Ash: Chrześcijaństwo to poważna religia, a scjentologia nie? Kto decyduje? Dodzie nie powinien grozić sąd

- Niech Nergal albo potem Doda mówią, co chcą, niech się wygłupiają, ale nie powinien im za to grozić sąd - mówi w wywiadzie dla "Kultury Liberalnej" Timothy Garton Ash, brytyjski historyk. Jego zdaniem, jeżeli nasze społeczeństwo nie będzie stawało się coraz bardziej zróżnicowane, czeka nas "multiplikacja tabu, bluźnierstw, definiowanych inaczej przez islam, buddyzm czy scjentologów".
Zdaniem historyka w prawie w ogóle nie powinno być przepisów o obrazie uczuć religijnych. Odnosi się przy tym do przykładu spraw Dody i Nergala, którzy byli za to sądzeni. - Polska jest w dalszym ciągu krajem dość homogenicznym. To się zmieni z czasem, w miarę jak społeczeństwo będzie stawać się coraz bardziej zróżnicowane. Inaczej będziecie mieli potężny problem, bo każda grupa religijna czy etniczna będzie się domagać ochrony swoich specjalnych uczuć, szacunku dla swojego tabu - mówi.

Gdy jednak do tego dojdzie, zdaniem Gartona Asha, czeka nas "multiplikacja tabu, bluźnierstw, definiowanych inaczej przez islam, buddyzm czy scjentologów". - A jeśli uznawać definicje scjentologów, to dlaczego nie satanistów? I tak dalej, i tak dalej. Bo kto decyduje, że chrześcijaństwo jest poważną religią, a scjentologia nie? Dlatego jedyne, co pozostaje, to być bardziej konsekwentnym w naszym liberalizmie. A to znaczy bezustanne adaptowanie liberalizmu do nowej sytuacji - zaznacza.

Co najważniejsze? "Multikulturalizm"

Timothy Garton Ash podkreśla, że jego zdaniem najważniejszym problemem domagającym się dyskusji jest multikulturalizm. Sam zaś multikulturalizm jest jego zdaniem "liberalizmem rozwiniętym i zaadaptowanym do nowej sytuacji". - Zgodny z zasadą: we respect the believer, but not necessarily the content of the belief (szanujemy wierzącego, ale niekoniecznie treść jego przekonań) - podkreśla.

- Zachodni multikulturalizm. Samo pojęcie uważam za szkodliwe - kontynuuje Ash. - Choć gdy mowa o rzeczywistości, multikulturalizm istnieje. W Polsce nie ma go jeszcze, ale wystarczy, że pojedziemy do Londynu - on jest multikulturalny. Wobec tego obowiązkiem liberalnego państwa jest zapewnienie wolności słowa i równości wobec prawa każdemu człowiekowi z osobna, niezależnie od reprezentowanej przez niego kultury czy religii - twierdzi Timothy Garton Ash. Nie pozostaje jednak do końca optymistą: zauważa, że w praktyce dochodzi do konfliktów.

Mówił też o nich niedawno w rozmowie z tym samym magazynem Bassam Tibi, politolog pochodzenia syryjskiego: - Multikulturalizm to rzeczywiście kompletne nieporozumienie. Oznacza: przybywający do Europy imigranci mogą kultywować tu swoje wartości w niezmienionej formie. W Wielkiej Brytanii takie podejście doprowadziło do istnego "anything goes", czyli "imigrantom wszystko wolno".

"Taki klimat..."

Z kolei Timothy Garton Ash przytacza zupełnie inny przykład: - W Szwajcarii odbyło się ostatnio referendum dotyczące tego, czy przy tamtejszych meczetach można budować minarety. Odpowiedź była negatywna. To kompletny absurd, bo przecież prawo budowania świątyń jest podstawą wolności wyznania! - zauważa.

I podsumowuje: - Także dyskusje o hidżabach, karykaturach, o sztukach teatralnych, którym zarzuca się, że są zagrożeniem terrorystycznym - to wszystko wzbudza ogromne negatywne emocje. Taki jest społeczny klimat. Z obu punktów widzenia, zachodniego i globalnego, brakuje spokojnej dyskusji nad tym, co w liberalnym społeczeństwie ma pierwszorzędne znaczenie, czego należy bronić za każdą cenę, a gdzie można pozwolić sobie na kompromis i negocjacje.

DOSTĘP PREMIUM