Dyr. szpitala: Nie można mówić o gwałcie, może o molestowaniu. Ja nie mam sobie nic do zarzucenia

Dyrektor szpitala psychiatrycznego w Radomiu, w którym miało dojść do zgwałcenia 9-letniego chłopca przez innego, 15-letniego pacjenta, ?nie ma sobie nic do zarzucenia?. Nie zamierza też podawać się do dymisji, a media prosi, by nie robiły zamieszania, bo szkodzi to samej sprawie i poszkodowanemu małemu pacjentowi. Tymczasem w szpitalu trwają kontrole.


Radomski szpital "oddeleguje najlepszych specjalistów, którzy zajmą się dzieckiem i matką" - zapewniał w rozmowie z dziennikarzami Włodzimierz Guzowski, dyrektor radomskiego szpitala psychiatrycznego, w którym przebywający na obserwacji 9-letni chłopiec miał zostać zgwałcony przez 15-letniego pacjenta. Ofiarą nieletniego napastnika padł najprawdopodobniej jeszcze jeden chłopiec.

"Można mówić ewentualnie o molestowaniu"

Dyrektor spotkał się dziś z matką chłopca, która poinformowała prokuraturę o domniemanym gwałcie na jej dziecku, oraz z jej pełnomocniczką Sylwią Kamińską. Jak powiedziała potem pełnomocniczka, dyrektor wyraził ubolewanie w związku z tym, co się stało, nie poczyniono jednak żadnych konkretnych ustaleń.

Po spotkaniu dyr. Guzowski powiedział reporterce "Gazety", że matka dziecka potrzebuje przede wszystkim spokoju i pomocy, że szpital tę pomoc zapewni. Sama matka nie chce rozmawiać z dziennikarzami. Podkreśliła tylko, że w całej sprawie nie chodzi o nią, ale o jej dziecko, które potrzebuje opieki. Dodała, że nie spodziewała się takiego zainteresowania mediów.

O to, by "nie robić wokół całej sprawy medialnego zamieszania, bo szkodzi to zarówno sprawie, jak i małemu pacjentowi", prosił też dyrektor Guzowski. Jednocześnie stwierdził w rozmowie z dziennikarzami, że w całej sprawie "nie można mówić o gwałcie, ewentualnie o molestowaniu, a czy to miało rzeczywiście miejsce, ustali sąd". Apelował o to, by media nie wydawały wyroków zbyt wcześnie. Według słów dyrektora zostały też już przeprowadzone rozmowy z personelem szpitala.

Dyrektor: Nie mam sobie nic do zarzucenia, już wdrażamy zmiany

Pytany, czy poda się do dymisji, dyrektor radomskiego szpitala odpowiedział, że nie ma sobie nic do zarzucenia i stara się jak najlepiej wypełniać swoje obowiązki. Zaznaczył równocześnie, że szpital po kontroli Rzecznika Praw Pacjenta już wprowadził pewne zmiany, np. łazienki są otwierane i dostępne dla wszystkich.

To rzeczywiście nowość - wczoraj w Radiu TOK FM pełnomocniczka rządu ds. równego traktowania Agnieszka Kozłowska-Rajewicz opisywała, że w radomskim szpitalu "toalety są otwierane w godzinach wyznaczonych przez salowego, a praktyką jest głośny okrzyk oznajmiający, że pomieszczenie właśnie jest otwierane". - Pacjenci twierdzą, że jeżeli któryś z nich się spóźni, nie ma możliwości załatwienia potrzeby fizjologicznej i wówczas korzysta z kosza na śmieci - mówiła Kozłowska-Rajewicz.

Szefowa oddziału dziecięcego chce odejść. Dzieci wrócą do domów?

Jak informuje radomska "Gazeta Wyborcza", w szpitalu pozostała ordynatorka Krystyna Kucharzewska-Pyzara, która złożyła wypowiedzenie po ujawnieniu sprawy. Kieruje oddziałem dziecięcym, do którego kontrola rzecznika praw pacjenta zgłosiła najwięcej zastrzeżeń. Jest na wypowiedzeniu, będzie pracowała do końca maja. Dyr. Guzowski stwierdził, że szpital od dwóch lat szuka osoby, która mogłaby przejąć jej obowiązki, wynajął nawet w tym celu specjalną firmę, ale na razie nie udało się znaleźć odpowiedniego specjalisty.

Jeżeli szpital nikogo nie znajdzie, oddział przestanie istnieć. - To będzie żenujące, bo taki oddział jest w Radomiu potrzebny - podkreślił dyrektor. Podał też alternatywę: przekształcenie oddziału w oddział opieki dziennej.

A to oznacza, że dzieci o 15.00 wracałyby do domów, na co ich rodzice mogą nie być przygotowani. Pracownicy szpitala są zszokowani sprawą. Twierdzą, że w placówce powinno być więcej personelu medycznego. Jak powiedziała reporterce "Gazety" pragnąca zachować anonimowość pracownica szpitala, w placówce brakuje personelu, który byłby z dziećmi 24 godziny na dobę.

Skandal w Radomiu. "Miałam skojarzenie z Lotem nad kukułczym gniazdem "

Skandal w radomskim szpitalu wywołał falę komentarzy. - Uderzyło mnie ograniczenie wolności, prywatności i nieszanowanie godności. Wyjście na spacery, które wydaje się naturalnym elementem terapii, tu możliwe było jedynie przez 20 minut w ciągu dnia. Z odpowiedzi szpitala wynikało, że to dla bezpieczeństwa pacjentów, bo istniało niebezpieczeństwo, że uciekną z placówki - mówiła w TOK FM Kozłowska-Rajewicz. - Jeśli personel bał się, że dzieci uciekną, i nie wypuszczał ich na zewnątrz, to znaczy, że od początku traktuje to miejsce jako więzienie dla pacjentów. Miałam skojarzenie z "Lotem nad kukułczym gniazdem" czy z więzieniem - dodała.

- Ten oddział był takim miejscem zsyłki dla osób przebywających w młodzieżowych ośrodkach szkolno-wychowawczych. Jeśli wychowanek dostanie szału i zacznie np. rzucać meblami, karetka lub policja przywożą go do szpitala - mówił dla TOK FM krajowy konsultant w dziedzinie psychiatrii dzieci i młodzieży, prof. Tomasz Wolańczyk. - W Polsce odbywa się "leczenie za pomocą karetki" - podkreślał.

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM