"Dostali premię za to, że robotę spierniczyli?" - bankrutujący podwykonawca A2 komentuje

Już wiem, że się nie podniosę, nawet jakby zaczęli mi płacić. Firmę buduje się latami. Dziś rozbroiło mnie, gdy usłyszałem, że Generalna Dyrekcja przyznała sobie nagrody za A2 - mówi w rozmowie z Gazeta.pl Marek Szymczak, podwykonawca autostrady A2, który stanął na krawędzi bankructwa.
Dramatyczne wystąpienie Szymczaka przed komisją infrastruktury obiegło wszystkie media. Mimo tego nikt nie zaoferował mu jeszcze pomocy. - Zebrała się jakaś podkomisja w tej sprawie, ale mnie to nie dotyczy i tak naprawdę to taka formalność, żeby nas uspokoić - mówi.

"Jestem przestępcą"

- Jestem przestępcą karno-skarbowym, ponieważ notorycznie nie płacę podatku VAT, a nie płacę go, bo nie dostałem tych pieniędzy - przyznaje gorzko przedsiębiorca.

Szymczak częściowo spłacił już zaległy podatek, bo jego firma buduje także most. - W tamtym miesiącu wszystkie pieniądze, które dostałem z tej budowy, wpłaciłem do urzędu skarbowego, co do złotówki, ale zaspokoiłem tylko część należności. Teraz mi przysłali, że w piątek muszę wpłacić kolejne 120 tysięcy, następne należności w kolejnym tygodniu. Muszę zapłacić też ZUS około 100 tysięcy, bo też będę miał sprawę karną - opowiada.

- Nie nadążam zarabiać pieniędzy, żeby to wszystko spłacać. Rozmawiałem już z pracownikami, zgodzili się na to, że nie dostaną w tym miesiącu wypłaty, poszli mi na rękę, żebym nie musiał zamykać firmy. Jeżeli ta sytuacja się powtórzy, to zamknę firmę, bo nie dam rady już dalej tego ciągnąć - mówi.



Poseł Antoni Mężydło w rozmowie z Gazeta.pl powiedział, że Szymczak jest w sytuacji wyjątkowej, bo starał się uregulować wszystkie swoje należności i "zapłacił za uczciwość", a inni przedsiębiorcy tak nie postępowali.

- To prawda - przyznaje Szymczak - Przede wszystkim zapłaciłem wszystkim swoim pracownikom wszystkie pieniądze, jakie powinienem im zapłacić za ich ciężką pracę. Dzięki temu nie mam dziś stu pracowników, którzy krzyczą, że nie mają pieniędzy. Niestety, mam jeszcze zobowiązanie wobec firmy, która u mnie pracowała, ale oni wiedzą, w jakiej jestem sytuacji, i cierpliwie czekają - opowiada.

Szymczak zatrudniał wcześniej w swojej firmie 200 osób. Przygnieciony należnościami musiał zwolnić większość załogi. Dziś zostało mu tylko 20 pracowników.

- Ja już wiem, że się nie podniosę, nawet gdyby zaczęli mi płacić. Bo to nie pieniądze robią firmę, strukturę firmy się buduje latami, firma to ludzie, zwłaszcza firma budowlana. W tej chwili tracę tych ludzi, więc co mi z tego, jak nawet będę miał te pieniądze. Przez kolejne 2-3 lata musiałbym to wszystko reaktywować - opowiada.

Odebrał w naturze część należności, teraz ściga go syndyk

DSS jest winne firmie Szymczaka 1 947 000 zł. Przed samym zamknięciem firmy część zadłużenia udało się odebrać w kamieniu.

- Syndyk mi teraz przysłał papiery, żebym oddał im pieniądze za ten kamień, a jeśli nie, to też mnie podadzą do sądu. Syndyka nie interesuje to, że DSS jest mi winny prawie 2 mln złotych, tylko chce wartego 100 tys. zł kamienia, który zgodnie z prawem odebrałem - mówi.

Nagrody za A2. "Dostali premię za to, że tak roboty spierniczyli?"

Szymczak zaapelował do GDDKiA, żeby "w końcu na poważnie zajęła się jego sprawą". - To, co mnie dzisiaj rozbroiło, to gdy usłyszałem, że Generalna Dyrekcja dostała nagrody za dwójkę. To oni, łobuzy, mają czas na to, żeby sobie przyznać premię, a nam naszych pieniędzy nie chcą wypłacić? - pyta oburzony. - Dostali premię za A2, za to, że tę robotę tak spierniczyli. Mieli czas sobie te premie wyliczyć, a dla nas nie mają czasu. Mamią nas tylko, że wszystko sprawdzają. Tam już nie ma co sprawdzać! - mówi.

Minister Sławomir Nowak nakazał ostatnio kierownikom robót przedstawianie do wglądu podwykonawców wszystkich dokumentów, które mogłyby potwierdzać ich prace.

- W DSS już nie ma żadnego kierownika, który mógłby to potwierdzić. DSS powiedział podwykonawcom, że ze względu na przeprowadzkę szereg dokumentów im zaginął. Także my nie możemy nawet doprosić się o nasze papiery. Wystarczy, gdyby wzięli pismo DSS z marca o upadłość i tam są wszystkie firmy i zadłużenia, gdzie DSS podaje, ile i komu jest winny. GDDKiA nie musi już nic sprawdzać, wystarczy, że weźmie wniosek o upadłość i to tam jest napisane - mówi Szymczak.



Na spotkaniu w marcu DSS zobowiązał się, że poda wszystkim podwykonawcom ich salda, ale tego nie zrobił. - Medialnie premier może mówić, że on prosi i nakazuje, ale wszyscy zostaliśmy na lodzie - kwituje Szymczak.

- Najgorsze jest to, że prawo działa tylko w jedną stronę. GDDKiA ma nam zapłacić, ale zrobi wszystko, żeby nie zapłacić, a my maluczcy musimy zgodnie z prawem podatki zapłacić. My musimy postępować zgodnie z prawem, a oni nie muszą. Nikogo nie interesuje, czy oni nas zarżną jak te kury. Oni to robią wbrew sobie, bo my tych łobuzów wszystkich utrzymujemy na tych stołkach - podsumowuje.

Nadzieja w urzędzie skarbowym. "Złapałbym oddech"

Czy jest jakakolwiek możliwość wyjścia z tej patowej sytuacji? - Bardzo mocno złapałbym oddech, jeżeli urząd skarbowy zawiesiłby mi spłatę tych podatków i gdyby zdjął ze mnie kary, bo muszę płacić kary i karne odsetki za ten podatek. Dałbym radę utrzymać siebie i resztkę tej firmy z tego, co teraz robię - mówi.

Szymczak wyjaśniał już tę sprawę w urzędzie skarbowym, w czwartek jest umówiony na kolejne spotkanie. - Ale oni mówią do nas, że wszyscy w Polsce mówią, że im nie płacą. Czy to znaczy, że wszyscy w Polsce są oszustami? - pyta.

Skarbówka: Pieniądze do budżetu muszą płynąć

Krzysztof Zdunek, zastępca naczelnika urzędu skarbowego w Słupsku, zastrzega, że nie może z nami rozmawiać o sprawie konkretnego podatnika, tylko na temat procedury podatkowej.

- Wniosek o karanie zawsze kierujemy w sytuacji, gdy podatki są niezapłacone w terminie. Dotyczy to wszystkich podatników. My musimy robić swoje - tłumaczy.

- Każdy podatnik ma prawo korzystać z przywilejów prawa podatkowego, które przewiduje różne rodzaje ulg w spłacie zobowiązań podatkowych. Jest instytucja rozłożenia podatku na raty lub odroczenia terminu płatności. Podatnik powinien w takiej sytuacji wystąpić z wnioskiem na piśmie i go uzasadnić - mówi nam.

Do wniosku należy złożyć dokumenty potwierdzające sytuację majątkową i argumenty, jakie podatnik przedstawia. Urząd następnie bada sprawę i podejmuje decyzję.

- Wszyscy powinni być zainteresowani, żeby pieniądze do budżetu płynęły, a nie żeby urzędnik, pstrykając palcami, umarzał zobowiązania - zaznacza Zdunek - Bywają osoby takie, które mają trudną sytuację, a bywają tacy, którzy nie chcą zapłacić, bo lepiej im jest pieniądze zachować w kieszeni - dodaje.

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM