"Dni próbne" - tylko w poniedziałki, by gruntownie sprzątnąć lokal [POLSKA OD KUCHNI]

Po publikacji rozmowy z Anią, która wytrzymała tylko trzy dni w jednym z najmodniejszych warszawskich lokali, dostaliśmy wiele maili opisujących wasze początki pracy w lokalu. Poniżej trzy historie. Karolina relacjonuje, jak pizzeria oszczędzała, zatrudniając praktykantów "na próbę" tylko w dni generalnych porządków. Marta opisuje problemy z wiecznie pijanym szefem, a Kasia - jak zawalczyła o wypłatę za dzień próbny.
Dla wszystkich trzech dziewczyn początki w gastronomii okazały się wyjątkowo przykre. Zdecydowały się podzielić swoimi historiami ku przestrodze.

Czułam, że nikt nie mnie traktuje poważnie, i miałam rację

"Na 5. roku studiów miałam niewiele zajęć i zaczęłam szukać dorywczej pracy. Zgłosiłam się na rozmowę kwalifikacyjną do jednej z pizzerii w Lublinie. Rozmowa przebiegła pomyślnie i zaproszono mnie "na próbę". Słusznie czy nie, za dzień próbny nic mi nie zapłacono. Mimo że spędziłam tam 15 godzin, po których wyszłam dosłownie wykończona. Zaczęłam o 9 rano, gdy lokal był jeszcze zamknięty. Najpierw mycie okien w lokalu, stołów, krzeseł, podłogi... Po otwarciu pizzerii moje zadanie sprowadzało się TYLKO do sprzątania ze stołów, stania na zmywaku, zamiatania, sprzątania ubikacji dla klientów i pracowników, mycia maszyn do mielenia sera, patelni i wszystkich innych sprzętów kuchennych.

Gdy pytałam o jakieś inne zadania, dawano mi zdawkowe odpowiedzi. Gdy w lokalu pokazała się menedżer z rozmowy kwalifikacyjnej, zapytałam, czy ktoś mi wyjaśni, jak pracuje lokal, jak przyjmować zamówienia telefoniczne itp., ale dowiedziałam się, że wyjaśnią mi to w kolejnych dniach. Miałam wrażenie, że nikt mnie nie traktuje poważnie, i miałam rację.

Pracę skończyłam koło godz. 24 i nie miałam jak wrócić do domu. Nikt mnie nie poinformował, że tak późno skończymy. Menedżerka z wielką łaską powiedziała, że może ktoś z kierowców mnie podwiezie. Poinformowała mnie również, że się odezwą do mnie w najbliższym czasie, co nigdy nie nastąpiło.

Później dowiedziałam się, że ta pizzeria przyjmowała osoby na "okresy próbne" tylko w poniedziałki (czyli na dzień gruntownego sprzątania) i soboty, kiedy w lokalu było najwięcej brudnej roboty. W ten sposób co tydzień mieli darmowych pracowników do najcięższych prac, których "szkolili", choć tak naprawdę nigdy nie chcieli zatrudnić! Mam nadzieje, że moja historia do czegoś się przysłuży

- Karolina*".

Przez cały dzień nikt nie zapytał, jak mam na imię

"Mam przykre doświadczenia, jeśli chodzi o pracę w warszawskich lokalach. Przez 7 lat pracowałam za barem i na sali jako kelnerka. W ubiegłym roku trafiłam do klubu w centrum Warszawy. Po rozmowie z naćpanym menedżerem zostałam zaproszona na "dzień próbny".

Oczywiście zjawiłam się o umówionej porze. Niestety, menedżer nie pamiętał już ani mnie, ani mojego imienia, ale po długich wyjaśnieniach kazał mi iść za bar i zapytać barmana, co mam robić. Więc stałam przez pierwsze 4 godziny obok baru, studiując menu i donosząc co pół godziny litrowy dzban piwa dla szefa kuchni na dół. Można sobie wyobrazić, w jakim stanie szef kuchni wydawał posiłki, jeśli od godziny 12 pił hektolitry piwa.

Potem pojawiła się druga menedżerka z pytaniem: "Kim Ty jesteś i co tu robisz?". Zostałam do północy. Do tej pory nikt nawet nie zapytał, jak mam na imię, nie mówiąc już o umowie czy wynagrodzeniu. "Menedżerka" powiedziała mi dopiero na koniec dnia, że dni próbne są darmowe. Jak to możliwe?!

Następnego dnia zadzwoniłam do klubu, prosząc do telefonu właściciela (którego wcześniej nie widziałam na oczy), i powiedziałam, że chciałabym umowę o dzieło i pieniądze za przepracowane 12 godzin. W odpowiedzi usłyszałam, że "powinnam zamknąć mordę, bo inaczej ktoś wywiezie mnie w bagażniku do lasu i zrobi ze mną porządek". Nagrałam rozmowę i tylko dzięki temu odzyskałam pieniądze.

To tylko jedna z wielu ciekawych historii z życia warszawskich lokali. Dużo ciekawych zachowań restauratorów można zaobserwować przez 7 lat pracy. Nigdy już nie wrócę do gastronomii. Byłam wykorzystywana, zastraszana i pracowałam po 16 godzin dziennie. W tej branży nie ma za grosz szacunku do pracownika.

- Kasia*"

Szef był wiecznie pijany. Nazbierałam na wakacje i zwiałam stamtąd

"Historia, która mi się przytrafiła, nie jest czymś, o czym miałam ochotę opowiadać. Nic miłego, nic fajnego. Ale może takie artykuły zwrócą uwagę na problem. A on istnieje i to duży. Pracowałam w knajpie, której już nie ma. Była dosyć dobrym lokalem, do którego sama chodziłam przed zatrudnieniem. Czy raczej przed tym, jak przyjęli mnie na czarno.

Rozmowa kwalifikacyjna, zresztą tak jak w przypadku większości pubów, była formalnością. "Mamy wakat, studia nie studia, chcesz pracować, to bierzemy". Pierwsze 2 tygodnie były znośne. Latałam i zbierałam szkło. Potem dostałam regularną funkcję kelnerki. I się zaczęło.

Mój bezpośredni zwierzchnik najpierw traktował mnie obojętnie. Szybko jednak mu zbrzydłam. Nie podobało mu się, ile napiwków dostaję. I tak, zawsze gorsza sala, bo nie mam doświadczenia. Dziewczyna z tym "większym" pracowała raptem miesiąc dłużej. Aż nagle zupełnie niespodziewanie zaproponował mi seks. Zdębiałam. Nie mam charakteru histeryka, tą pracą zbierałam na wakacje. Nie zależało mi. Ale ten tekst wbił mnie w podłogę. Wymamrotałam, że nie, dziękuję. Potem było tylko gorzej.

Amant-szef był wiecznie pijany za barową wódkę. Urągał mi bez przerwy. Źle chodzisz, źle wyglądasz, czego tu stoisz. Wzywał na upokarzające rozmowy. Przy wszystkich wytykał mi niekompetencję. Jak nabiłam coś źle na terminal, nie pozwalał poprawić, tylko musiałam płacić za całość.

Raz urządził sobie przyjacielską bójkę, podczas której mało nie dostałam drewnianym stołkiem w głowę. I tak mogłabym opowiadać bez końca. Wytrzymałam 5 miesięcy. Nazbierałam na wakacje i wiałam stamtąd w te pędy. Dziś mam normalną pracę i rzadko wracam do tego okresu. Aczkolwiek cieszę się, że naświetlacie ten problem. Konieczna jest większa kontrola w gastronomii.

- Marta*"


* Imiona czytelniczek zostały zmienione



Od autorki: Kolejne odsłony naszego cyklu pokazują, z jaki wieloma problemami mierzy się polska gastronomia. Czy rzeczywiście jest aż tak źle? Macie pozytywne doświadczenia, o których chcecie opowiedzieć? Czekamy na Wasze głosy! Piszcie na adres: agnieszka.wadolowska@agora.pl

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM