgniarki, że "jeszcze trzy dni i już byś się przekręciła na tamten świat, gdyby nie te leki dożylne". Pracowniczce domu dziecka lekarka mówi, że to naprawdę szczęście, że zdążyły przywieźć tu dziewczynkę.

Dyrektorka domu dziecka: to są dane wrażliwe, proszę do mnie nie dzwonić

Dzwonię do dyrektorki domu dziecka, Cecylii Wojdygi. Chcę ją zapytać, dlaczego przez 10 dni, w placówce opiekuńczo-wychowawczej, gdzie pracuje ponad 30 dorosłych osób, nikt nie udzielił dziewczynce prawidłowej pomocy. Czy pielęgniarka nie powiedziała jej, że w placówce jest ciężko chore dziecko, czy też sama pani dyrektor uznała "domowe" metody leczenia Kamili za wystarczające? Dlaczego nie zbadano dziewczynki po trwającej siedem miesięcy ucieczce?

- Nie będę udzielać żadnych informacji w sprawie mojej wychowanki. To są dane wrażliwe na temat dziewczynki. Nie będę rozmawiać na ten temat - mówi mi dyrektor Wojdyga.

- Nie chodzi mi o dane wrażliwe temat dziewczynki, tylko o to, co się działo ze strony instytucji - oponuję. - Wszystko, co dotyczy mojej wychowanki, to są dane wrażliwe. Tej rozmowy nie będzie. Są właściwe instytucje i one rozpoznają sprawę. Ja wyczerpująco odpowiedziałam na zadane pytanie. Proszę do mnie nie dzwonić - mówi Cecylia Wojdyga i odkłada słuchawkę.

Dom Dziecka nr 4 jest jedną z najstarszych tego typu placówek w Warszawie. Obecnie na Łukowskiej ma pod opieką ok. 30 wychowanków. Miesięczny koszt utrzymania jednego dziecka w tej placówce prezydent Warszawy ustaliła (na 2012 r.) na 5345,94 zł.

Kamila: wydaje mi się, że dom dziecka mści się za ucieczki

Kamila spędziła na oddziale szpitala miesiąc. Tata dziewczynki, który ją odwiedzał w szpitalu, opowiada, że córka przez dwa tygodnie nie mogła ruszyć się z łóżka, nie była w stanie nawet dojść do toalety, nie mogła jeść, miała krwawą biegunkę. - Po dwóch tygodniach już nie było gdzie wenflonów wbijać - dodaje.

Jeszcze ze szpitala Kamila zaczyna pisać pisma. Do sądu rodzinnego (z prośbą o przeniesienie do innej placówki) i do rzecznika praw dziecka: "Jeszcze nie dawno nie wiedziałam, że Pan istnieje. Ja nadal jestem w szpitalu. Trafiłam do szpitala po tym jak byłam w Domu Dziecka przez tydzień miałam gorączkę i mówiłam o tym, nikt mnie nie zaprowadził do lekarza." [pisownia oryginalna].

"(...) Pani Derektor na mnie krzyczy i straszy mnie ośrodkiem [młodzieżowy ośrodek wychowawczy, do którego trafiają m.in. dzieci, które miały już konflikt z prawem - red.] (...) nie wytrzymuje tam psychicznie, niechce już uciekać, ale boje się tam być teraz jestem w szpitalu bo mam jakieś powikłania. Proszę Sąd o zmiane Domu Dziecka na inny Dom Dziecka a najbardziej chciałabym i bardzo mi zależy żeby wrócić do taty do domu."

"W zeszłym tygodniu dowiedziałam się, że Dom Dziecka załatwił mi MOW. niewiem dlaczego bo nie złamałam prawa, nie miałam badań na demoralizację, byłam na ucieczce, bo niechce być w Domu Dziecka nr 4. (...) Wydaje mi się, że Dom Dziecka mści się za ucieczki i chcą się mnie pozbyc." (z pisma do rzecznika).

Bidul przed kontrolą wiesza tablicę z prawami dziecka

Sprawę zaczyna badać Biuro Rzecznika Praw Dziecka i na prośbę rzecznika - wojewoda mazowiecki. I choć kontrola z Biura Rzecznika jeszcze się nie zakończyła, potwierdza, że życie dziewczynki było zagrożone. Taką informację kontrolerki uzyskały od lekarzy ze szpitala na Szaserów.

Druga kontrola, z urzędu wojewódzkiego, miała zbadać "standard usług oraz stopień realizacji praw dziecka". Wyników jeszcze nie ma. Ale jako że wojewoda uprzedził o planowanej kontroli - placówka starannie się do niej przygotowała. Na kilka dni przed wizytą kontrolną w bidulu pojawiła się tablica z wypisanymi na niej prawami dziecka oraz telefony do Biura Rzecznika, których wcześniej tam nie było. Dzieci zostały "pouczone" o swoich prawach. Odmalowano nawet salkę terapeutyczną.

Pracowniczka domu dziecka zawiadamia prokuraturę

Kamila po miesiącu na oddziale została zawieziona wprost do Młodzieżowego Ośrodka Wychowawczego pod Warszawą. Zabrała ze sobą torbę leków, wczoraj wróciła na badania do szpitala na Szaserów.

Do prokuratury Praga-Południe wpłynęło zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa przez dyrekcję placówki. Zawiadomienie złożyła jedna z pracowniczek domu dziecka. - Mam świadomość, że nikt inny tego nie zrobi, a dziecko zostało ewidentnie zaniedbane. I to niejedyny przypadek, kiedy łamane są prawa dziecka w tej placówce przez panią dyrektor. Wiele osób wie, że są takie nadużycia, ale nie zgłoszą tego. Wiadomo, boją dyrektorki. A same dzieci lub ich rodzice często nie mają świadomości, że ich prawa są łamane.

Sprawa Kamili nie jest jedyną z domu dziecka na Łukowskiej, jaką może badać prokuratura. Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że prokuratura została zawiadomiona również o przemocy wobec innego wychowanka placówki.

* Imię dziewczynki zostało zmienione

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM