Bunt młodych ludzi z ośrodków wychowawczych. Marsz w stolicy i stowarzyszenie

Za brak długopisu czy ołówka - bicie, za ucieczkę - odebranie rzeczy osobistych i chodzenie w pasiastej piżamie, dodatkowe punkty za odgrywanie ustawionych kontroli - to tylko część wstrząsających zdarzeń, do których dochodzi w niektórych młodzieżowych ośrodkach wychowawczych. Byli wychowankowie chcą zwrócić uwagę na to, co dzieje się w ośrodkach. 20 maja odbędzie się manifestacja.
Patryk Stryjewski, dwudziestolatek z Warszawy, który na co dzień współpracuje ze stowarzyszeniem Avangarda, promującym fantastykę, oraz stażuje w jednym z internetowych serwisów informacyjnych, poznał historię Eryka, wychowanka jednego z ośrodków. Tak go poruszyła, że postanowił zacząć działać. Jest jednym z głównych organizatorów planowanej na 20 maja manifestacji. Jak sam mówi, na demonstracji się nie skończy, powstanie także stowarzyszenie, które będzie wspierać wychowanków oraz tych, którzy wyszli już z takich ośrodków. Na razie zwierają szyki.

Za co do ośrodka?

Najczęściej do ośrodków wychowawczych trafia się z powodu przedłużającej się nieobecności w szkole oraz problemów z zachowaniem, z którymi nie mogą sobie poradzić ani szkoła, ani rodzice.

W 2009 roku Eryk trafia do Młodzieżowego Ośrodka Wychowawczego w Rembowie (powiat kielecki), już pierwszego dnia nie ma żadnych wątpliwości, w jakich warunkach i na jakich zasadach będzie tu musiał funkcjonować. Wie, jak się zachować, bo jeszcze na osiedlu znajomi opowiadali mu, jak w takim ośrodku żyć. - Jeżeli przyjeżdża ktoś nowy, wychowawcy przebierają go w piżamę, taką jak w Auschwitz, w pasiak - opowiada. - Chodzi się w tym dwa tygodnie. Jeśli ktoś ucieknie, też w tym chodzi.

Oprócz tego zabiera się rzeczy osobiste. To swego rodzaju test, sprawdza się, kim jest nowy, na co go stać, czy się postawi, jak będzie się zachowywał. Według najnowszych informacji Eryka, którego koledzy są nadal w ośrodku, pasiaki zamieniono niedawno na robocze kombinezony. Swego rodzaju próba charakteru. Oprócz upokorzeń nie brakuje także przypadków fizycznej przemocy, ta pojawia się podczas codziennych zajęć.

"Potrafili skopać wychowanka"

- Wymagali, żebyśmy mieli wszystkie długopisy, ołówki, gumki, które dostaliśmy - relacjonuje Eryk. - Jeśli się tego nie miało, zdarzali się wychowawcy, którzy potrafili zaprowadzić do oddzielnego pokoju i skopać wychowanka.

Kary cielesne zdarzały się i przy innych okazjach. Część z wychowanków miała lepsze kontakty z wychowawcami, ale za cenę ostracyzmu wśród rówieśników. Młodzież traktuje ich z odrazą, nazywając "frajerami". Skojarzeń ze słownictwem więziennym trudno uniknąć i niestety okazuje się, że mają one solidne podstawy. Żeby wkupić się w łaski wychowawców, trzeba było nie tylko nie sprawiać problemów, ale i współpracować, na przykład donosząc na tych, którzy chowali w pokojach papierosy albo planowali ucieczkę.

- Mieli dodatkowe legalne papierosy albo punkty - tłumaczy Eryk. W ośrodku, w którym przebywał, na jednego wychowanka przypadały trzy papierosy "legalne", jeden rano, drugi po obiedzie i trzeci przed spaniem. Każdy następny był "nielegalny", a to oznaczało "minus-punkty" albo ryzyko kary cielesnej od wychowawcy.



Normalni mają spokój na dyżurach

Oczywiście zdarzali się wychowawcy, którzy próbowali rozmawiać z podopiecznymi, próbować ich słuchać, i w ten sposób nawiązywali relację - opowiada Eryk. Przyzwyczajeni głównie do komend młodzi ludzie akceptowali takich wychowawców i chcieli współpracować. Nie trzeba było wiele, by zapracować na przychylność. Wystarczył wspólny spacer do sklepu, trochę rozmów, wspólne kopanie piłki albo ćwiczenie na siłowni. Wychowawców, którzy w ten sposób próbowali nawiązywać kontakt, określa się mianem "normalnych" i mogą oni liczyć na "spokój na dyżurach".

- Do tych normalnych wychowawców można było iść z każdym problemem, bo wiedzieliśmy, że nie pójdą z tym do pani dyrektor czy innych wychowawców - tłumaczy Eryk. Ale taki wychowawca to wciąż, niestety, rzadkość.

"Obraził moją mamę, uderzyłem"

Nie zawsze agresja jest jednak jednostronna, nierzadko zdarzają się przypadki, gdy wychowankowie atakują wychowawców. Nasz rozmówca potwierdza, że i jemu zdarzyło się uderzyć wychowawcę. - Wychowawca obraził moją mamę, uderzyłem go, czasem po prostu nie można wytrzymać - przyznaje.

Sam język, jakim opiekunowie operują w stosunku do młodzieży, pokazuje, jakie jest miejsce młodych w ośrodku. Rozmowy ograniczają się najczęściej do szybkich komend i krótkich rozkazów. Pytany o to, jak wychowawcy się do nich zwracają, nasz rozmówca potrafi wymienić tylko krótkie wyrażenia: "hej, ty", "co robisz" , "idź stąd". Trudno myśleć o jakiejkolwiek resocjalizacji w miejscu, gdzie nie rozmawia się z podopiecznym. Efekt jest, niestety, łatwy do przewidzenia.

Jak życie Eryka zmieniło się po pobycie w ośrodku? Jak mówi, nauczył się nowych sposobów pobić, kradzieży. Z ośrodka uciekał przy każdej okazji, na każdej przepustce.

Jak szukać pomocy?

Zarówno Eryk, jak i jego koledzy z ośrodka nieraz myśleli o tym, by zgłosić to, co się tam dzieje, i szukać pomocy. Chcieli napisać do Biura Rzecznika Praw Dziecka, myśleli o innych urzędach. Zawsze dochodzili jednak do wniosku: to nie ma sensu. Bo nawet jeśli dojdzie do kontroli, to będzie ona z góry ustawiona. Tak, by personel wypadł jak najlepiej. Takie kontrole widział nieraz. Ci, którzy brali udział w takiej pokazówce, dostawali "punkty na plus", reszta miała kłopoty.

- Jeżeli się chciało jechać na przepustkę, to trzeba było zbierać te punkty - mówi Eryk i dodaje, że kontrole w jego ośrodku co jakiś czas się zdarzały, ale rzadko kiedy kontrolerzy byli zainteresowani tym, co się dzieje naprawdę. Nikt nie rozmawiał z wychowankami, a kontrolujący najczęściej spędzali czas w pokoju dyrektorki ośrodka, popijając kawę.

Demonstracja, stowarzyszenie i nowy rozdział

Teraz, gdy nie ciąży już nad nim widmo powrotu do ośrodka, Eryk próbuje zacząć życie na nowo, szuka pracy. Dodaje, że "uspokoił się" dzięki pomocy ludzi, których spotkał poza ośrodkiem, kolegów, którzy go wspierali. Wśród nich był Patryk, organizator marszu 20 maja. Demonstracja rozpocznie się przed siedzibą rzecznika praw dziecka i przejdzie pod budynek warszawskiego MOW-u przy ulicy Dolnej.

- Mamy już pomysły, jak problem "pokazowych" kontroli rozwiązać. Chodzi o uświadomienie mieszkańcom całego kraju tego problemu. Chcemy zaangażować też w to inne organizacje pozarządowe - mówi Patryk.

Manifestacja ma być przede wszystkim okazją do spotkania wszystkich, którym problemy dzieci w tego typu ośrodkach leżą na sercu. Swój udział zapowiedziała szefowa Partii Kobiet Iwona Piątek. Po manifestacji, jak tylko zbierze się komitet założycielski, ma powstać stowarzyszenie, które za swój cel obierze opiekę nad wychowankami ośrodków. W planach mają przygotowanie petycji domagającej się badań psychologicznych dla kandydatów na wychowawców w ośrodkach, chcą także organizować konkursy dla dzieci przebywających w placówkach.

To dorośli ich stworzyli i powinni się nimi zaopiekować

Mirosława Kątna z Komitetu Ochrony Praw Dziecka, która także słuchała historii Eryka, zwraca uwagę na to, kto w takim ośrodku przebywa. - Do tych ośrodków trafiają młodzi ludzie, którzy sprawiają różnego rodzaju problemy wychowawcze, ale nie popełnili jeszcze przestępstw, podczas gdy Eryk miał już kłopoty z prawem. To pokazuje, że w takich ośrodkach mieszają się różne grupy młodzieży - tłumaczy. To mieszanie się utrudnia resocjalizację, a wręcz daje odwrotny efekt. Problemem jest zachowanie młodzieży, ale nie można jej do końca za to winić; jak mówi, to rodzice stworzyli świat, w którym przyszło jej żyć.

Kątna przyznaje, że w efekcie taki ośrodek niewiele różni się od zakładu karnego, może oprócz tego, że młodzi ludzie są odizolowani od świata, ale nikt na nich nie zwraca uwagi. - Podejście do świata tych młodych ludzi, niewątpliwie trudnych i czasem wrednych, jest zawsze skutkiem zaniedbań dorosłych. Oni się tacy nie urodzili. Nikt nie urodził się z genami bandyckimi, myśmy ich zepsuli jako świat dorosłych. A jeśli nie chcemy tej prawdy uznać, to pakujemy w jedno miejsce na zasadzie przetrwania i co jakiś czas zaglądamy w papiery. Jak skończy 18 lat, to nawet go nie szukamy, jak jest na ucieczce - mówi Kątna.

Po wyjściu z takiego ośrodka młody człowiek wie, jak przetrwać w takich warunkach, nauczył się, jak twarde mogą być reguły gry i przetrwania w świecie dorosłych. Wkracza we własną dorosłość z poczuciem, że może liczyć tylko na siebie, nieraz wraca do patologicznego środowiska bez szans na zmianę lub szybko po kilku przestępstwach ląduje w kolejnym zakładzie - ale tym razem, jak ostrzega Kątna, karnym.

Rzecznik praw dziecka potępia przemoc, ale broni ośrodków

Rzecznik praw dziecka Marek Michalak wysłuchał opowieści Eryka. Nie wyklucza, że jego deklaracja chęci zdobycia pracy i ustatkowania się jest zasługą pobytu w ośrodku. - Praca, stabilizacja to są pewne wartości. Nie wiem, czy paradoksalnie nie dostrzegł tego, widząc na co dzień metody, z którymi się nie zgadzał, aczkolwiek nie są to metody resocjalizacyjne, do których bym namawiał - mówi Michalak.

Podkreśla, że żadna przemoc w tego typu ośrodkach nie może mieć miejsca, i zachęca, by zgłaszać mu wszystkie niepokojące sytuacje, zapowiada interwencje.

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM