Incydent z karetkami na A4 trwał sekundy. "Stracił pracę, powinien zareagować natychmiast"

- Nie było natychmiastowej reakcji, a powinna być - taką decyzję o zwolnieniu swojego pracownika tłumaczą przedstawiciele Kapsch Telematic Services, firmy odpowiedzialnej za pobór opłat na autostradzie A4. Pracę straciła osoba, która nadzorowała ruch przy pomocy kamer monitoringu na jednym z wyjazdów. W sobotę w nocy dwa ambulanse na sygnale miały na A4 problem z przekroczeniem bramek. W rezultacie jeden z kierowców ręcznie wyłamał szlabany.
Do pierwszego incydentu doszło na węźle Przylesie. Dwie karetki na sygnałach wiozły do Opola poważnie ranne ofiary wypadku, w tym jedną po reanimacji. Ratownicy podjechali do bramek, nie pobrali biletu i na sygnale stali według różnych relacji od kilkudziesięciu sekund do trzech minut, czekając, aż obsługa podniesie szlabany. Ostatecznie wyłamali zabezpieczenia i wjechali na A4. Tłumaczyli, że była to sytuacja zagrażająca życiu ciężko poszkodowanych ofiar.

Tu firma Kapsch Telematic Services odpowiedzialna za pobór opłat na A4 nie dopatrzyła się błędu po stronie swoich pracowników. Bramki są bowiem samoobsługowe, więc nie było tam nikogo, kto mógłby pomóc w sytuacji, gdy kierowca nie wiedział, jak pokonać szlaban. Tymczasem - jak tłumaczą przedstawiciele operatora - wystarczyło pobrać bilet. Wtedy bramki otworzyłyby się same.

Zdaniem Kapsch kierowcy powinni o tym wiedzieć, bo kilka dni temu przedstawiciele ich firmy brali udział w spotkaniu, które było poświęcone między innymi tej kwestii. Najwyraźniej jednak potrzebne informacje do nich nie dotarły.

Incydent powtórzył się też jednak przy zjeździe z autostrady. Tam miał trochę inny przebieg. - Pierwsza karetka pojechała zbyt blisko zamykającego się szlabanu. W rezultacie system zablokował wyjazd - mówi w rozmowie z TOK FM Krzysztof Gorzkowski z Kapsch Telematic Services. Wtedy również oba ambulanse poruszały się na sygnałach.

- Wówczas operator powinien czym prędzej podnieść szlaban ręcznie, jeżeli nie mógł tego zrobić elektronicznie. Zrobił to za niego kierowca karetki. Nie czekał, wysiadł z karetki i przekręcił szlaban. Trwało to trzy, może cztery sekundy, nie dłużej. Tak pokazuje monitoring - relacjonuje. Jak dodaje, ich pracownik w takiej sytuacji powinien zareagować szybciej, zwłaszcza że był przeszkolony na wypadek takich zdarzeń. Tymczasem reakcji zabrakło i dlatego stracił pracę.

Kapsch zapewnia, że po tych incydentach ich pracownicy punktów poboru zostali jeszcze raz przeszkoleni. - Uwrażliwialiśmy ich podczas tych szkoleń, by w sytuacjach niestandardowych, takich jak ta w nocy z soboty na niedzielę, kierować się własnym wyczuciem, a nie czekać na wytyczne - powiedziała rzeczniczka Kapsch Dorota Prochowicz.

Strażacy: Nadajniki nie rozwiązują problemu

Firma zaoferowała też, że przekaże służbom ratowniczym kilkaset urządzeń pokładowych, które umożliwiają automatyczne otwieranie bramek autostradowych, żeby uniknąć podobnych problemów w przyszłości.

Z tej oferty nie chce jednak skorzystać na przykład opolska straż pożarna. Jej rzecznik Adam Janiuk powiedział, że decyzją komendanta wojewódzkiego strażacy - póki co - tych nadajników nie odbiorą. - Podtrzymujemy stanowisko, że nie załatwiają one problemu, bo nie otwierają bramki na pasie dla pojazdów uprzywilejowanych, którym w razie korka miałyby przejeżdżać służby ratownicze - powiedział Janiuk. - Zależy nam na rozwiązaniu kompleksowym, a nie - załatwiającym ledwie wycinek problemu - stwierdził.

Janiuk zapewnił też, że na bieżąco trwają ustalenia w sprawie procedur ratowniczych. Najnowsze są takie, że strażacy, wyjeżdżając na akcję, mają informować o tym operatora systemu poboru opłat, by ten był w gotowości do otwarcia bramki na pasie dla pojazdów uprzywilejowanych. - Doraźnie się na to zgodziliśmy. Będziemy testować to rozwiązanie. Wiemy, że działa, bo już przećwiczyliśmy tę procedurę przy jednej z akcji - poinformował Janiuk.

Zaznaczył jednak, że docelowo służby ratownicze powinny mieć płynny przejazd przez bramkę na pasie serwisowym.

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM